post

Dramat Kłusaków

Wiele wskazuje na to, że Bolton Wanderers, jako klub, chyli się ku upadkowi. 145 lat historii i tradycji angielskiego futbolu może przestać istnieć w takiej formie jak dotychczas. To właśnie do dziś, do godziny 17.00 czasu lokalnego, EFL (English Football League) dało klubowi czas by znaleźć nowego właściciela, który przedstawiłby jasną wizję spłaty zadłużenia oraz plan naprawy klubowych finansów. Jeśli to się nie uda, to już od jutra możemy być świadkami rozpoczęcia procesu likwidacji klubu. 

Kilka miesięcy temu, na finiszu ubiegłego sezonu, wydawało się, że na horyzoncie pojawiło się światełko w tunelu i jest nadzieja na wyjście z dramatycznej sytuacji klubu z miejscowości Horwich. Obecny właściciel – Ken Anderson doszedł do porozumienia z chcącym przejąć 94,5 % akcji Laurentem Bassinim. Niestety dla sympatyków Kłusaków, były właściciel Watfordu, nie był w stanie przedstawić satysfakcjonujących gwarancji finansowych na wyprowadzenie zadłużonego klubu z kryzysu. Nie powinno to specjalnie dziwić, biorąc pod uwagę, że angielski biznesmen w 2013 roku otrzymał trzyletni zakaz funkcjonowania w szeroko pojętej branży futbolowej. Powodem takiej decyzji podjętej przez sąd były machlojki i malwersacje finansowe, jeszcze za czasów rządów Szerszeniami. Dlatego w maju bieżącego roku Bolton Wanderers przeszedł pod zarząd komisaryczny, który miał pomóc z znalezieniu nowego inwestora.

W trakcie letniej przerwy udało się takiego znaleźć. Wszystkie niezbędne wymogi spełniało konsorcjum Football Ventures, z bizneswomen Sharon Brittan, na czele. W momencie, gdy wszystko wydawało się zmierzać, może nie do szczęśliwego, ale ustabilizowanego, końca, do akcji ponownie wkroczył wspomniany wcześniej Bassini, a właściwie sąd w Manchesterze. Manchester High Court, początkiem sierpnia uwzględnił protest Bassiniego, w którym zarzucał on Andersonowi, że ten wykorzystuje luki prawne, aby zakwestionować wiarygodność jego płynności finansowej oraz zarzucał on, że obecny właściciel faworyzuje konsorcjum Football Ventures w trakcie negocjacji podczas trwającego przetargu. Zaistniałą sytuację, członek zarządu komisarycznego, Paul Appleton, podsumował następująco: „Tak właśnie wygląda efekt współpracy dwóch kombinatorów. Wiele tygodni przygotowań poszło na marne i cały projekt możemy wyrzucić do kosza”.

Taka decyzja oznaczała przedłużenie zakazu przeprowadzania transferów i kontraktowania nowych piłkarzy przez Bolton. To, w sytuacji, w której klub opuścili wszyscy najważniejsi zawodnicy oraz fakt nałożenia przez zarząd ligi 12 punktów ujemnych oznaczało praktycznie pewny spadek w nadchodzących rozgrywkach. Z resztą, kolejny w ostatnich sezonach. Wystarczy wspomnieć, że Bolton Wanderers stał się dzięki temu prawdziwym ekspertem od spadania na niższy szczebel rozgrywkowy. Zeszłosezonowa degradacja była już 15(!) w historii klubu i tylko dwie ekipy w historii angielskiej piłki dokonywały tej „sztuki” częściej. Są to Grimsby Town oraz Notts County, które spadały po 16 razy.

Początek sezonu oraz sytuacja w klubie spowodowały, że do dymisji podał się szkoleniowiec KłusakówPhil Parkinson wraz ze swoim asystentem – Stevem Parkinem. „Wstrzymany proces sprzedaży klubu, brak reakcji EFL, nałożenie dwunastopunktowej kary oraz skazanie na występy w młodzieżowym składzie doprowadziły nas do ostateczności” – mówił Parkinson na jednej z konferencji prasowych. Warto wspomnieć, że w dotychczas rozegranych 4 spotkaniach, Bolton nie zdobył żadnej bramki, tracąc aż dwanaście.

