post

Byki piszą historię

Powiedzieć, że są najbardziej znienawidzonym klubem piłkarskim w Niemczech, to nic nie powiedzieć. Odkąd w 2009 roku austriacki koncern Red Bull zainwestował, w czwartoligowy wówczas klub, większość niemieckich kibiców czuje odrazę do klubu z Saksonii. Dlaczego? Ich zdaniem jest to najjaskrawszy przykład komercjalizacji futbolu, wypaczanie ich ukochanego sportu oraz zwykłe plucie na tradycję. Trzeba jednak oddać, że RB Lipsk dzięki świetnemu zarządzaniu oraz polityce transferowej, krok po kroku, realizuje wyznaczone przed laty plany. Obecne rozgrywki zaczęli znakomicie. Komplet punktów po pierwszych 3 kolejkach i perspektywa podjęcia obecnego mistrza Niemiec – Bayernu Monachium, na swojej Red Bull Arenie, dzisiejszego wieczoru. Wiele osób zastanawia się czy obecne rozgrywki mogą być dla Byków przełomowe i poza ustabilizowaniem swojej pozycji na podium Bundesligi, zespół z Lipska stać na coś więcej i rzucenie wyzwania Borussi Dortmund i Bayernowi Monachium

Strategia Red Bulla jest prosta. Światowy lider branży napojów energetycznych wykłada pieniądze, ale na konkretnych warunkach. Przejmując dany zespół zmienia jego nazwę, barwy oraz herb, na którym mają widnieć dwa charakterystyczne byki, czyli logotyp firmy. Pierwszym klubem przejętym przez koncern był w 2005 roku austriacki Salzburg. Następnie przyszła pora na ekspansje na inne kontynenty. Człon Red Bull w swojej nazwie posiadają obecnie kluby z Nowego Jorku, Sao Paulo oraz Sogakope (Ghana). Nigdzie jednak, Dietrich Mateschitz – założyciel austriackiej firmy, nie napotkał tylu problemów i przeszkód, co w Niemczech.

DFL (Deutsche Fußball Liga) posiada jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów w Europie. Jako organizator rozgrywek zabrania ona na przykład, aby w nazwie klubu widniała nazwa sponsora. Jak zatem Red Bull rozwiązał tę sprawę? Bardzo sprytnie. Oficjalnie skrót RB w pełnej nazwie klubu nie oznacza firmy z Austrii, a RasenBallsport, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „trawiasty sport piłkarski”. I tak, o ile w oficjalnych dokumentach widnieje nazwa RasenBallsport Liepzig, to wszyscy i tak mówią Red Bull Liepzig.

W DFB (Deutscher Fußball – Bund) klub jest na cenzurowanym właściwie od początku swojego istnienia. W 2009 roku włodarze klubu z Lipska wykupili licencję grającego wówczas w 5 lidze – SSV Makranstädt, dzięki czemu klub był w stanie powoli, liga po lidze, piąć się w hierarchii niemieckiego futbolu. Wybór takiej lokalizacji nie był przypadkowy. Lipsk jest drugą co do wielkości aglomeracją, zaraz po Berlinie, we wschodnich Niemczech. Pomimo faktu, że mur berliński runął 28 lat temu, to dawne NRD zarówno w sporcie, jak i innych dziedzinach życia, odstaje od poziomu, jaki charakteryzuje zachodnią część kraju. Jeśli chodzi o piłkę nożną, to RB Lipsk jest pierwszą drużyną z dawnego NRD, która gra w Bundeslidze, od czasu spadku z ligi Energie Cottbus w sezonie 2008/09. Potencjał piłkarski całego regionu jest ogromny. Pokazuje to fakt, że podczas Mistrzostw Świata w 2006 roku, rozgrywanych na terenie Niemiec, jedną z aren na których rozgrywano mecze był Zentralstadion, który obecnie nosi nazwę Red Bull Arena. Obiekt może obecnie pomieścić blisko 43 tysiące widzów, ale władze klubu z Lipska w najbliższych latach planują jego modernizację lub nawet wybudowanie nowego obiektu. Mówi się o liczbie miejsc w granicach 80 tysięcy, a więc prawie dwukrotnie większym stadionie.

