post

Łaska pańska na pstrym koniu jeździ

Użyte w tytule przysłowie do żadnego innego zawodu nie pasuje równie dobrze, jak do zawodu trenera. David Gallego z Espanyolu, Marco Giampaolo z Milanu, Eusebio Di Francesco z Sampdorii, Oleg Kononov ze Spartaka Moskwa, Dmitrij Chochłow z Dynama Moskwa, Sylvinho z Olimpique Lyon oraz Jacek Zieliński z Arki Gdynia. To tylko kilku szkoleniowców, którzy stracili pracę w trakcie, zakończonej właśnie, przerwy reprezentacyjnej. Jednego nazwiska tutaj nie ma, pomimo tego, że Tottenham nie spisuje się ostatnimi czasy najlepiej. Spekulacje na temat zwolnienia Mauricio Pochettino w ciągu ostatnich tygodni przybierały na sile, ale wszystko wskazuje na to, że Daniel Levy – właściciel Kogutów, wytrzyma presję i pozwoli Argentyńczykowi wyciągnąć zespół z kryzysu. 

Mauricio Pochettino jest jednym z najdłużej pracujących szkoleniowców na Wyspach, na White Hart Lane pracuje od 2014 roku. Nic dziwnego, skoro udało mu się, w trakcie swojej kadencji, zrobić z Tottenhamu czołową drużynę w Anglii i spełnić ambicje, o jakich od dawna można było usłyszeć w północnym Londynie. Wydaje się, że jest również idealną osobą dla Daniela Levy-ego z jednego prostego powodu. Niewiele osób na jego miejscu zdołałoby zrobić tak spektakularne wyniki dysponując tak ograniczonymi środkami. 517 dni. Dokładnie tyle czasu minęło od zakontraktowania Lucasa Moury do zakupu Jacka Clarke’a z Leeds United na początku lipca. Przez ten czas argentyński trener szył z takiego materiału, jaki miał w Londynie i pewnie nikt nie miałby większych pretensji, gdyby Tottenham przez brak wzmocnień i w konsekwencji bardzo wąski skład, nie zakwalifikował się do Ligi Mistrzów w poprzednim sezonie. Priorytetem było w końcu ukończenie budowy nowego stadionu i wszystkie środki miały przyświecać właśnie temu celowi. Jednak wbrew przewidywaniom, grającemu większą część sezonu na wyjeździe (domowe spotkania Tottenham rozgrywał na wypożyczonym Wembley) zespołowi udało się nie wypaść z czołowej czwórki w Premier League oraz zaliczyć historyczny wynik w Champions League, gdzie Spurs doszli aż do finału.

Rywale Londyńczyków wydawali setki milionów na wzmocnienia, a Pochettino budował zawodników, których większość kibiców i ekspertów już dawno skreśliła. Przesadzam? Gdyby wymienić nazwiska Fernando Llorente, Lucasa Moury czy Moussy Sissoko przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu, to wszyscy trzej byli bliżej opuszczenia północnego Londynu. Wszyscy trzej, najpierw uznani na pomyłki transferowe, które nie poradziły sobie w nowym środowisku, byli kluczowymi postaciami w minionym sezonie.

Football365: „Czy Moussa Sissoko to najgorszy transfer w historii Tottenhamu?”.

The Sun: „Real Betis chce ściągnąć wtopę transferową Tottenhamu Lucasa Mourę”.

Sky Sports: „Matt Le Tissier twierdzi, że Fernando Llorente nie jest dość dobry na Tottenham”.

Dlatego, gdy przed tym sezonem wydano 114 mln funtów i na Tottenham Hotspur Stadium zameldowali się Tanguy Ndombele, Ryan Sessegnon czy Giovani Lo Celso, wiele wskazywało, że w tym sezonie Tottenham będzie tylko silniejszy. Zwłaszcza, jeśli dodamy do tego przeprowadzkę na swój nowy, oddany już w pełni do użytku, stadion. Niestety dla wszystkich sympatyków Spurs, zamiast być coraz lepiej, jest coraz gorzej. W obecnym sezonie podopieczni Pochettino spisują się grubo poniżej oczekiwań. W Premier League, w 8 dotychczas rozegranych meczach Londyńczycy zdobyli zaledwie 11 punktów i strata do lidera wynosi już 13 oczek. Jednak nie to jest wcale najgorsze. Martwi przede wszystkim bezbarwny styl drużyny i przedziwna niemoc na wyjazdach. Dość powiedzieć, że Londyńczycy nie zdołali zgarnąć kompletu punktów na wyjeździe od stycznia tego roku! Powodów do zmartwień dla Kogutów jest w tym sezonie co nie miara. Bardzo słabe występy przeciwko Newcastle oraz Brighton w lidze, a także odpadnięcie z Carabao Cup z czwartoligowcem z Colchester były ciężkie do przetrawienia, to prawda. Tylko co powiedzieć o Lidze Mistrzów, w której jest jeszcze gorzej? Najpierw był remis 2-2 w Pireusie, gdzie drużyna straciła dwubramkowe prowadzenie, a następnie potężne lanie spuszczone przez Bayern Monachium na własnym stadionie. Jakby tego było mało, w ostatnim spotkaniu ligowym Hugo Lloris, kapitan zespołu złamał rękę i do gry wróci najprawdopodobniej po nowym roku.

Sytuacji na pewno nie poprawiają angielskie brukowce, które na początku tego miesiąca sugerowały, że w Tottenhamie miał mieć miejsce niemały skandal obyczajowy. W całą sytuację mieli być zamieszani Christian Eriksen oraz Jan Vertonghen. Zdaniem bulwarówek żona Duńczyka miała go zdradzić z belgijskim obrońcą. Obaj piłkarze zaprzeczyli i wspominali, że nic takiego nie miało miejsca, ale burzy jaka nastąpiła po tej informacji we wszystkich mediach społecznościowych nie udało się powstrzymać. A pro po Christiana Eriksena. Pomocnik reprezentacji Danii zalicza właśnie swój siódmy sezon w barwach Tottenhamu. Nietrudno jednak zauważyć, że w bieżących rozgrywkach daleko mu do formy z poprzednich kampanii. Przez całe letnie okienko transferowe mówiło się o możliwej przeprowadzce Duńczyka do Realu Madryt. Jak wiemy, nic takiego nie miało miejsca. Natomiast biorąc pod uwagę, że umowa pomocnika wygasa w 2020 roku, niewykluczone, że Tottenham zdecyduje się na sprzedaż swojego zawodnika w zimowym oknie, tak by zarobić na nim jakiekolwiek pieniądze. W innym przypadku wielce prawdopodobne jest, że latem Eriksen opuści Londyn za darmo.

Pochettino na dzisiejszej konferencji prasowej zapytany o transfery w zimowym oknie transferowym odpowiedział – Nie uważam tak. Wierzę w zawodników, których mam w Tottenhamie obecnie. Szanuję opinie ludzi, którzy uważają, że potrzebne są zmiany. Jeśli to ma być moja decyzja, to chcę zostać przy tych zawodnikach, bo oni mają jakość. Pytanie tylko czy czołowi zawodnicy Spurs podzielają wiarę swojego szkoleniowca. Niewykluczone, że drużyna w obecnej formie dobrnęła do ściany i wymaga gruntownej przebudowy. Po sprzedaży Kierana Trippiera do Atletico, Serge Aurier pozostał praktycznie bez konkurencji na prawej stronie defensywy. Powiedzieć, że Iworyjczyk nie spisuje się w tym sezonie najlepiej, to nic nie powiedzieć. Były zawodnik PSG popełnia masę błędów i kilka bramek Koguty straciły ewidentnie z jego winy. Równie niepewnie wyglądają środkowi obrońcy. Toby Alderweireld i Jan Vertonghen w niczym nie przypominają zawodników z poprzednich sezonów. Jeśli dodamy do tego fakt, że w najbliższych tygodniach dostępu do bramki zespołu będzie bronił ktoś z dwójki Michel Vorm – Paulo Gazzaniga, raczej nie powinien napawać optymizmem wszystkich sympatyków Tottenhamu.