Warto w tym miejscu zastanowić się co i w którym momencie historii klubu poszło nie tak. Bez wątpienia kluczowy był spadek z Premier League w sezonie 2011/12. Władze angielskiej ekstraklasy wypłacają, co prawda, tzw. Parachute payment. Jest to pomoc ligi dla klubów, które zostały zdegradowane do Championship. Bolton po spadku, wg dostępnych danych, otrzymał z tego tytułu, w ciągu czterech sezonów, blisko 50 milionów funtów. Była to jednak kropla w morzu potrzeb ekipy z Reebok Stadium (obecnie Marcon Stadium). Głównym problemem były lukratywne kontrakty i pensje zawodników w momencie, kiedy z praw telewizyjnych Bolton nie otrzymywał już tak dużych kwot, jak miało to miejsce w trakcie 10-letniej przygody w Premier League. W pewnym momencie zyski z praw do transmisji oscylowały w granicach 72% budżetu klubu! To drugi wynik w historii angielskiej ekstraklasy. Po spadku ciężko było to zrównoważyć. Zwłaszcza, że na stadion w Horwich nigdy nie przychodziły tłumy kibiców. W końcu sama miejscowość liczy niecałe 20 tysięcy mieszkańców. Wszystko to doprowadziło do kolejnego spadku, tym razem na trzeci poziom rozgrywkowy, w sezonie 2015/16.

Wbrew pozorom kolejna degradacja nie była największym zmartwieniem wszystkich związanych z Boltonem. Gwoździem do trumny okazała się informacja, którą podał do wiadomości publicznej długoletni właściciel The TrottersEddie Davies. Okazało się, że długi klubu, głównie wobec właściciela, wynoszą 185 milionów funtów. Davies zdecydował się jednak umorzyć dług by doprowadzić do jak najszybszej sprzedaży klubu. To właśnie w tej decyzji można doszukiwać się głównej genezy obecnych problemów klubu z Horwich.

Bolton Wanderers to kolejny, smutny przykład, że życie ponad stan prędzej czy później doprowadzi do tragedii. A za taką, dla każdego sympatyka Kłusaków, należy uznać ewentualny proces likwidacji klubu.

Aktualizacja: Football Ventures udało się wykupić większościowy pakiet akcji klubu, a co za tym idzie, jest nadzieja na uratowanie tego zasłużonego dla angielskiej piłki klubu.

post

poVARiowali!

Wielu utożsamiało wprowadzenie VAR-u z całkowitym wyeliminowaniem błędnych decyzji arbitrów w meczach piłkarskich rozgrywanych na europejskich boiskach. Niestety, jako środowisko piłkarskie, dalecy jesteśmy od perfekcji w tej kwestii. Oglądając, w miniony weekend kilka spotkań, byłem zszokowany ilością błędów sędziowskich w ligach, w których Video Assistant Referee, został wprowadzony w ostatnich dwóch sezonach. Kontrowersja goniła kontrowersję, błąd gonił błąd, a niewytłumaczalny brak konsultacji z VAR-em był na porządku dziennym. 

Norwich – Chelsea, sędzia Martin Atkinson

Pierwsze z wspomnianych przeze mnie spotkań. Kontrowersję mieliśmy już w szóstej minucie. Przy wyrównującym trafieniu Norwich, Tammy Abraham, w okolicach linii bocznej boiska, został zaatakowany nakładką przez Bena Godfreya, a gwizdek sędziego Martina Atkinsona milczał. W drugiej części spotkania Londyńczycy ponownie mieli podstawy, by czuć żal odnośnie decyzji arbitrów. Cesar Azpilicueta był ewidentnie faulowany w polu karnym, jednak sędziowie nie zauważyli przewinienia. O ile główny arbiter miał prawo popełnić błąd, to dlaczego osoby odpowiedzialne za VAR w tym spotkaniu nie podpowiedziały Atkinsonowi, aby obejrzał sobie obie sytuacje? Na szczęście błędne decyzje sędziów nie wpłynęły znacząco na wynik spotkania. Chelsea, mimo niekorzystnych dla siebie okoliczności, zdołała zwyciężyć 3-2 na terenie Kanarków.