Największym grzechem klubu z Lipska, zdaniem działaczy innych klubów, jest jednak naruszenie zasady 50+1, polegającej na tym, że członkowie klubu muszą posiadać przynajmniej 51% udziałów w klubie. Według DFB oraz DFL zasada ta ma chronić niemiecki futbol i ograniczyć inwestowanie oraz przejmowanie większościowych udziałów przez zagraniczne podmioty. W marcu 2014 roku, na łamach The Guardian, Philip Oltermann pisał, że klub posiadał wówczas 11 członków posiadających większościowy pakiet udziałów, czyli w teorii wszystko się zgadzało. Co do praktyki, warto wspomnieć, że większość z nich była pracownikami firmy Red Bull. Mimo spekulacji odnośnie skierowania sprawy do sądu, organizatorzy rozgrywek nie chcieli iść na wojnę z austriacką firmą. Zapewne dlatego, że sąd mógłby zdecydować o zniesieniu długoletniej zasady 50+1 i zmienić oblicze niemieckiego futbolu.

Jak wszystkie zarzuty odnośnie braku tradycji oraz kupowania sukcesów sportowych komentował swego czasu Dietrich Mateschitz? „Nie jestem Romanem Abramowiczem. Wszystko robimy z głową. Nie ma nic prostszego niż pójście na zakupy z walizką pełną pieniędzy. To głupie, a my nie jesteśmy głupi.” – tłumaczył, zarazem odrzucając zarzuty o braku historii w następujący sposób: „Za 500 lat tamte zespoły będą mieć 600 lat, a my 500.”

Trzeba przyznać, że polityka RB Lipsk zdecydowanie różni się od drogi obranej swego czasu przez takie kluby jak Paris Saint Germain, Manchester City czy Chelsea Londyn. O ile, w przypadku wymienionych klubów spokojnie możemy mówić o rewolucjach napędzanych pieniędzmi bogatych właścicieli, o tyle w przypadku Byków bardziej pasuje tutaj słowo ewolucja. Mimo pokaźnych środków finansowych próżno było szukać tutaj transferów znanych zawodników, o uznanej na kontynencie marce. Zamiast tego postawiono na dopracowany w każdym calu dział skautingu oraz akademię. Ten projekt od początku miał być nastawiony na promowanie młodych zawodników i sprzedawanie ich w przyszłości z dużym przebiciem. Póki co, działacze rzetelnie wypełniają swoje założenia i ani myślą o zmianie swojej polityki. W końcu przyniosła ona największe sukcesy w krótkiej historii klubu. Najpierw awans do Bundesligi w sezonie 2015/16, wicemistrzostwo Niemiec w swoim debiutanckim sezonie w ekstraklasie, debiut w europejskich pucharach, aż w końcu 3 miejsce oraz finał Pucharu Niemiec w poprzednim sezonie.

I tutaj dochodzimy do najważniejszego. Czy w tym sezonie RB Lipsk rzeczywiście może rzucić wyzwanie duopolowi Borussia DortmundBayern Monachium i realnie włączyć się do walki o mistrzostwo Niemiec? Wydaje się, że kluczowym może okazać się zatrzymanie w drużynie najważniejszych zawodników, z Timo Wernerem na czele, a także zatrudnienie w roli szkoleniowca zespołu Juliana Nagelsmanna. Nie bez powodu mówi się, że jest to najzdolniejszy trener młodego pokolenia, nie tylko w Niemczech, ale w Europie. Długo spekulowało się, że ten trener w końcu spotka się z młodym niemieckim napastnikiem w jednym klubie. Mało kto jednak spodziewał się, że tym klubem będzie RB Lipsk, a nie gigant z Monachium. Nagelsmann zastąpił przed tym sezonem Ralfa Rangnicka, który przez wielu uznawany jest za ojca sukcesów klubu spod znaku Red Bulla. Od tego sezonu przestał on jednak dzielić funkcję trenera oraz dyrektora sportowego. Postanowił opuścić ławkę trenerską i powrócić wyłącznie do roli dyrektora, którą doskonale zna i w której zdecydowanie lepiej się czuje. Pierwsze kolejki pokazały, że były szkoleniowiec Hoffenheim zdołał zaszczepić większość rzeczy, jakich wymaga od prowadzonych przez siebie drużyn. Są to w głównej mierze, wysoki pressing i płynne przechodzenie do ataku po odbiorze piłki, ale przede wszystkim widowiskowa i kombinacyjna gra. Kamyczkiem w ogródku i pewnym zarzutem w stosunku do Nagelsmanna oraz jego piłkarzy może być fakt, że taka gra widoczna była długimi, ale jednak tylko fragmentami spotkań. To, co starczyło na na Frankfurt i Borussię Moenchengladbach niekoniecznie musi wystarczyć na mistrza Niemiec.