Nie ulega wątpliwości, że z tak dużym kryzysem Maucicio Pochettino jeszcze się w swojej karierze nie mierzył. Pytanie czy zdoła go przetrwać i wyprowadzić zespół z kryzysu? O tym najpewniej przekonamy się przed końcem roku. W końcu cierpliwość Daniela Levy-ego chyba też ma swoje granice.

post

Byki piszą historię

Powiedzieć, że są najbardziej znienawidzonym klubem piłkarskim w Niemczech, to nic nie powiedzieć. Odkąd w 2009 roku austriacki koncern Red Bull zainwestował, w czwartoligowy wówczas klub, większość niemieckich kibiców czuje odrazę do klubu z Saksonii. Dlaczego? Ich zdaniem jest to najjaskrawszy przykład komercjalizacji futbolu, wypaczanie ich ukochanego sportu oraz zwykłe plucie na tradycję. Trzeba jednak oddać, że RB Lipsk dzięki świetnemu zarządzaniu oraz polityce transferowej, krok po kroku, realizuje wyznaczone przed laty plany. Obecne rozgrywki zaczęli znakomicie. Komplet punktów po pierwszych 3 kolejkach i perspektywa podjęcia obecnego mistrza Niemiec – Bayernu Monachium, na swojej Red Bull Arenie, dzisiejszego wieczoru. Wiele osób zastanawia się czy obecne rozgrywki mogą być dla Byków przełomowe i poza ustabilizowaniem swojej pozycji na podium Bundesligi, zespół z Lipska stać na coś więcej i rzucenie wyzwania Borussi Dortmund i Bayernowi Monachium

Strategia Red Bulla jest prosta. Światowy lider branży napojów energetycznych wykłada pieniądze, ale na konkretnych warunkach. Przejmując dany zespół zmienia jego nazwę, barwy oraz herb, na którym mają widnieć dwa charakterystyczne byki, czyli logotyp firmy. Pierwszym klubem przejętym przez koncern był w 2005 roku austriacki Salzburg. Następnie przyszła pora na ekspansje na inne kontynenty. Człon Red Bull w swojej nazwie posiadają obecnie kluby z Nowego Jorku, Sao Paulo oraz Sogakope (Ghana). Nigdzie jednak, Dietrich Mateschitz – założyciel austriackiej firmy, nie napotkał tylu problemów i przeszkód, co w Niemczech.

DFL (Deutsche Fußball Liga) posiada jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów w Europie. Jako organizator rozgrywek zabrania ona na przykład, aby w nazwie klubu widniała nazwa sponsora. Jak zatem Red Bull rozwiązał tę sprawę? Bardzo sprytnie. Oficjalnie skrót RB w pełnej nazwie klubu nie oznacza firmy z Austrii, a RasenBallsport, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „trawiasty sport piłkarski”. I tak, o ile w oficjalnych dokumentach widnieje nazwa RasenBallsport Liepzig, to wszyscy i tak mówią Red Bull Liepzig.

W DFB (Deutscher Fußball – Bund) klub jest na cenzurowanym właściwie od początku swojego istnienia. W 2009 roku włodarze klubu z Lipska wykupili licencję grającego wówczas w 5 lidze – SSV Makranstädt, dzięki czemu klub był w stanie powoli, liga po lidze, piąć się w hierarchii niemieckiego futbolu. Wybór takiej lokalizacji nie był przypadkowy. Lipsk jest drugą co do wielkości aglomeracją, zaraz po Berlinie, we wschodnich Niemczech. Pomimo faktu, że mur berliński runął 28 lat temu, to dawne NRD zarówno w sporcie, jak i innych dziedzinach życia, odstaje od poziomu, jaki charakteryzuje zachodnią część kraju. Jeśli chodzi o piłkę nożną, to RB Lipsk jest pierwszą drużyną z dawnego NRD, która gra w Bundeslidze, od czasu spadku z ligi Energie Cottbus w sezonie 2008/09. Potencjał piłkarski całego regionu jest ogromny. Pokazuje to fakt, że podczas Mistrzostw Świata w 2006 roku, rozgrywanych na terenie Niemiec, jedną z aren na których rozgrywano mecze był Zentralstadion, który obecnie nosi nazwę Red Bull Arena. Obiekt może obecnie pomieścić blisko 43 tysiące widzów, ale władze klubu z Lipska w najbliższych latach planują jego modernizację lub nawet wybudowanie nowego obiektu. Mówi się o liczbie miejsc w granicach 80 tysięcy, a więc prawie dwukrotnie większym stadionie.

Największym grzechem klubu z Lipska, zdaniem działaczy innych klubów, jest jednak naruszenie zasady 50+1, polegającej na tym, że członkowie klubu muszą posiadać przynajmniej 51% udziałów w klubie. Według DFB oraz DFL zasada ta ma chronić niemiecki futbol i ograniczyć inwestowanie oraz przejmowanie większościowych udziałów przez zagraniczne podmioty. W marcu 2014 roku, na łamach The Guardian, Philip Oltermann pisał, że klub posiadał wówczas 11 członków posiadających większościowy pakiet udziałów, czyli w teorii wszystko się zgadzało. Co do praktyki, warto wspomnieć, że większość z nich była pracownikami firmy Red Bull. Mimo spekulacji odnośnie skierowania sprawy do sądu, organizatorzy rozgrywek nie chcieli iść na wojnę z austriacką firmą. Zapewne dlatego, że sąd mógłby zdecydować o zniesieniu długoletniej zasady 50+1 i zmienić oblicze niemieckiego futbolu.

Jak wszystkie zarzuty odnośnie braku tradycji oraz kupowania sukcesów sportowych komentował swego czasu Dietrich Mateschitz? „Nie jestem Romanem Abramowiczem. Wszystko robimy z głową. Nie ma nic prostszego niż pójście na zakupy z walizką pełną pieniędzy. To głupie, a my nie jesteśmy głupi.” – tłumaczył, zarazem odrzucając zarzuty o braku historii w następujący sposób: „Za 500 lat tamte zespoły będą mieć 600 lat, a my 500.”

Trzeba przyznać, że polityka RB Lipsk zdecydowanie różni się od drogi obranej swego czasu przez takie kluby jak Paris Saint Germain, Manchester City czy Chelsea Londyn. O ile, w przypadku wymienionych klubów spokojnie możemy mówić o rewolucjach napędzanych pieniędzmi bogatych właścicieli, o tyle w przypadku Byków bardziej pasuje tutaj słowo ewolucja. Mimo pokaźnych środków finansowych próżno było szukać tutaj transferów znanych zawodników, o uznanej na kontynencie marce. Zamiast tego postawiono na dopracowany w każdym calu dział skautingu oraz akademię. Ten projekt od początku miał być nastawiony na promowanie młodych zawodników i sprzedawanie ich w przyszłości z dużym przebiciem. Póki co, działacze rzetelnie wypełniają swoje założenia i ani myślą o zmianie swojej polityki. W końcu przyniosła ona największe sukcesy w krótkiej historii klubu. Najpierw awans do Bundesligi w sezonie 2015/16, wicemistrzostwo Niemiec w swoim debiutanckim sezonie w ekstraklasie, debiut w europejskich pucharach, aż w końcu 3 miejsce oraz finał Pucharu Niemiec w poprzednim sezonie.

I tutaj dochodzimy do najważniejszego. Czy w tym sezonie RB Lipsk rzeczywiście może rzucić wyzwanie duopolowi Borussia DortmundBayern Monachium i realnie włączyć się do walki o mistrzostwo Niemiec? Wydaje się, że kluczowym może okazać się zatrzymanie w drużynie najważniejszych zawodników, z Timo Wernerem na czele, a także zatrudnienie w roli szkoleniowca zespołu Juliana Nagelsmanna. Nie bez powodu mówi się, że jest to najzdolniejszy trener młodego pokolenia, nie tylko w Niemczech, ale w Europie. Długo spekulowało się, że ten trener w końcu spotka się z młodym niemieckim napastnikiem w jednym klubie. Mało kto jednak spodziewał się, że tym klubem będzie RB Lipsk, a nie gigant z Monachium. Nagelsmann zastąpił przed tym sezonem Ralfa Rangnicka, który przez wielu uznawany jest za ojca sukcesów klubu spod znaku Red Bulla. Od tego sezonu przestał on jednak dzielić funkcję trenera oraz dyrektora sportowego. Postanowił opuścić ławkę trenerską i powrócić wyłącznie do roli dyrektora, którą doskonale zna i w której zdecydowanie lepiej się czuje. Pierwsze kolejki pokazały, że były szkoleniowiec Hoffenheim zdołał zaszczepić większość rzeczy, jakich wymaga od prowadzonych przez siebie drużyn. Są to w głównej mierze, wysoki pressing i płynne przechodzenie do ataku po odbiorze piłki, ale przede wszystkim widowiskowa i kombinacyjna gra. Kamyczkiem w ogródku i pewnym zarzutem w stosunku do Nagelsmanna oraz jego piłkarzy może być fakt, że taka gra widoczna była długimi, ale jednak tylko fragmentami spotkań. To, co starczyło na na Frankfurt i Borussię Moenchengladbach niekoniecznie musi wystarczyć na mistrza Niemiec.

Tak czy inaczej, dzisiejszy pojedynek na Red Bull Arenie zapowiada się pasjonująco. W przypadku wygranej, drużyna gospodarzy może powiększyć swoją przewagę nad urzędującym mistrzem do 5 punktów. Wszyscy z pewnością ostrzą sobie zęby na pojedynek snajperów, czyli Timo Wernera i Roberta Lewandowskiego. Obaj trafiali w każdym z dotychczasowych trzech spotkań w tym sezonie. W rezultacie, również pojedynek o tytuł króla strzelców w bieżących rozgrywkach zapowiada się niezwykle ciekawie. Mimo, że Lewy wyprzedza aktualnie młodego snajpera z Lipska o jedno trafienie, ten drugi wcale nie stoi na straconej pozycji. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że polski napastnik wyjątkowo upodobał sobie drużynę z Saksonii. W dotychczasowych 8 spotkaniach przeciwko RB Lipsk zanotował 6 trafień. Żaden inny zawodnik nie trafiał przeciwko Bykom z większą częstotliwością.