Manchester United – Crystal Palace, sędzia Paul Tierney

Na Old Trafford także nie mogli być zadowoleni. Nie chodzi tylko o fakt, że Orły po raz pierwszy w historii swoich występów w Premier League zdołały wygrać w Manchesterze. Sporo pretensji kibice gospodarzy mogą mieć do sędziego, który wiele sytuacji boiskowych oceniał bardzo niekonsekwentnie. Najwięcej emocji poza niewykorzystanym karnym Marcusa Rashforda i zwycięskim trafieniem gości w samej końcówce, wzbudziła sytuacja z 56 minuty, kiedy to Martin Kelly ewidentnie faulował Anthony’ego Martiala. VAR w tej sytuacji również nie zareagował. Nie bardzo rozumiem dlaczego w tej sytuacji, zdaniem niektórych, nie ma mowy o jedenastce. To, że Francuz za wszelką cenę próbował utrzymać się na nogach i oddać strzał, jest wyłącznie jego dobrą wolą. Ciekawe, czy gdyby napastnik teatralnie się wywrócił, to o rzut karny byłoby zdecydowanie łatwiej?

Bournemouth – Manchester City, sędzia Andre Marriner

Niedzielne popołudnie w Południowej Anglii na Vitality Stadium. David Silva zostaje nadepnięty przez obrońcę Wisienek. VAR tym razem interweniuje, pytanie tylko, czy decyzja podjęta po wideoweryfikacji, aby na pewno jest decyzją słuszną. Abstrahując od tego, czy sędziowie zdecydowali słusznie, dlaczego główny arbiter nie chciał w ogóle obejrzeć tej sytuacji na monitorze? Tym bardziej, że to właśnie on ma decydujące zdanie w kwestii ewentualnego rzutu karnego.

Tottenham Hotspur – Newcastle United, sędzia Mike Dean

Kolejne spotkanie, w którym mamy VAR w użyciu i którego decyzja wywołuje niemałą konsternację wszystkich, którzy śledzą to spotkanie. Zaangażowanych w nie piłkarzy i trenerów, kibiców obecnych na stadionie, a także tych oglądających mecz w telewizji. Na początek wypadałoby spytać przeciętnego sympatyka piłki nożnej, ile widział w życiu wślizgów wykonanych głową. Takie kuriozalne interwencje zdarzają się niezwykle rzadko. Co więcej, podejmując się czegoś takiego, Jamal Lascelles z Newcastle musiał liczyć się z tym, że podejmuje ogromne ryzyko, próbując w ten sposób zatrzymać Harry’ego Kane’a. Gdy zobaczyłem, że będziemy świadkami interwencji VAR-u, byłem przekonany, że Dean wskaże na wapno. Jednak nic z tych rzeczy. Zdaniem sędziów obrońca Srok interweniował w dozwolony sposób.