Tak czy inaczej, dzisiejszy pojedynek na Red Bull Arenie zapowiada się pasjonująco. W przypadku wygranej, drużyna gospodarzy może powiększyć swoją przewagę nad urzędującym mistrzem do 5 punktów. Wszyscy z pewnością ostrzą sobie zęby na pojedynek snajperów, czyli Timo Wernera i Roberta Lewandowskiego. Obaj trafiali w każdym z dotychczasowych trzech spotkań w tym sezonie. W rezultacie, również pojedynek o tytuł króla strzelców w bieżących rozgrywkach zapowiada się niezwykle ciekawie. Mimo, że Lewy wyprzedza aktualnie młodego snajpera z Lipska o jedno trafienie, ten drugi wcale nie stoi na straconej pozycji. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że polski napastnik wyjątkowo upodobał sobie drużynę z Saksonii. W dotychczasowych 8 spotkaniach przeciwko RB Lipsk zanotował 6 trafień. Żaden inny zawodnik nie trafiał przeciwko Bykom z większą częstotliwością.

Czy się to komuś podoba czy nie, RB Lipsk to powiew świeżości na piłkarskiej mapie Niemiec. Ten sezon to niebywała okazja na to, by raz na zawsze odciąć się od łatki klubu bez tradycji i historii. Zdobycie historycznego mistrzostwa Niemiec i detronizacja Bayernu Monachium, który zdobywał tytuł w ostatnich siedmiu sezonach, jawi się jako niezwykle trudne, ale możliwe do zrealizowania zadanie. Pierwszy znaczący test dziś o 18.30 na Red Bull Arenie, w Lipsku. Nach vorne Roten Bullen!

post

Odwieczny dylemat

Premier League, LaLiga, Serie A, a może jednak Bundesliga? Od lat kibice piłkarscy prześcigają się w opiniach, która z lig piłkarskich jest tą najlepszą. W zależności od sympatii i antypatii odpowiadającego na pytanie ich kolejność zmienia się. Jedno natomiast pozostaje bez zmian. Dyskusja na ten temat potrwa jeszcze długo i raczej ciężko oczekiwać jednoznacznych opinii w tej kwestii. W końcu, co tak naprawdę powinno decydować? Ranking UEFA oraz wyniki w europejskich pucharach? Niezwykle wyrównany poziom danej ligi, w której praktycznie każdy może wygrać z każdym? A może frekwencja na trybunach? 

Jedno jest pewne. Miano tej najlepszej z pewnością nie grozi naszej rodzimej PKO BP Ekstraklasie. Trudno w to dziś uwierzyć, ale jeszcze w latach 1969-72 nasza liga zajmowała siódme miejsce w Europie. Gdyby taka sytuacja miała miejsce dziś, to moglibyśmy wystawić aż pięć drużyn w europejskich pucharach. No, ale zejdźmy na ziemię. Aktualnie mamy chyba najbardziej przepłaconą ligę na Starym Kontynencie. Zajmujemy dalekie 27 miejsce w rankingu UEFA, oglądając plecy Azerbejdżanu, o włos wyprzedzając Bułgarię. Jednocześnie według najnowszych danych jesteśmy ósmą ligą w Europie pod względem wartości praw do transmisji telewizyjnych. Polska ekstraklasa jest więcej warta medialnie od takich lig jak: portugalska, holenderska, duńska czy czeska, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że w tym przypadku potencjał marketingowy nijak ma się do poziomu sportowego. Wystarczy prześledzić „wyczyny” naszych pucharowiczów w ostatnich sezonach i skonfrontować je z ligami biedniejszymi od naszej. Jeśli spojrzymy na podium, to o ile pierwsze miejsce Premier League niespecjalnie dziwi, o tyle wyraźne drugie miejsce Bundesligi, tuż za plecami wyspiarzy, a przed hiszpańską LaLigą robi wrażenie. Jednak umówmy się, wartość praw marketingowych oraz telewizyjnych może mieć spory wpływ na siłę danej ligi, ale nie jest to regułą.