Czy się to komuś podoba czy nie, RB Lipsk to powiew świeżości na piłkarskiej mapie Niemiec. Ten sezon to niebywała okazja na to, by raz na zawsze odciąć się od łatki klubu bez tradycji i historii. Zdobycie historycznego mistrzostwa Niemiec i detronizacja Bayernu Monachium, który zdobywał tytuł w ostatnich siedmiu sezonach, jawi się jako niezwykle trudne, ale możliwe do zrealizowania zadanie. Pierwszy znaczący test dziś o 18.30 na Red Bull Arenie, w Lipsku. Nach vorne Roten Bullen!

post

Odwieczny dylemat

Premier League, LaLiga, Serie A, a może jednak Bundesliga? Od lat kibice piłkarscy prześcigają się w opiniach, która z lig piłkarskich jest tą najlepszą. W zależności od sympatii i antypatii odpowiadającego na pytanie ich kolejność zmienia się. Jedno natomiast pozostaje bez zmian. Dyskusja na ten temat potrwa jeszcze długo i raczej ciężko oczekiwać jednoznacznych opinii w tej kwestii. W końcu, co tak naprawdę powinno decydować? Ranking UEFA oraz wyniki w europejskich pucharach? Niezwykle wyrównany poziom danej ligi, w której praktycznie każdy może wygrać z każdym? A może frekwencja na trybunach? 

Jedno jest pewne. Miano tej najlepszej z pewnością nie grozi naszej rodzimej PKO BP Ekstraklasie. Trudno w to dziś uwierzyć, ale jeszcze w latach 1969-72 nasza liga zajmowała siódme miejsce w Europie. Gdyby taka sytuacja miała miejsce dziś, to moglibyśmy wystawić aż pięć drużyn w europejskich pucharach. No, ale zejdźmy na ziemię. Aktualnie mamy chyba najbardziej przepłaconą ligę na Starym Kontynencie. Zajmujemy dalekie 27 miejsce w rankingu UEFA, oglądając plecy Azerbejdżanu, o włos wyprzedzając Bułgarię. Jednocześnie według najnowszych danych jesteśmy ósmą ligą w Europie pod względem wartości praw do transmisji telewizyjnych. Polska ekstraklasa jest więcej warta medialnie od takich lig jak: portugalska, holenderska, duńska czy czeska, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że w tym przypadku potencjał marketingowy nijak ma się do poziomu sportowego. Wystarczy prześledzić „wyczyny” naszych pucharowiczów w ostatnich sezonach i skonfrontować je z ligami biedniejszymi od naszej. Jeśli spojrzymy na podium, to o ile pierwsze miejsce Premier League niespecjalnie dziwi, o tyle wyraźne drugie miejsce Bundesligi, tuż za plecami wyspiarzy, a przed hiszpańską LaLigą robi wrażenie. Jednak umówmy się, wartość praw marketingowych oraz telewizyjnych może mieć spory wpływ na siłę danej ligi, ale nie jest to regułą.

Zwykło się mówić, że jeśli dany produkt trzyma dobry poziom oraz wysoką jakość, to z pewnością znajdzie uznanie w oczach klientów. Może zatem to ilu kibiców przychodzi, co kolejkę, na stadiony w danej lidze, jest wyznacznikiem jej siły? W przypadku średniej frekwencji na trybunach niemiecka Bundesliga deklasuje konkurencję. Dość powiedzieć, że praktycznie każdy klub sprzedaje ponad 90% biletów. Bardzo ciężko będzie zbliżyć się pozostałym ligom do takich wyników. Jedynie przebudowa lub budowa nowych, większych obiektów przez kluby angielskie oraz hiszpańskie mogłaby ten trend zmienić. Jednak niewielu kibiców zapytanych odpowie, że Bundesliga jest silniejsza od Premier League i LaLigi. Nie można jednak do końca lekceważyć argumentu frekwencji na trybunach. Pełne stadiony podczas większości kolejek, zwłaszcza tych rozgrywanych w późne jesienne wieczory, kiedy do wyboru mamy masę innych rzeczy, często zdecydowanie ciekawszych od marznięcia na stadionie, z kubkiem herbaty w ręce. Nie najgorsza wizja dla piłkarza, prawda?

To właśnie jeden z powodów dzięki którym do 2.Bundesligi oraz Championship udaje się sprowadzać całkiem niezłych piłkarzy kusząc ich pełnymi obiektami, wypełnionymi oddanymi i fanatycznymi kibicami. W rezultacie obie te ligi, mimo że jest to tylko drugi szczebel rozgrywkowy, plasują się w dziesiątce lig z najlepszą średnią frekwencją w Europie. Z resztą, wiele osób angielską Championship umieszcza na miejscach 8-10, jeśli chodzi o najsilniejsze ligi na kontynencie. Niejeden powie, że to przesada. Jednak gdyby się nad tym pochylić, to mamy do czynienia z jedną z najbardziej wyrównanych lig, gdzie sezon zasadniczy trwa aż 46 kolejek, a do tego dochodzą jeszcze play offy, jeśli ktoś nie zdołał wywalczyć bezpośredniego awansu do ekstraklasy. Prawdziwy maraton. Nie dziwi zatem, że wielu spadkowiczów z Premier League miało ogromne problemy z powrotem awansować do finansowego raju, jakim niewątpliwie jest liga angielska. Dodatkowo niektóre kluby na zapleczu stać na to, aby odrzucać, dobre z finansowego punktu widzenia oferty, za swoich najlepszych zawodników. Mało tego, kiedyś naturalnym krokiem dla piłkarzy z lig skandynawskich oraz szkockiej Ladbrokes Premiership była Premier League. Teraz nie dziwi, gdy klub z angielskiego zaplecza wykłada kilka milionów funtów i przebija ofertę klubu z wyższej ligi.

Wiele osób zżyma się na sposób w jaki obliczany jest ranking klubowy UEFA. Jednak jak dotąd nikt lepszego systemu punktacji oraz klasyfikacji poszczególnych federacji nie wymyślił, więc jeszcze długo będziemy na niego skazani. Ranking ten jest obliczany na podstawie aktualnej sytuacji w rozgrywkach pucharowych. Uwzględnia on postawę drużyn z danego kraju, na przestrzeni ostatnich 5 sezonów, w rozgrywkach pod egidą UEFA. Dodatkowo dorobek poszczególnych krajów jest dzielony przez łączną liczbę drużyn reprezentujących dany kraj w rozgrywkach europejskich. Na pierwszy rzut oka może wyglądać to na coś bardzo skomplikowanego, ale tak naprawdę nie ma tu jakiejś wielkiej filozofii. Osiągałeś sukcesy w Lidze Mistrzów oraz Lidze Europy, to ranking prędzej czy później to odzwierciedli.

Ostatnie lata to dominacja klubów hiszpańskich, regularnie osiągane fazy pucharowe, zwłaszcza półfinały oraz wygrywanie Champions League przez Real Madryt zrobiły swoje. Przez to Anglicy zostali daleko w tyle. W minionych dwóch sezonach drużyny z Wysp Brytyjskich rozpoczęły odrabianie strat do lidera, niemniej dalej pokutują tu rozgrywki 2015/16 i 2016/17 – bardzo słabe w wykonaniu klubów angielskich. Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do świetnej frekwencji na stadionach oraz rosnącej siły marketingowej, to co najważniejsze, czyli wyniki sportowe, w wykonaniu klubów niemieckich zdecydowanie poszły w dół. Niewiele brakuje by Serie A wyprzedziła Bundesligę już w tym sezonie. Niezwykle ciekawie zapowiadają się zatem europejskie puchary dla sympatyków tych dwóch lig. Niedocenianej i często wyśmiewanej, zwłaszcza w naszym kraju, rosyjskiej ekstraklasie w końcu udało się wyprzedzić portugalską Liga NOS. Wystarczyło do tego solidne punktowanie i osiąganie faz grupowych poszczególnych rozgrywek w kolejnych sezonach. Niby nic wielkiego, jednak sporo federacji ma z tym problem, choćby Polska.