O ile na Wyspach VAR dopiero raczkuje i został wprowadzony w tym sezonie, o tyle dziwi spora ilość błędów sędziowskich w Bundeslidze i na Półwyspie Apenińskim. Tam Var był już testowany w poprzednim sezonie, a odnoszę wrażenie, że im dłużej się w tych dwóch krajach z tego systemu korzysta, tym gorzej on funkcjonuje. Niewątpliwie cieszy fakt, że Robert Lewandowski zdobył w tym sezonie 100% goli dla Bayernu Monachium. Niesmak budzi jednak fakt, że gospodarzom należały się dwa ewidentne rzuty karne po zagraniach piłki ręką przez graczy Bayernu. Najpierw w sytuacji, w której przewinił Benjamin Pavard, a później, gdy piłka uderzyła w rękę wyskakującego w murze Ivana Perisica. Podobnie sytuacja wyglądała we Florencji, gdzie Fiorentina po świetnym widowisku musiała uznać wyższość Napoli. Goście wygrali 4-3, jednak kibice Violi mają pełne prawo mieć żal do sędziów prowadzących to spotkanie. Najpierw główny arbiter, Davide Massa, podyktował jedenastkę po bezczelnej symulce Driesa Mertensa, by w ostatnich minutach spotkania nie zauważyć ewidentnego przewinienia Hysaja na Francku Ribery na skraju pola karnego gości. Wideoweryfikacji w obu sytuacjach nie było i śmiało można powiedzieć, że sędziowie w tym przypadku wypaczyli wynik spotkania.

Daleki byłem od twierdzenia, że wprowadzenie VAR wyeliminuje całkowicie błędy sędziowskie. To jest niemożliwe z bardzo prostego powodu. Futbol, a zwłaszcza interpretacja przepisów w tej dyscyplinie, rzadko bywa zero – jedynkowa. Tutaj przeważnie sytuacja wygląda tak, że mamy 10% białego, tyle samo czarnego, a 80% to po prostu szara strefa, gdzie wchodzi element interpretacji przepisów. Wiele osób podaje argument, że w tenisie i siatkówce wideoweryfikacja praktycznie rozwiązała problem błędów sędziowskich. Tylko, że w tych dyscyplinach są właśnie sytuacje zero – jedynkowe. Kwestia, czy atak zawodnika wylądował w boisku, czy też poza nim, albo czy siatkarze skaczący w bloku dotknęli piłki, czy nie. Niemniej jednak dziwi mnie, że skoro w piłce tak wiele zależy od interpretacji przepisów w danej sytuacji boiskowej, dlaczego główny arbiter często nawet nie oglądnie sytuacji na monitorze. Wierzy jedynie asystentowi na wozie VAR i, co w miniony weekend zdarzało się notorycznie, ostatecznie podejmuje błędną decyzję. Przecież to, że sędzia VAR widzi sytuację w dany sposób wcale nie oznacza, że główny po obejrzeniu powtórki podjąłby identyczną decyzję. Dlatego nie wiem, czy dobrym rozwiązaniem nie byłoby obligatoryjne sprawdzanie każdej wiążącej decyzji, czyli rzutów karnych oraz goli. Ktoś powie, że to bezsensu, ponieważ mecze będą trwały o wiele dłużej. Tylko w obecnej formule i tak zdarza się, że podjęcie decyzji i konsultacja z wozem zajmują sędziom po kilka minut.

Niektórzy proponują również by trenerzy obu drużyn mieli określoną liczbę challange’ów na połowę, aby w sytuacji, w której nie zgadzają się z sędzią, mogli zainterweniować. Tylko kto oceniałby taką powtórkę? Dalej byłby to arbiter spotkania, albo ten obsługujący VAR, a on mógłby mieć zupełnie inny pogląd na ocenę konkretnego zdarzenia niż trener biorący challange.

Niezwykle ciężko będzie znaleźć złoty środek w tej sytuacji. Uważam jednak, że doprecyzowanie i zwiększenie liczby zdarzeń, które może rozpatrywać VAR, a także położenie nacisku na to, aby osoby na wozie maksymalnie pomagały głównym arbitrom, byłyby krokiem naprzód w ograniczeniu liczby błędów sędziowskich na piłkarskich boiskach.