Zwykło się mówić, że jeśli dany produkt trzyma dobry poziom oraz wysoką jakość, to z pewnością znajdzie uznanie w oczach klientów. Może zatem to ilu kibiców przychodzi, co kolejkę, na stadiony w danej lidze, jest wyznacznikiem jej siły? W przypadku średniej frekwencji na trybunach niemiecka Bundesliga deklasuje konkurencję. Dość powiedzieć, że praktycznie każdy klub sprzedaje ponad 90% biletów. Bardzo ciężko będzie zbliżyć się pozostałym ligom do takich wyników. Jedynie przebudowa lub budowa nowych, większych obiektów przez kluby angielskie oraz hiszpańskie mogłaby ten trend zmienić. Jednak niewielu kibiców zapytanych odpowie, że Bundesliga jest silniejsza od Premier League i LaLigi. Nie można jednak do końca lekceważyć argumentu frekwencji na trybunach. Pełne stadiony podczas większości kolejek, zwłaszcza tych rozgrywanych w późne jesienne wieczory, kiedy do wyboru mamy masę innych rzeczy, często zdecydowanie ciekawszych od marznięcia na stadionie, z kubkiem herbaty w ręce. Nie najgorsza wizja dla piłkarza, prawda?

To właśnie jeden z powodów dzięki którym do 2.Bundesligi oraz Championship udaje się sprowadzać całkiem niezłych piłkarzy kusząc ich pełnymi obiektami, wypełnionymi oddanymi i fanatycznymi kibicami. W rezultacie obie te ligi, mimo że jest to tylko drugi szczebel rozgrywkowy, plasują się w dziesiątce lig z najlepszą średnią frekwencją w Europie. Z resztą, wiele osób angielską Championship umieszcza na miejscach 8-10, jeśli chodzi o najsilniejsze ligi na kontynencie. Niejeden powie, że to przesada. Jednak gdyby się nad tym pochylić, to mamy do czynienia z jedną z najbardziej wyrównanych lig, gdzie sezon zasadniczy trwa aż 46 kolejek, a do tego dochodzą jeszcze play offy, jeśli ktoś nie zdołał wywalczyć bezpośredniego awansu do ekstraklasy. Prawdziwy maraton. Nie dziwi zatem, że wielu spadkowiczów z Premier League miało ogromne problemy z powrotem awansować do finansowego raju, jakim niewątpliwie jest liga angielska. Dodatkowo niektóre kluby na zapleczu stać na to, aby odrzucać, dobre z finansowego punktu widzenia oferty, za swoich najlepszych zawodników. Mało tego, kiedyś naturalnym krokiem dla piłkarzy z lig skandynawskich oraz szkockiej Ladbrokes Premiership była Premier League. Teraz nie dziwi, gdy klub z angielskiego zaplecza wykłada kilka milionów funtów i przebija ofertę klubu z wyższej ligi.

Wiele osób zżyma się na sposób w jaki obliczany jest ranking klubowy UEFA. Jednak jak dotąd nikt lepszego systemu punktacji oraz klasyfikacji poszczególnych federacji nie wymyślił, więc jeszcze długo będziemy na niego skazani. Ranking ten jest obliczany na podstawie aktualnej sytuacji w rozgrywkach pucharowych. Uwzględnia on postawę drużyn z danego kraju, na przestrzeni ostatnich 5 sezonów, w rozgrywkach pod egidą UEFA. Dodatkowo dorobek poszczególnych krajów jest dzielony przez łączną liczbę drużyn reprezentujących dany kraj w rozgrywkach europejskich. Na pierwszy rzut oka może wyglądać to na coś bardzo skomplikowanego, ale tak naprawdę nie ma tu jakiejś wielkiej filozofii. Osiągałeś sukcesy w Lidze Mistrzów oraz Lidze Europy, to ranking prędzej czy później to odzwierciedli.

Ostatnie lata to dominacja klubów hiszpańskich, regularnie osiągane fazy pucharowe, zwłaszcza półfinały oraz wygrywanie Champions League przez Real Madryt zrobiły swoje. Przez to Anglicy zostali daleko w tyle. W minionych dwóch sezonach drużyny z Wysp Brytyjskich rozpoczęły odrabianie strat do lidera, niemniej dalej pokutują tu rozgrywki 2015/16 i 2016/17 – bardzo słabe w wykonaniu klubów angielskich. Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do świetnej frekwencji na stadionach oraz rosnącej siły marketingowej, to co najważniejsze, czyli wyniki sportowe, w wykonaniu klubów niemieckich zdecydowanie poszły w dół. Niewiele brakuje by Serie A wyprzedziła Bundesligę już w tym sezonie. Niezwykle ciekawie zapowiadają się zatem europejskie puchary dla sympatyków tych dwóch lig. Niedocenianej i często wyśmiewanej, zwłaszcza w naszym kraju, rosyjskiej ekstraklasie w końcu udało się wyprzedzić portugalską Liga NOS. Wystarczyło do tego solidne punktowanie i osiąganie faz grupowych poszczególnych rozgrywek w kolejnych sezonach. Niby nic wielkiego, jednak sporo federacji ma z tym problem, choćby Polska.