Zatem która liga jest tą najsilniejszą? Trudno powiedzieć, ilu kibiców tyle opinii. Osobiście przychylałbym się do tego, że jednak powinniśmy kierować się rankingiem UEFA i wynikami osiąganymi w rozgrywkach europejskich. Jest on chyba najbardziej miarodajny. Pokazuje również, że najsilniejsze ligi to te, dla których punktuje kilka zespołów. Samotny reprezentant jakiejś federacji, choćby zaliczył super sezon, nie jest w stanie w wystarczającym stopniu zrównoważyć słabych wyników pozostałych przedstawicieli danego kraju. Najlepszym przykładem są tutaj Grecja i Szkocja. Tak długo, jak punkty rankingowe Grekom zdobywały Olympiacos Pireus wraz z Panathinaikosem Ateny, federacja trzymała się w okolicach pierwszej dziesiątki rankingu. Jednak odkąd Koniczynki popadły w ogromne kłopoty finansowe i do dziś ledwo wiążą koniec z końcem, sam klub z Pireusu oraz reszta przedstawicieli greckiej ekstraklasy nie były w stanie utrzymać takiej regularności punktowania, jak wcześniej. Z podobnym problemem spotkała się szkocka federacja po karnej degradacji Glasgow Rangers do 4 ligi. Tutaj również powodem były kłopoty finansowe. Jedynym w miarę regularnie punktującym klubem został Celtic Glasgow. Jednak sami The Boys nie byli w stanie utrzymać pozycji Szkotów, czego rezultatem był pikujący na łeb na szyję współczynnik i dopiero 19 miejsce w rankingu UEFA.

Podsumowując, jeśli ktoś spytałby mnie o mój prywatny ranking 10 czołowych lig, to wyglądałby on następująco:

  1. LaLiga
  2. Premier League
  3. Bundesliga
  4. Serie A TIM
  5. Ligue 1 Conforama
  6. Premier Liga
  7. Liga NOS
  8. Sky Bet Championship
  9. Sporttoto Super Lig
  10. Jupiler Pro League
post

Brak progresu czy już regres?

Za nami kolejne dwa spotkania eliminacji do Euro 2020. Wrześniowy termin meczów o punkty zbiegł się z rocznicą kadencji Jerzego Brzęczka jako selekcjonera piłkarskiej Reprezentacji Polski. W ostatnim programie „Misja Futbol” Tomasz Smokowski powiedział, że nic tak nie dzieli Polaków, jak polityka i Piotr Zieliński. Natomiast moim zdaniem, nic tak Polaków nie łączy, jak podzielanie wspólnej opinii o tym, że Jerzy Brzęczek nie powinien dłużej prowadzić kadry. 

W ciągu 180 minut przeciwko Słowenii i Austrii oddaliśmy 3(!) celne strzały.. Jeden w Lublanie, kolejne dwa w poniedziałek na Stadionie Narodowym w Warszawie. Jeśli dodamy do tego fakt, że przeciwko Austriakom zanotowaliśmy aż 113 strat piłki, przy zaledwie 37% jej posiadania w całym meczu, to wyłania się dramat tego, w jaki sposób gra w piłkę nasza reprezentacja, a właściwie, jak w nią nie gra.

Od 7 września 2018 roku kadra obecnego selekcjonera rozegrała 12 meczów. Tylko 4 spośród nich wygrała, pozostałe to 4 remisy i również 4 porażki. Jednak czy za któreś ze spotkań można naszych piłkarzy oraz trenera pochwalić? Pierwsza połowa w Bolonii przeciwko Włoszech była udana, ale wszystko wskazuje na to, że wtedy jeszcze niewiele dało się zepsuć. Nowe rozdanie po nieudanym Mundialu, debiut Jerzego Brzęczka oraz premierowa edycja Ligi Narodów. To wszystko wpłynęło na to, że udało się z Włochami zremisować. Poza tym? Na pewno czerwcowe przekonujące zwycięstwo 4-0 nad Izraelem. Przez rok nasza kadra rozegrała półtora udanego spotkania!

Zdaję sobie sprawę, że mamy na koncie 13 punktów, jesteśmy liderem grupy eliminacyjnej i z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że na EURO 2020 pojedziemy. Tylko co dalej? Kolejny raz mamy pojechać na turniej, dostać w łeb od kogo tylko się da i wrócić do domu po fazie grupowej? Ktoś później powie, że pora wyciągnąć wnioski oraz że w Europie nie ma już słabych drużyn. To ostatnie nie do końca jest prawdą, bo jedna taka słaba drużyna istnieje i jest nią w tej chwili Reprezentacja Polski.

Czy w tych eliminacjach, po tym co mogliśmy oglądać w poszczególnych spotkaniach, wyłączając mecz z Izraelem, możemy stwierdzić, że nasza kadra ma jakiś styl? Czy piłkarze wiedzą, czego oczekuje od nich trener? Czy Jerzy Brzęczek wie jakim ustawieniem chce grać? Na wszystkie te pytania odpowiedziałbym negatywnie. Odnoszę wrażenie, że selekcjoner miota się od ściany do ściany. Raz gramy dwójką napastników, za chwilę jednym. Ustawienie Piotra Zielińskiego raz za napastnikiem, raz w środku pola, później na prawej pomocy, by za chwilę biegał już po lewym skrzydle. Zwykle najlepsze zespoły wprowadzają rotacje oraz wymienność pozycji po to, aby zaskoczyć przeciwnika. Niestety u nas wygląda to tak, że często zaskakujemy samych siebie.

Kolejna kwestia – lewa obrona. Nie mam nic do Tomasza Kędziory. Jednak wydaje mi się, że Bartosz Bereszyński jest zawodnikiem o klasę lepszym. Dlatego nie potrafię zrozumieć dlaczego zawodnik Sampdorii Genua jest na siłę ustawiany na swojej nienaturalnej pozycji. Zamiast mieć gwarancję jakości na prawej stronie, a łatać lewą stronę defensywy, selekcjoner osłabia oba boki obrony. Ktoś powie, zaraz zaraz, ale na lewej mamy Macieja Rybusa! Tak, mamy. Jest nawet powoływany. Reprezentuje barwy czołowego rosyjskiego klubu – Lokomotivu Moskwa. Na dodatek występuje tam na lewej obronie. Jednak w kadrze, nie wiedzieć czemu, na boisku pojawia się incydentalnie. Rozumiem, że każdy trener może mieć różne koncepcje. Na pierwsze zgrupowanie Brzęczek powołał dwóch lewych obrońców: Arkadiusza Recę oraz Rafała Pietrzaka. Obaj pojawili się na murawie przeciwko Italii.

Tutaj dochodzimy do kolejnej niekonsekwencji selekcjonera. To, że Arkadiusz Reca posiada abonament na powołania do Reprezentacji Polski tak długo, jak trenerem będzie Jerzy Brzęczek, jest więcej niż pewne. Nie rozumiem tylko jednego. Ten zawodnik pod koniec okna transferowego zamienił Atalantę Bergamo, w której nie grał, na SPAL, po to by otrzymywać więcej minut na boisku. Zamiast w nowym klubie poznawać system gry preferowany przez trenera oraz zgrywać się na treningach z nowymi kolegami, Reca spędził kilkanaście dni na zgrupowaniu po to, by w meczach eliminacyjnych zasiąść na trybunach. Teraz wróci do swojego zespołu i znów w weekend nie zagra. Rafał Pietrzak dopóki grał w Wiśle Kraków otrzymywał powołania. W momencie zmiany klubu na belgijskie Mouscron powołania przestały przychodzić. Zawsze wydawało mi się, że belgijska ekstraklasa prezentuje wyższy poziom od naszej. Dlatego regularnie grający w niej zawodnik powinien być wzmocnieniem dla kadry. Widocznie żyłem w błędzie.

Według mnie najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie na to, aby Jerzy Brzęczek dokończył te eliminacje. Komplet punktów w spotkaniach z Łotwą oraz Macedonią Północną powinien wystarczyć do wywalczenia awansu. Jednak wraz z końcem eliminacji należy selekcjonera pożegnać. Podziękować sobie za wykonaną pracę, cieszyć się z awansu i życzyć wszystkiego najlepszego na przyszłość. Tym ostatnim dla naszej reprezentacji byłby nowy selekcjoner. Czy z zagranicy? Nie wiem. Ważne, żeby dał z powrotem nadzieję na to, że kolejny turniej rangi mistrzowskiej nie zakończy się tak, jak wiele poprzednich, czyli totalnym rozczarowaniem.

post

Dramat Kłusaków

Wiele wskazuje na to, że Bolton Wanderers, jako klub, chyli się ku upadkowi. 145 lat historii i tradycji angielskiego futbolu może przestać istnieć w takiej formie jak dotychczas. To właśnie do dziś, do godziny 17.00 czasu lokalnego, EFL (English Football League) dało klubowi czas by znaleźć nowego właściciela, który przedstawiłby jasną wizję spłaty zadłużenia oraz plan naprawy klubowych finansów. Jeśli to się nie uda, to już od jutra możemy być świadkami rozpoczęcia procesu likwidacji klubu. 

Kilka miesięcy temu, na finiszu ubiegłego sezonu, wydawało się, że na horyzoncie pojawiło się światełko w tunelu i jest nadzieja na wyjście z dramatycznej sytuacji klubu z miejscowości Horwich. Obecny właściciel – Ken Anderson doszedł do porozumienia z chcącym przejąć 94,5 % akcji Laurentem Bassinim. Niestety dla sympatyków Kłusaków, były właściciel Watfordu, nie był w stanie przedstawić satysfakcjonujących gwarancji finansowych na wyprowadzenie zadłużonego klubu z kryzysu. Nie powinno to specjalnie dziwić, biorąc pod uwagę, że angielski biznesmen w 2013 roku otrzymał trzyletni zakaz funkcjonowania w szeroko pojętej branży futbolowej. Powodem takiej decyzji podjętej przez sąd były machlojki i malwersacje finansowe, jeszcze za czasów rządów Szerszeniami. Dlatego w maju bieżącego roku Bolton Wanderers przeszedł pod zarząd komisaryczny, który miał pomóc z znalezieniu nowego inwestora.