post

Te nieszczęsne karne

30 sierpnia 2013 roku, Eden Arena w Pradze, 2-2 po 120 minutach gry w spotkaniu Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, rzuty karne wyłonią zwycięzcę Superpucharu Europy. Żaden z zawodników nie pomylił się w 4 pierwszych seriach rzutów karnych, jednak w decydującej serii jedenastek Manuel Neuer broni strzał Romelu Lukaku. Belgijski supertalent uderzył wówczas słabo, apatycznie, blisko środka bramki. The Blues muszą przełknąć smak porażki, a koledzy pocieszać młodego napastnika. 14 sierpnia 2019 roku, Vodafone Arena w Stambule, 2-2 po 120 minutach gry w meczu Liverpoolu z Chelsea, rzuty karne wyłonią zwycięzcę Superpucharu Europy. Żaden z zawodników dotychczas się nie pomylił, jednak w decydującej serii jedenastek, Adrian broni strzał Tammy’ego Abrahama. Młody napastnik uderzył słabo, w sam środek bramki. Niebiescy muszą pogodzić się z porażką, a partnerzy z zespołu starają się pocieszyć angielskiego snajpera. Niby nic dwa razy się nie zdarza, ale ja jednak przeżyłem wczoraj przed telewizorem swego rodzaju deja vu.

Na wstępie trzeba przyznać, że obejrzeliśmy wczoraj świetne widowisko i pozostaje nam życzyć sobie, aby kolejne spotkania w tej edycji europejskich pucharów, nie odbiegały tempem i intensywnością od tego, co zaprezentowali gracze Juergena Kloppa i Franka Lamparda. Wydaje się, że szkoleniowiec Chelsea konsekwentnie będzie dawał coraz więcej szans młodym wychowankom The Blues, tak jak wspominał przed, jak i w trakcie przedsezonowych przygotowań. Wczoraj swoją szansę otrzymali Mount, Tomori i Abraham. Ten ostatni, po wejściu na boisko znalazł się z kilku sytuacjach, to po nim podyktowany został rzut karny. Jednak nie z tego młody Anglik zostanie zapamiętany, a raczej ze zmarnowanej decydującej jedenastki i przegrania pojedynku z Adrianem.

Wydaje mi się, że najgorsze co można by w tym momencie zrobić, to powolne odstawianie napastnika od podstawowego składu, zakończone późniejszym wypożyczeniem do innego klubu. Dokładnie tak postąpił Jose Mourinho w 2013 roku z Romelu Lukaku, innym talentem, który przed laty przekonał się, że Stamford Bridge nie będzie dla niego ziemią obiecaną. Portugalczyk wypożyczył młodego Belga najpierw do West Bromwich Albion, a następnie do Evertonu. Napastnik tak naprawdę nie dostał prawdziwej szansy w Chelsea i oferta definitywnego transferu od The Toffees była dla niego szansą na udowodnienie, jak bardzo zarząd oraz trener z Zachodniego Londynu mylili się, co do jego osoby. Jestem zdania, że jedynym czego Abraham aktualnie potrzebuje jest czas oraz zaufanie od swojego szkoleniowca. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że tak długo, jak Frank Lampard będzie trenerem, tak długo napastnik może na te dwie rzeczy liczyć,

Nie ulega wątpliwości, że w Londynie posiadają jednego z najlepszych napastników młodego pokolenia. Tammy Abraham, a właściwie Kevin Oghenetega Tamaraebi Bakumo – Abraham, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko zawodnika, od kilku sezonów, grając na wypożyczeniach oraz w młodzieżowych reprezentacjach Anglii, był kluczowym zawodnikiem swoich drużyn oraz imponował niebywałą, jak na swój wiek, skutecznością. W sezonie 2015/16 po pierwszy dał się poznać szerszej publiczności, dzięki dobrym występom w młodzieżowych drużynach The Blues, kiedy w 32 spotkaniach zdobył 20 goli i zaliczył 6 asyst. Efektem tego była okazja debiutu u Guusa Hiddinka. To właśnie doświadczony holenderski trener dostrzegł niebywały potencjał tkwiący w napastniku, Kolejnym krokiem w karierze Abrahama był sezon spędzony w Championship, w barwach Bristol City. Tam rozgrywając w sumie 48 spotkań, w czasie których przebywał na boisku blisko 4000 minut, zdołał strzelić 26 goli. Poskutkowało to nagrodą dla młodego gracza sezonu oraz dla najlepszego zawodnika Bristol City. Wydawało się wówczas, że naturalnym krokiem będzie gra w Premier League w przyszłym sezonie.