Zatem która liga jest tą najsilniejszą? Trudno powiedzieć, ilu kibiców tyle opinii. Osobiście przychylałbym się do tego, że jednak powinniśmy kierować się rankingiem UEFA i wynikami osiąganymi w rozgrywkach europejskich. Jest on chyba najbardziej miarodajny. Pokazuje również, że najsilniejsze ligi to te, dla których punktuje kilka zespołów. Samotny reprezentant jakiejś federacji, choćby zaliczył super sezon, nie jest w stanie w wystarczającym stopniu zrównoważyć słabych wyników pozostałych przedstawicieli danego kraju. Najlepszym przykładem są tutaj Grecja i Szkocja. Tak długo, jak punkty rankingowe Grekom zdobywały Olympiacos Pireus wraz z Panathinaikosem Ateny, federacja trzymała się w okolicach pierwszej dziesiątki rankingu. Jednak odkąd Koniczynki popadły w ogromne kłopoty finansowe i do dziś ledwo wiążą koniec z końcem, sam klub z Pireusu oraz reszta przedstawicieli greckiej ekstraklasy nie były w stanie utrzymać takiej regularności punktowania, jak wcześniej. Z podobnym problemem spotkała się szkocka federacja po karnej degradacji Glasgow Rangers do 4 ligi. Tutaj również powodem były kłopoty finansowe. Jedynym w miarę regularnie punktującym klubem został Celtic Glasgow. Jednak sami The Boys nie byli w stanie utrzymać pozycji Szkotów, czego rezultatem był pikujący na łeb na szyję współczynnik i dopiero 19 miejsce w rankingu UEFA.

Podsumowując, jeśli ktoś spytałby mnie o mój prywatny ranking 10 czołowych lig, to wyglądałby on następująco:

  1. LaLiga
  2. Premier League
  3. Bundesliga
  4. Serie A TIM
  5. Ligue 1 Conforama
  6. Premier Liga
  7. Liga NOS
  8. Sky Bet Championship
  9. Sporttoto Super Lig
  10. Jupiler Pro League
post

Brak progresu czy już regres?

Za nami kolejne dwa spotkania eliminacji do Euro 2020. Wrześniowy termin meczów o punkty zbiegł się z rocznicą kadencji Jerzego Brzęczka jako selekcjonera piłkarskiej Reprezentacji Polski. W ostatnim programie „Misja Futbol” Tomasz Smokowski powiedział, że nic tak nie dzieli Polaków, jak polityka i Piotr Zieliński. Natomiast moim zdaniem, nic tak Polaków nie łączy, jak podzielanie wspólnej opinii o tym, że Jerzy Brzęczek nie powinien dłużej prowadzić kadry. 

W ciągu 180 minut przeciwko Słowenii i Austrii oddaliśmy 3(!) celne strzały.. Jeden w Lublanie, kolejne dwa w poniedziałek na Stadionie Narodowym w Warszawie. Jeśli dodamy do tego fakt, że przeciwko Austriakom zanotowaliśmy aż 113 strat piłki, przy zaledwie 37% jej posiadania w całym meczu, to wyłania się dramat tego, w jaki sposób gra w piłkę nasza reprezentacja, a właściwie, jak w nią nie gra.

Od 7 września 2018 roku kadra obecnego selekcjonera rozegrała 12 meczów. Tylko 4 spośród nich wygrała, pozostałe to 4 remisy i również 4 porażki. Jednak czy za któreś ze spotkań można naszych piłkarzy oraz trenera pochwalić? Pierwsza połowa w Bolonii przeciwko Włoszech była udana, ale wszystko wskazuje na to, że wtedy jeszcze niewiele dało się zepsuć. Nowe rozdanie po nieudanym Mundialu, debiut Jerzego Brzęczka oraz premierowa edycja Ligi Narodów. To wszystko wpłynęło na to, że udało się z Włochami zremisować. Poza tym? Na pewno czerwcowe przekonujące zwycięstwo 4-0 nad Izraelem. Przez rok nasza kadra rozegrała półtora udanego spotkania!