W trakcie letniej przerwy udało się takiego znaleźć. Wszystkie niezbędne wymogi spełniało konsorcjum Football Ventures, z bizneswomen Sharon Brittan, na czele. W momencie, gdy wszystko wydawało się zmierzać, może nie do szczęśliwego, ale ustabilizowanego, końca, do akcji ponownie wkroczył wspomniany wcześniej Bassini, a właściwie sąd w Manchesterze. Manchester High Court, początkiem sierpnia uwzględnił protest Bassiniego, w którym zarzucał on Andersonowi, że ten wykorzystuje luki prawne, aby zakwestionować wiarygodność jego płynności finansowej oraz zarzucał on, że obecny właściciel faworyzuje konsorcjum Football Ventures w trakcie negocjacji podczas trwającego przetargu. Zaistniałą sytuację, członek zarządu komisarycznego, Paul Appleton, podsumował następująco: „Tak właśnie wygląda efekt współpracy dwóch kombinatorów. Wiele tygodni przygotowań poszło na marne i cały projekt możemy wyrzucić do kosza”.

Taka decyzja oznaczała przedłużenie zakazu przeprowadzania transferów i kontraktowania nowych piłkarzy przez Bolton. To, w sytuacji, w której klub opuścili wszyscy najważniejsi zawodnicy oraz fakt nałożenia przez zarząd ligi 12 punktów ujemnych oznaczało praktycznie pewny spadek w nadchodzących rozgrywkach. Z resztą, kolejny w ostatnich sezonach. Wystarczy wspomnieć, że Bolton Wanderers stał się dzięki temu prawdziwym ekspertem od spadania na niższy szczebel rozgrywkowy. Zeszłosezonowa degradacja była już 15(!) w historii klubu i tylko dwie ekipy w historii angielskiej piłki dokonywały tej „sztuki” częściej. Są to Grimsby Town oraz Notts County, które spadały po 16 razy.

Początek sezonu oraz sytuacja w klubie spowodowały, że do dymisji podał się szkoleniowiec KłusakówPhil Parkinson wraz ze swoim asystentem – Stevem Parkinem. „Wstrzymany proces sprzedaży klubu, brak reakcji EFL, nałożenie dwunastopunktowej kary oraz skazanie na występy w młodzieżowym składzie doprowadziły nas do ostateczności” – mówił Parkinson na jednej z konferencji prasowych. Warto wspomnieć, że w dotychczas rozegranych 4 spotkaniach, Bolton nie zdobył żadnej bramki, tracąc aż dwanaście.

Warto w tym miejscu zastanowić się co i w którym momencie historii klubu poszło nie tak. Bez wątpienia kluczowy był spadek z Premier League w sezonie 2011/12. Władze angielskiej ekstraklasy wypłacają, co prawda, tzw. Parachute payment. Jest to pomoc ligi dla klubów, które zostały zdegradowane do Championship. Bolton po spadku, wg dostępnych danych, otrzymał z tego tytułu, w ciągu czterech sezonów, blisko 50 milionów funtów. Była to jednak kropla w morzu potrzeb ekipy z Reebok Stadium (obecnie Marcon Stadium). Głównym problemem były lukratywne kontrakty i pensje zawodników w momencie, kiedy z praw telewizyjnych Bolton nie otrzymywał już tak dużych kwot, jak miało to miejsce w trakcie 10-letniej przygody w Premier League. W pewnym momencie zyski z praw do transmisji oscylowały w granicach 72% budżetu klubu! To drugi wynik w historii angielskiej ekstraklasy. Po spadku ciężko było to zrównoważyć. Zwłaszcza, że na stadion w Horwich nigdy nie przychodziły tłumy kibiców. W końcu sama miejscowość liczy niecałe 20 tysięcy mieszkańców. Wszystko to doprowadziło do kolejnego spadku, tym razem na trzeci poziom rozgrywkowy, w sezonie 2015/16.

Wbrew pozorom kolejna degradacja nie była największym zmartwieniem wszystkich związanych z Boltonem. Gwoździem do trumny okazała się informacja, którą podał do wiadomości publicznej długoletni właściciel The TrottersEddie Davies. Okazało się, że długi klubu, głównie wobec właściciela, wynoszą 185 milionów funtów. Davies zdecydował się jednak umorzyć dług by doprowadzić do jak najszybszej sprzedaży klubu. To właśnie w tej decyzji można doszukiwać się głównej genezy obecnych problemów klubu z Horwich.

Bolton Wanderers to kolejny, smutny przykład, że życie ponad stan prędzej czy później doprowadzi do tragedii. A za taką, dla każdego sympatyka Kłusaków, należy uznać ewentualny proces likwidacji klubu.

Aktualizacja: Football Ventures udało się wykupić większościowy pakiet akcji klubu, a co za tym idzie, jest nadzieja na uratowanie tego zasłużonego dla angielskiej piłki klubu.

post

poVARiowali!

Wielu utożsamiało wprowadzenie VAR-u z całkowitym wyeliminowaniem błędnych decyzji arbitrów w meczach piłkarskich rozgrywanych na europejskich boiskach. Niestety, jako środowisko piłkarskie, dalecy jesteśmy od perfekcji w tej kwestii. Oglądając, w miniony weekend kilka spotkań, byłem zszokowany ilością błędów sędziowskich w ligach, w których Video Assistant Referee, został wprowadzony w ostatnich dwóch sezonach. Kontrowersja goniła kontrowersję, błąd gonił błąd, a niewytłumaczalny brak konsultacji z VAR-em był na porządku dziennym. 

Norwich – Chelsea, sędzia Martin Atkinson

Pierwsze z wspomnianych przeze mnie spotkań. Kontrowersję mieliśmy już w szóstej minucie. Przy wyrównującym trafieniu Norwich, Tammy Abraham, w okolicach linii bocznej boiska, został zaatakowany nakładką przez Bena Godfreya, a gwizdek sędziego Martina Atkinsona milczał. W drugiej części spotkania Londyńczycy ponownie mieli podstawy, by czuć żal odnośnie decyzji arbitrów. Cesar Azpilicueta był ewidentnie faulowany w polu karnym, jednak sędziowie nie zauważyli przewinienia. O ile główny arbiter miał prawo popełnić błąd, to dlaczego osoby odpowiedzialne za VAR w tym spotkaniu nie podpowiedziały Atkinsonowi, aby obejrzał sobie obie sytuacje? Na szczęście błędne decyzje sędziów nie wpłynęły znacząco na wynik spotkania. Chelsea, mimo niekorzystnych dla siebie okoliczności, zdołała zwyciężyć 3-2 na terenie Kanarków.

Manchester United – Crystal Palace, sędzia Paul Tierney

Na Old Trafford także nie mogli być zadowoleni. Nie chodzi tylko o fakt, że Orły po raz pierwszy w historii swoich występów w Premier League zdołały wygrać w Manchesterze. Sporo pretensji kibice gospodarzy mogą mieć do sędziego, który wiele sytuacji boiskowych oceniał bardzo niekonsekwentnie. Najwięcej emocji poza niewykorzystanym karnym Marcusa Rashforda i zwycięskim trafieniem gości w samej końcówce, wzbudziła sytuacja z 56 minuty, kiedy to Martin Kelly ewidentnie faulował Anthony’ego Martiala. VAR w tej sytuacji również nie zareagował. Nie bardzo rozumiem dlaczego w tej sytuacji, zdaniem niektórych, nie ma mowy o jedenastce. To, że Francuz za wszelką cenę próbował utrzymać się na nogach i oddać strzał, jest wyłącznie jego dobrą wolą. Ciekawe, czy gdyby napastnik teatralnie się wywrócił, to o rzut karny byłoby zdecydowanie łatwiej?

Bournemouth – Manchester City, sędzia Andre Marriner

Niedzielne popołudnie w Południowej Anglii na Vitality Stadium. David Silva zostaje nadepnięty przez obrońcę Wisienek. VAR tym razem interweniuje, pytanie tylko, czy decyzja podjęta po wideoweryfikacji, aby na pewno jest decyzją słuszną. Abstrahując od tego, czy sędziowie zdecydowali słusznie, dlaczego główny arbiter nie chciał w ogóle obejrzeć tej sytuacji na monitorze? Tym bardziej, że to właśnie on ma decydujące zdanie w kwestii ewentualnego rzutu karnego.