Tak też się stało. Jednak nie w macierzystym klubie, a w południowej Walii, w barwach Swansea City. Ten sezon z góry uznano za rozczarowanie, a sam zawodnik był mocno krytykowany. Pytanie tylko czy słusznie. Grając w zespole, który ostatecznie nie zdołał się utrzymać w angielskiej elicie, młodzian zdołał zdobyć w 31 spotkaniach Premier League 5 goli, dorzucając kolejne 3 bramki w krajowych pucharach. Owszem, statystyki nie powalają na kolana. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że gra ofensywna Łabędzi w tamtych rozgrywkach wołała o pomstę do nieba, sytuacji napastnicy mieli bardzo niewiele w kolejnych spotkaniach, dlatego zrzucanie całej winy na barki młodego Tammy’ego nie jest do końca uczciwe.

Poprzedni sezon to znów brak szansy na Stamford Bridge, skutkujący kolejnym wypożyczeniem, tym razem do środkowej Anglii, a dokładniej do Birmingham. W barwach Aston Villi Abraham kolejny raz udowodnił, że skuteczność pod bramką rywali nie jest dla niego rzeczą obcą. Sezon zakończył zdobyciem 26 goli, w tym jednym bardzo istotnym, przeciwko West Bromwich Albion w półfinale fazy Play Off. Rozegraniem w sumie 42 spotkań walnie przyczynił się do awansu The Villans do Premier League. Nie powinno zatem dziwić, że w obliczu zakazu transferowego, sprzedaży Alvaro Moraty oraz powrocie Gonzalo Higuaina do Juventusu, to właśnie Tammy Abraham, od początku okresu przygotowawczego otrzymuje kolejne szanse od Franka Lamparda.

Podobnie jak kiedyś Lukaku, tak samo Abraham, na każdym kroku podkreśla, że od dziecka marzył o tym, aby reprezentować barwy Chelsea. W wywiadzie udzielonym stacji Sky Sports, w trakcie drugiej części poprzedniego sezonu Championship wspominał o tym, że myśli już o kolejnym sezonie, o powrocie do Londynu, wierze w swoje umiejętności, a także tym, że jeśli w lecie otrzyma szansę, postara się ją wykorzystać. Jak na razie jest na dobrej drodze do spełnienia swoich celów i marzeń. W tym miejscu pozostaje życzyć, aby jego kariera nabrała wreszcie podobnego rozpędu, jak ta jego starszego kolegi – Romelu Lukaku. Może tylko z tą różnicą, by zamiast tułaczki po różnych klubach, swoje miejsce rzeczywiście odnalazł w Zachodnim Londynie i właśnie na Stamford Bridge zdobywał jak najwięcej goli.

post

Złe gorszego początki?

Chelsea Londyn w ostatnich sezonach regularnie punktowała w Manchesterze na Old Trafford, ale jak już zapunktować się nie udało, to z kretesem. 4-0, totalna demolka. Od niedzieli zastanawiam się, czy to drużyna z Londynu zagrała tak słabo, a może gracze Ole Gunnara Solkjaera tak dobrze? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Jednego natomiast jestem pewny. Cytując klasyka z Football Managerów, Franka Lamparda i wszystkich sympatyków The Blues czeka długi, ciężki i pełen rozczarowań sezon.  

Nie ukrywam, że od momentu ogłoszenia Franka Lamparda, czyli klubowej legendy i najlepszego strzelca w historii klubu, jako pierwszego szkoleniowca Chelsea Londyn, czekałem na inaugurację sezonu. Z resztą, pewnie podobnie miało wielu sympatyków futbolu, nie tylko tych związanych z drużyną ze Stamford Bridge. Dodatkowo, gdy okazało się, że w debiucie Super Frank pojedzie do Manchesteru, na mecz z United, z tym większą niecierpliwością oczekiwałem niedzieli 11 sierpnia i pierwszego hitu w nowym sezonie Premier League.