Zdaję sobie sprawę, że mamy na koncie 13 punktów, jesteśmy liderem grupy eliminacyjnej i z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że na EURO 2020 pojedziemy. Tylko co dalej? Kolejny raz mamy pojechać na turniej, dostać w łeb od kogo tylko się da i wrócić do domu po fazie grupowej? Ktoś później powie, że pora wyciągnąć wnioski oraz że w Europie nie ma już słabych drużyn. To ostatnie nie do końca jest prawdą, bo jedna taka słaba drużyna istnieje i jest nią w tej chwili Reprezentacja Polski.

Czy w tych eliminacjach, po tym co mogliśmy oglądać w poszczególnych spotkaniach, wyłączając mecz z Izraelem, możemy stwierdzić, że nasza kadra ma jakiś styl? Czy piłkarze wiedzą, czego oczekuje od nich trener? Czy Jerzy Brzęczek wie jakim ustawieniem chce grać? Na wszystkie te pytania odpowiedziałbym negatywnie. Odnoszę wrażenie, że selekcjoner miota się od ściany do ściany. Raz gramy dwójką napastników, za chwilę jednym. Ustawienie Piotra Zielińskiego raz za napastnikiem, raz w środku pola, później na prawej pomocy, by za chwilę biegał już po lewym skrzydle. Zwykle najlepsze zespoły wprowadzają rotacje oraz wymienność pozycji po to, aby zaskoczyć przeciwnika. Niestety u nas wygląda to tak, że często zaskakujemy samych siebie.

Kolejna kwestia – lewa obrona. Nie mam nic do Tomasza Kędziory. Jednak wydaje mi się, że Bartosz Bereszyński jest zawodnikiem o klasę lepszym. Dlatego nie potrafię zrozumieć dlaczego zawodnik Sampdorii Genua jest na siłę ustawiany na swojej nienaturalnej pozycji. Zamiast mieć gwarancję jakości na prawej stronie, a łatać lewą stronę defensywy, selekcjoner osłabia oba boki obrony. Ktoś powie, zaraz zaraz, ale na lewej mamy Macieja Rybusa! Tak, mamy. Jest nawet powoływany. Reprezentuje barwy czołowego rosyjskiego klubu – Lokomotivu Moskwa. Na dodatek występuje tam na lewej obronie. Jednak w kadrze, nie wiedzieć czemu, na boisku pojawia się incydentalnie. Rozumiem, że każdy trener może mieć różne koncepcje. Na pierwsze zgrupowanie Brzęczek powołał dwóch lewych obrońców: Arkadiusza Recę oraz Rafała Pietrzaka. Obaj pojawili się na murawie przeciwko Italii.

Tutaj dochodzimy do kolejnej niekonsekwencji selekcjonera. To, że Arkadiusz Reca posiada abonament na powołania do Reprezentacji Polski tak długo, jak trenerem będzie Jerzy Brzęczek, jest więcej niż pewne. Nie rozumiem tylko jednego. Ten zawodnik pod koniec okna transferowego zamienił Atalantę Bergamo, w której nie grał, na SPAL, po to by otrzymywać więcej minut na boisku. Zamiast w nowym klubie poznawać system gry preferowany przez trenera oraz zgrywać się na treningach z nowymi kolegami, Reca spędził kilkanaście dni na zgrupowaniu po to, by w meczach eliminacyjnych zasiąść na trybunach. Teraz wróci do swojego zespołu i znów w weekend nie zagra. Rafał Pietrzak dopóki grał w Wiśle Kraków otrzymywał powołania. W momencie zmiany klubu na belgijskie Mouscron powołania przestały przychodzić. Zawsze wydawało mi się, że belgijska ekstraklasa prezentuje wyższy poziom od naszej. Dlatego regularnie grający w niej zawodnik powinien być wzmocnieniem dla kadry. Widocznie żyłem w błędzie.

Według mnie najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie na to, aby Jerzy Brzęczek dokończył te eliminacje. Komplet punktów w spotkaniach z Łotwą oraz Macedonią Północną powinien wystarczyć do wywalczenia awansu. Jednak wraz z końcem eliminacji należy selekcjonera pożegnać. Podziękować sobie za wykonaną pracę, cieszyć się z awansu i życzyć wszystkiego najlepszego na przyszłość. Tym ostatnim dla naszej reprezentacji byłby nowy selekcjoner. Czy z zagranicy? Nie wiem. Ważne, żeby dał z powrotem nadzieję na to, że kolejny turniej rangi mistrzowskiej nie zakończy się tak, jak wiele poprzednich, czyli totalnym rozczarowaniem.