Tottenham Hotspur – Newcastle United, sędzia Mike Dean

Kolejne spotkanie, w którym mamy VAR w użyciu i którego decyzja wywołuje niemałą konsternację wszystkich, którzy śledzą to spotkanie. Zaangażowanych w nie piłkarzy i trenerów, kibiców obecnych na stadionie, a także tych oglądających mecz w telewizji. Na początek wypadałoby spytać przeciętnego sympatyka piłki nożnej, ile widział w życiu wślizgów wykonanych głową. Takie kuriozalne interwencje zdarzają się niezwykle rzadko. Co więcej, podejmując się czegoś takiego, Jamal Lascelles z Newcastle musiał liczyć się z tym, że podejmuje ogromne ryzyko, próbując w ten sposób zatrzymać Harry’ego Kane’a. Gdy zobaczyłem, że będziemy świadkami interwencji VAR-u, byłem przekonany, że Dean wskaże na wapno. Jednak nic z tych rzeczy. Zdaniem sędziów obrońca Srok interweniował w dozwolony sposób.

O ile na Wyspach VAR dopiero raczkuje i został wprowadzony w tym sezonie, o tyle dziwi spora ilość błędów sędziowskich w Bundeslidze i na Półwyspie Apenińskim. Tam Var był już testowany w poprzednim sezonie, a odnoszę wrażenie, że im dłużej się w tych dwóch krajach z tego systemu korzysta, tym gorzej on funkcjonuje. Niewątpliwie cieszy fakt, że Robert Lewandowski zdobył w tym sezonie 100% goli dla Bayernu Monachium. Niesmak budzi jednak fakt, że gospodarzom należały się dwa ewidentne rzuty karne po zagraniach piłki ręką przez graczy Bayernu. Najpierw w sytuacji, w której przewinił Benjamin Pavard, a później, gdy piłka uderzyła w rękę wyskakującego w murze Ivana Perisica. Podobnie sytuacja wyglądała we Florencji, gdzie Fiorentina po świetnym widowisku musiała uznać wyższość Napoli. Goście wygrali 4-3, jednak kibice Violi mają pełne prawo mieć żal do sędziów prowadzących to spotkanie. Najpierw główny arbiter, Davide Massa, podyktował jedenastkę po bezczelnej symulce Driesa Mertensa, by w ostatnich minutach spotkania nie zauważyć ewidentnego przewinienia Hysaja na Francku Ribery na skraju pola karnego gości. Wideoweryfikacji w obu sytuacjach nie było i śmiało można powiedzieć, że sędziowie w tym przypadku wypaczyli wynik spotkania.

Daleki byłem od twierdzenia, że wprowadzenie VAR wyeliminuje całkowicie błędy sędziowskie. To jest niemożliwe z bardzo prostego powodu. Futbol, a zwłaszcza interpretacja przepisów w tej dyscyplinie, rzadko bywa zero – jedynkowa. Tutaj przeważnie sytuacja wygląda tak, że mamy 10% białego, tyle samo czarnego, a 80% to po prostu szara strefa, gdzie wchodzi element interpretacji przepisów. Wiele osób podaje argument, że w tenisie i siatkówce wideoweryfikacja praktycznie rozwiązała problem błędów sędziowskich. Tylko, że w tych dyscyplinach są właśnie sytuacje zero – jedynkowe. Kwestia, czy atak zawodnika wylądował w boisku, czy też poza nim, albo czy siatkarze skaczący w bloku dotknęli piłki, czy nie. Niemniej jednak dziwi mnie, że skoro w piłce tak wiele zależy od interpretacji przepisów w danej sytuacji boiskowej, dlaczego główny arbiter często nawet nie oglądnie sytuacji na monitorze. Wierzy jedynie asystentowi na wozie VAR i, co w miniony weekend zdarzało się notorycznie, ostatecznie podejmuje błędną decyzję. Przecież to, że sędzia VAR widzi sytuację w dany sposób wcale nie oznacza, że główny po obejrzeniu powtórki podjąłby identyczną decyzję. Dlatego nie wiem, czy dobrym rozwiązaniem nie byłoby obligatoryjne sprawdzanie każdej wiążącej decyzji, czyli rzutów karnych oraz goli. Ktoś powie, że to bezsensu, ponieważ mecze będą trwały o wiele dłużej. Tylko w obecnej formule i tak zdarza się, że podjęcie decyzji i konsultacja z wozem zajmują sędziom po kilka minut.

Niektórzy proponują również by trenerzy obu drużyn mieli określoną liczbę challange’ów na połowę, aby w sytuacji, w której nie zgadzają się z sędzią, mogli zainterweniować. Tylko kto oceniałby taką powtórkę? Dalej byłby to arbiter spotkania, albo ten obsługujący VAR, a on mógłby mieć zupełnie inny pogląd na ocenę konkretnego zdarzenia niż trener biorący challange.

Niezwykle ciężko będzie znaleźć złoty środek w tej sytuacji. Uważam jednak, że doprecyzowanie i zwiększenie liczby zdarzeń, które może rozpatrywać VAR, a także położenie nacisku na to, aby osoby na wozie maksymalnie pomagały głównym arbitrom, byłyby krokiem naprzód w ograniczeniu liczby błędów sędziowskich na piłkarskich boiskach.

post

Te nieszczęsne karne

30 sierpnia 2013 roku, Eden Arena w Pradze, 2-2 po 120 minutach gry w spotkaniu Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, rzuty karne wyłonią zwycięzcę Superpucharu Europy. Żaden z zawodników nie pomylił się w 4 pierwszych seriach rzutów karnych, jednak w decydującej serii jedenastek Manuel Neuer broni strzał Romelu Lukaku. Belgijski supertalent uderzył wówczas słabo, apatycznie, blisko środka bramki. The Blues muszą przełknąć smak porażki, a koledzy pocieszać młodego napastnika. 14 sierpnia 2019 roku, Vodafone Arena w Stambule, 2-2 po 120 minutach gry w meczu Liverpoolu z Chelsea, rzuty karne wyłonią zwycięzcę Superpucharu Europy. Żaden z zawodników dotychczas się nie pomylił, jednak w decydującej serii jedenastek, Adrian broni strzał Tammy’ego Abrahama. Młody napastnik uderzył słabo, w sam środek bramki. Niebiescy muszą pogodzić się z porażką, a partnerzy z zespołu starają się pocieszyć angielskiego snajpera. Niby nic dwa razy się nie zdarza, ale ja jednak przeżyłem wczoraj przed telewizorem swego rodzaju deja vu.

Na wstępie trzeba przyznać, że obejrzeliśmy wczoraj świetne widowisko i pozostaje nam życzyć sobie, aby kolejne spotkania w tej edycji europejskich pucharów, nie odbiegały tempem i intensywnością od tego, co zaprezentowali gracze Juergena Kloppa i Franka Lamparda. Wydaje się, że szkoleniowiec Chelsea konsekwentnie będzie dawał coraz więcej szans młodym wychowankom The Blues, tak jak wspominał przed, jak i w trakcie przedsezonowych przygotowań. Wczoraj swoją szansę otrzymali Mount, Tomori i Abraham. Ten ostatni, po wejściu na boisko znalazł się z kilku sytuacjach, to po nim podyktowany został rzut karny. Jednak nie z tego młody Anglik zostanie zapamiętany, a raczej ze zmarnowanej decydującej jedenastki i przegrania pojedynku z Adrianem.

Wydaje mi się, że najgorsze co można by w tym momencie zrobić, to powolne odstawianie napastnika od podstawowego składu, zakończone późniejszym wypożyczeniem do innego klubu. Dokładnie tak postąpił Jose Mourinho w 2013 roku z Romelu Lukaku, innym talentem, który przed laty przekonał się, że Stamford Bridge nie będzie dla niego ziemią obiecaną. Portugalczyk wypożyczył młodego Belga najpierw do West Bromwich Albion, a następnie do Evertonu. Napastnik tak naprawdę nie dostał prawdziwej szansy w Chelsea i oferta definitywnego transferu od The Toffees była dla niego szansą na udowodnienie, jak bardzo zarząd oraz trener z Zachodniego Londynu mylili się, co do jego osoby. Jestem zdania, że jedynym czego Abraham aktualnie potrzebuje jest czas oraz zaufanie od swojego szkoleniowca. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że tak długo, jak Frank Lampard będzie trenerem, tak długo napastnik może na te dwie rzeczy liczyć,

Nie ulega wątpliwości, że w Londynie posiadają jednego z najlepszych napastników młodego pokolenia. Tammy Abraham, a właściwie Kevin Oghenetega Tamaraebi Bakumo – Abraham, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko zawodnika, od kilku sezonów, grając na wypożyczeniach oraz w młodzieżowych reprezentacjach Anglii, był kluczowym zawodnikiem swoich drużyn oraz imponował niebywałą, jak na swój wiek, skutecznością. W sezonie 2015/16 po pierwszy dał się poznać szerszej publiczności, dzięki dobrym występom w młodzieżowych drużynach The Blues, kiedy w 32 spotkaniach zdobył 20 goli i zaliczył 6 asyst. Efektem tego była okazja debiutu u Guusa Hiddinka. To właśnie doświadczony holenderski trener dostrzegł niebywały potencjał tkwiący w napastniku, Kolejnym krokiem w karierze Abrahama był sezon spędzony w Championship, w barwach Bristol City. Tam rozgrywając w sumie 48 spotkań, w czasie których przebywał na boisku blisko 4000 minut, zdołał strzelić 26 goli. Poskutkowało to nagrodą dla młodego gracza sezonu oraz dla najlepszego zawodnika Bristol City. Wydawało się wówczas, że naturalnym krokiem będzie gra w Premier League w przyszłym sezonie.