Wstrzymałem się z pisaniem czegokolwiek „na gorąco”, zaraz po zakończeniu niedzielnego spotkania z prostego powodu. Jako sympatykowi drużyny z Londynu ciężko było mi taki wynik przetrawić. Jednak po ochłonięciu i chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że takie spotkania po prostu, co jakiś czas, zdarzają się. Czy ktokolwiek z oglądających ten mecz po pierwszych 15 minutach powiedziałby, że końcowy rezultat będzie aż tak druzgocący dla ekipy, która w trakcie pierwszego kwadransa utrzymywała się przy piłce przez 85% czasu gry! Do tego słupek po strzale Tammy’ego Abrahama oraz kilka całkiem nieźle zapowiadających się akcji, niezakończonych jednak uderzeniami na bramkę rywala. Pewnie wiele osób, w tym ja sam, pomyślało, że ta nowa Chelsea Lamparda może się podobać. I wtedy gong. Strata piłki, kontratak, prosty błąd i faul Kourta Zoumy, a następnie karny wykorzystany przez Marcusa Rashforda.

Francuski stoper w ogóle słabo wszedł w to spotkanie, był niepewny, elektryczny, a po 20 minutach, to po jego faulu The Blues byli na debecie. Z resztą, jeśli ktoś śledził przedsezonowe sparingi Londyńczyków niespecjalnie powinno go to dziwić. Większość spotkań w okresie przygotowawczym było prawdziwymi strzelaninami. Wygrane 4-3 z Reading, 5-3 z Salzburgiem oraz remis 2-2 z Borussią Moenchengladbach wskazywały na jedno. O ile ofensywna formacja stawała na wysokości zadania (zwłaszcza spotkanie z Austriakami i cudowny gol Pedro!), o tyle w defensywie, w każdym ze spotkań, gracze Lamparda popełniali zatrważającą liczbę prostych, niewymuszonych błędów.

Na Old Trafford niewykorzystane sytuacje zemściły się straszliwie. Z tak elektryczną parą stoperów, tyloma stratami w środku pola, a następnie kontrami, w których gracze gospodarzy mieli całe połacie wolnej przestrzeni, spowodowane złą organizacją i błędami The Blues w defensywie, to się musiało po prostu tak skończyć. Pozostaje liczyć, że Antoni’ego Rudigera po zakończeniu rehabilitacji będą omijać kontuzje.

Wartym uwagi i jakimś światełkiem w tunelu jest występ Masona Mounta, którego Frank zna ze wspólnej pracy w Derby County, a także Tammy’ego Abrahama. Gdy do zdrowia powrócą Ruben Loftus – Cheek oraz Callum Hadson – Odoi, taki ofensywy kwartet wygląda, co najmniej, obiecująco. Jednak najbardziej ucieszyła mnie obecność Emersona w pierwszym składzie. Brazylijczyk z włoskim paszportem powinien, w opinii wielu, dostawać zdecydowanie więcej szans w poprzednim sezonie od Mauricio Sarri’ego. I to właśnie on, jako jeden z nielicznych, nie musi się wstydzić tego, co pokazał w niedzielne popołudnie.

Wszystko wskazuje na to, że na Stamford Bridge szykują się bardzo trudne miesiące. Kalendarz na najbliższe kolejki jest niezły. Jednak wszystko wskazuje na to, że przynajmniej na razie, minęły czasy, w których Chelsea wychodząc na boisko, wychodziła jak po swoje. W tym składzie personalnym, zwłaszcza w defensywie, na niewielu przeciwników The Blues będą mogli spoglądać z góry.

PS. Chelsea Londyn w strefie spadkowej, po raz pierwszy od 19 lat. Był to też najgorszy debiut nowego szkoleniowca drużyny od 41 lat. Z pewnością nie o takie bicie rekordów Lampardowi i spółce chodziło.