Tak też się stało. Jednak nie w macierzystym klubie, a w południowej Walii, w barwach Swansea City. Ten sezon z góry uznano za rozczarowanie, a sam zawodnik był mocno krytykowany. Pytanie tylko czy słusznie. Grając w zespole, który ostatecznie nie zdołał się utrzymać w angielskiej elicie, młodzian zdołał zdobyć w 31 spotkaniach Premier League 5 goli, dorzucając kolejne 3 bramki w krajowych pucharach. Owszem, statystyki nie powalają na kolana. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że gra ofensywna Łabędzi w tamtych rozgrywkach wołała o pomstę do nieba, sytuacji napastnicy mieli bardzo niewiele w kolejnych spotkaniach, dlatego zrzucanie całej winy na barki młodego Tammy’ego nie jest do końca uczciwe.

Poprzedni sezon to znów brak szansy na Stamford Bridge, skutkujący kolejnym wypożyczeniem, tym razem do środkowej Anglii, a dokładniej do Birmingham. W barwach Aston Villi Abraham kolejny raz udowodnił, że skuteczność pod bramką rywali nie jest dla niego rzeczą obcą. Sezon zakończył zdobyciem 26 goli, w tym jednym bardzo istotnym, przeciwko West Bromwich Albion w półfinale fazy Play Off. Rozegraniem w sumie 42 spotkań walnie przyczynił się do awansu The Villans do Premier League. Nie powinno zatem dziwić, że w obliczu zakazu transferowego, sprzedaży Alvaro Moraty oraz powrocie Gonzalo Higuaina do Juventusu, to właśnie Tammy Abraham, od początku okresu przygotowawczego otrzymuje kolejne szanse od Franka Lamparda.

Podobnie jak kiedyś Lukaku, tak samo Abraham, na każdym kroku podkreśla, że od dziecka marzył o tym, aby reprezentować barwy Chelsea. W wywiadzie udzielonym stacji Sky Sports, w trakcie drugiej części poprzedniego sezonu Championship wspominał o tym, że myśli już o kolejnym sezonie, o powrocie do Londynu, wierze w swoje umiejętności, a także tym, że jeśli w lecie otrzyma szansę, postara się ją wykorzystać. Jak na razie jest na dobrej drodze do spełnienia swoich celów i marzeń. W tym miejscu pozostaje życzyć, aby jego kariera nabrała wreszcie podobnego rozpędu, jak ta jego starszego kolegi – Romelu Lukaku. Może tylko z tą różnicą, by zamiast tułaczki po różnych klubach, swoje miejsce rzeczywiście odnalazł w Zachodnim Londynie i właśnie na Stamford Bridge zdobywał jak najwięcej goli.

post

Złe gorszego początki?

Chelsea Londyn w ostatnich sezonach regularnie punktowała w Manchesterze na Old Trafford, ale jak już zapunktować się nie udało, to z kretesem. 4-0, totalna demolka. Od niedzieli zastanawiam się, czy to drużyna z Londynu zagrała tak słabo, a może gracze Ole Gunnara Solkjaera tak dobrze? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Jednego natomiast jestem pewny. Cytując klasyka z Football Managerów, Franka Lamparda i wszystkich sympatyków The Blues czeka długi, ciężki i pełen rozczarowań sezon.  

Nie ukrywam, że od momentu ogłoszenia Franka Lamparda, czyli klubowej legendy i najlepszego strzelca w historii klubu, jako pierwszego szkoleniowca Chelsea Londyn, czekałem na inaugurację sezonu. Z resztą, pewnie podobnie miało wielu sympatyków futbolu, nie tylko tych związanych z drużyną ze Stamford Bridge. Dodatkowo, gdy okazało się, że w debiucie Super Frank pojedzie do Manchesteru, na mecz z United, z tym większą niecierpliwością oczekiwałem niedzieli 11 sierpnia i pierwszego hitu w nowym sezonie Premier League.

Wstrzymałem się z pisaniem czegokolwiek „na gorąco”, zaraz po zakończeniu niedzielnego spotkania z prostego powodu. Jako sympatykowi drużyny z Londynu ciężko było mi taki wynik przetrawić. Jednak po ochłonięciu i chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że takie spotkania po prostu, co jakiś czas, zdarzają się. Czy ktokolwiek z oglądających ten mecz po pierwszych 15 minutach powiedziałby, że końcowy rezultat będzie aż tak druzgocący dla ekipy, która w trakcie pierwszego kwadransa utrzymywała się przy piłce przez 85% czasu gry! Do tego słupek po strzale Tammy’ego Abrahama oraz kilka całkiem nieźle zapowiadających się akcji, niezakończonych jednak uderzeniami na bramkę rywala. Pewnie wiele osób, w tym ja sam, pomyślało, że ta nowa Chelsea Lamparda może się podobać. I wtedy gong. Strata piłki, kontratak, prosty błąd i faul Kourta Zoumy, a następnie karny wykorzystany przez Marcusa Rashforda.

Francuski stoper w ogóle słabo wszedł w to spotkanie, był niepewny, elektryczny, a po 20 minutach, to po jego faulu The Blues byli na debecie. Z resztą, jeśli ktoś śledził przedsezonowe sparingi Londyńczyków niespecjalnie powinno go to dziwić. Większość spotkań w okresie przygotowawczym było prawdziwymi strzelaninami. Wygrane 4-3 z Reading, 5-3 z Salzburgiem oraz remis 2-2 z Borussią Moenchengladbach wskazywały na jedno. O ile ofensywna formacja stawała na wysokości zadania (zwłaszcza spotkanie z Austriakami i cudowny gol Pedro!), o tyle w defensywie, w każdym ze spotkań, gracze Lamparda popełniali zatrważającą liczbę prostych, niewymuszonych błędów.

Na Old Trafford niewykorzystane sytuacje zemściły się straszliwie. Z tak elektryczną parą stoperów, tyloma stratami w środku pola, a następnie kontrami, w których gracze gospodarzy mieli całe połacie wolnej przestrzeni, spowodowane złą organizacją i błędami The Blues w defensywie, to się musiało po prostu tak skończyć. Pozostaje liczyć, że Antoni’ego Rudigera po zakończeniu rehabilitacji będą omijać kontuzje.

Wartym uwagi i jakimś światełkiem w tunelu jest występ Masona Mounta, którego Frank zna ze wspólnej pracy w Derby County, a także Tammy’ego Abrahama. Gdy do zdrowia powrócą Ruben Loftus – Cheek oraz Callum Hadson – Odoi, taki ofensywy kwartet wygląda, co najmniej, obiecująco. Jednak najbardziej ucieszyła mnie obecność Emersona w pierwszym składzie. Brazylijczyk z włoskim paszportem powinien, w opinii wielu, dostawać zdecydowanie więcej szans w poprzednim sezonie od Mauricio Sarri’ego. I to właśnie on, jako jeden z nielicznych, nie musi się wstydzić tego, co pokazał w niedzielne popołudnie.

Wszystko wskazuje na to, że na Stamford Bridge szykują się bardzo trudne miesiące. Kalendarz na najbliższe kolejki jest niezły. Jednak wszystko wskazuje na to, że przynajmniej na razie, minęły czasy, w których Chelsea wychodząc na boisko, wychodziła jak po swoje. W tym składzie personalnym, zwłaszcza w defensywie, na niewielu przeciwników The Blues będą mogli spoglądać z góry.

PS. Chelsea Londyn w strefie spadkowej, po raz pierwszy od 19 lat. Był to też najgorszy debiut nowego szkoleniowca drużyny od 41 lat. Z pewnością nie o takie bicie rekordów Lampardowi i spółce chodziło.

post

Styl, a na co to komu?

Mamy końcówkę lipca, najlepsze ligi Starego Kontynentu wciąż przygotowują się do startu sezonu, teoretycznie sezon ogórkowy. Jednak przeglądając poniedziałkową prasę rzuciła mi się w oczy wypowiedź szkoleniowca Legii Warszawa, Aleksandara Vukovica, który wczoraj, w pomeczowej wypowiedzi powiedział: „Nie dosyć, że mamy taką częstotliwość meczów, to jeszcze mamy pecha, że graliśmy w taki dzień, w taką pogodę”. Naprawdę? Cała Europa rozgrywa spotkania co 3 dni, najczęściej do późnej wiosny, tylko my zawsze mamy problem z częstszym graniem niż to, co weekend. Nic tylko poczekać do kolejnej rundy eliminacji Ligi Europy, może wtedy problem rozwiąże się sam i jedynym problemem pozostanie wczesne odpadnięcie z Pucharu Polski, tak by móc w pełni skoncentrować się na ligowej młócce. 

Pal licho gdyby słowa te wypowiedział szkoleniowiec któregoś z beniaminków albo targanej różnymi problemami Wisły Kraków. Wtedy można trenera rozgrzeszyć. Jednak w momencie, gdy tanich wymówek szuka szkoleniowiec najlepszej (ponoć) drużyny w kraju, która co roku jest głównym kandydatem do zdobycia mistrzostwa, to coś tu jest nie tak. Klub ze stolicy posiada najszerszą i najbardziej wyrównaną kadrę? No posiada. Zdaniem włodarzy, sympatyków, ale i ekspertów ta kadra jest również najlepsza w Polsce. Nasuwa się zatem następujące pytanie, przed sezonem w Legii nie wiedzieli, że zajęcie czołowej lokaty w lidze wiązać się będzie z większą częstotliwością spotkań?

W ogóle Vukovic wyrasta na naczelnego specjalistę od wymówek. W starciu z amatorami z Gibraltaru przeszkadzała sztuczna murawa, wczoraj przeciwko Koronie Kielce, winna słabej gry podopiecznych serbskiego trenera była pogoda. A może tak warto spojrzeć na siebie i zrobić rachunek sumienia? Styl gry, a raczej jego brak, woła o pomstę do nieba. Owszem, ktoś może powiedzieć, że to dopiero początek sezonu i trzeba dać szkoleniowcowi więcej czasu, aby ułożył zespół po swojemu i wdrożył poszczególne schematy gry, W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że Vukovic przejął Legię jeszcze w końcówce poprzedniego sezonu. Trzeba przyznać, że start miał znakomity – 4 wygrane z rzędu, dopiero w Poznaniu, przeciwko Lechowi doznał pierwszej porażki. Co stało się później, wszyscy doskonale pamiętamy. Piast zdobył tytuł i wyprzedził, wydawać by się mogło, mającą wszystko w swoich rękach, drużynę ze stolicy.

Zawsze wydawało mi się, że najlepszym co może spotkać i tym co sprawia piłkarzowi największą radość są mecze. Natomiast o wiele bardziej nużące są treningi, zwłaszcza taktyczne albo te przedsezonowe, gdzie buduje się kondycję na całą rundę. Dlatego byłem przekonany, że mecze, nie sparingowe w okresie przygotowawczym, ale te o punkty, są świetną nagrodą po kilku tygodniach spędzonych na siłowni, bieżni czy gdziekolwiek indziej, kiedy pracowało się nad przygotowaniem fizycznym. Byłem w błędzie. Zdaniem szkoleniowców naszych eksportowych drużyn, większość zawodników nie da rady rozegrać dwóch spotkań, co 3 dni. W przeciągu kilku dni, składy drużyn występujących w Europie, potrafią zmienić się nie do poznania. A przoduje w tym właśnie Aleksandar Vukovic. Przyjrzyjmy się podstawowym jedenastkom, jakie Serb posyłał na boisko tylko w tym sezonie.

11.07.19, rywal: Europa FC

18.07.19, rywal: Europa FC

21.07.19, rywal: Pogoń Szczecin

25.07.19, rywal: KuPS Kuopio

28.07.19, rywal: Korona Kielce

Trudno wypracować jakiekolwiek schematy i zgrać zespół, jeśli co chwilę skład jest zmieniany. Najbardziej dziwią roszady w obronie. Wydawało się, że podstawowa para obrońców to Wieteska i Remy. Później była nią Wieteska i Jędrzejczyk, by we wczorajszym meczu Jędrzejczykowi partnerował doświadczony Astiz. Boki obrony? To samo. Raz Jędrzejczyk na lewej stronie, a na prawej Vesovic. W kolejnym spotkaniu rola prawego obrońcy przypadła Stolarskiemu, a Vesovic grał już w pomocy. Wczorajsze starcie z Koroną, to Stolarski na lewej stronie obrony. Ktoś powie, że o co chodzi, drużyna nie traci goli. Tak, to prawda. Jednak nie zawdzięcza tego dobrej postawie defensywy, a świetnej dyspozycji Majeckiego w bramce. Gdyby nie młody bramkarz, wyglądałoby to o wiele gorzej.

Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie 5 spotkań, a Aleksandar Vukovic dokonał aż 21 zmian w wyjściowej jedenastce! A w kalendarzach nie mamy nawet sierpnia. W czwartek należy się spodziewać kolejnych kilku zmian, ale na pewno nie stylu. Jakiś zryw Arvydasa Novikovasa, dogranie ze stałego fragmentu gry przez Valeriana Gvilię, czy jakieś zamieszanie po rzucie z autu, tak jak wczoraj w Kielcach. To powinno wystarczyć na trzeci zespół poprzedniego sezonu w Finlandii. Nie wiem tylko czy na dłuższą metę, taka bylejakość, usatysfakcjonuje kibiców oraz prezesa Dariusza Mioduskiego. Wydaje mi się, że nie, a tym który zapanuje w końcu nad tym chaosem, raczej nie będzie Serb z polskim paszportem.

PS. Jak nisko trzeba było upaść, żeby przeciwko Finom czy wicemistrzowi Gibraltaru wystawiać galową jedenastkę, a oszczędzać ją w starciu z Pogonią Szczecin przy Łazienkowskiej… Co gorsza, KuPS Kuopio, podobnie jak Europa FC, rozgrywa domowe mecze na sztucznej nawierzchni, wymówka dla Vuko gotowa!

post

La Liga znów na Balearach!

Gdy Aleksandar Sedlar postanowił nie przedłużać kontraktu z mistrzem Polski – Piastem Gliwice, wybierając słoneczną Majorkę, wielu w pewien sposób rozumiało takie posunięcie. Hiszpania, gorący klimat, piękna pogoda zamiast gliwickiej szarugi i tułaczki po egzotycznych krajach, gdzie rok w rok nasze drużyny, już początkiem lipca, dostają lekcje futbolu w początkowych fazach eliminacji europejskich pucharów. Mało kto jednak przypuszczał, że Serb podpisując kontrakt, zwiąże się nie z drużyną hiszpańskiego zaplecza, a beniaminkiem Primera Division!

W Polsce finał baraży w LaLiga2 przeszedł bez większego echa, a moim zdaniem, o tym co się wydarzyło kilka dni temu należy przynajmniej wspomnieć. RCD Mallorca pokonała na własnym stadionie Deportivo La Coruna 3-0 w rewanżowym spotkaniu finału. Zwycięstwo w dwumeczu było nie lada sztuką, zwłaszcza, że w pierwszym spotkaniu, rozegranym w w Galicji, Depor wygrali 2-0. Tym samym awans stał się faktem. Warto również wspomnieć, że Los Bermellones wywalczyli awans będąc beniaminkiem Segunda Division.

Nie ma wątpliwości, że szeregi elity zasili zasłużony klub z solidnym zapleczem kibicowskim, a nie jakaś, za przeproszeniem, pierwsza lepsza Huesca, jak rok temu. Niemniej, jak to się stało, że klub z Balearów znalazł się na tak dużym zakręcie? Zwłaszcza, że w najnowszej historii klubu, Mallorca aż do sezonu 2012/13, który zakończył się spadkiem, zaliczyła 16 kolejnych sezonów w najwyższej hiszpańskiej klasie rozgrywkowej. Szmat czasu, do tego przypadający na okres, w którym ja sam, zaczynałem interesować się piłką nożną. Takie nazwiska jak Samuel Eto’o, Diego Tristan, Albert Luque, Juan Carlos Valeron, czy też z najnowszej historii, Borja Valero i Marco Asensio. Wszyscy Ci zawodnicy są mniej lub bardziej związani z klubem z Balearów. Teraz sympatycy, na czele z najbardziej znanym spośród nich, czyli Rafaelem Nadalem, liczą na to, że awans do LaLiga oznaczać będzie nadejście lepszych czasów na Iberostar Estadio.

Za aktualnymi sukcesami klubu stoi konsorcjum, któremu przewodzą, właściciel klubu NBA, Phoenix Suns – Robert Sarver oraz była gwiazda Słońc, Steve Nash. W 2016 roku przejmowali oni zadłużony klub, znajdujący się w strefie spadkowej Segunda Division. Gdy nie udało się utrzymać na drugim poziomie rozgrywkowym wdrożyli oni w życie plan, który zakładał awans do hiszpańskiej ekstraklasy w 3 lata. Mówiąc pół żartem, pół serio, tak słownych ludzi ze świecą szukać! Najpierw w sezonie 2017/18 drużyna wygrała Segunda Division B oraz późniejszy baraż, by w tym minionym załapać się do fazy play off i wywalczyć kolejny awans. Nie jest to pierwszy wspólny projekt obu panów, bo są oni współwłaścicielami kanadyjskiego Vancover Whitecaps, występującego w amerykańskiej MLS

Biorąc pod uwagę doświadczenie w zarządzaniu biznesem sportowym tych dwóch panów, raczej trudno przewidywać problemy podobne do tych, które miały miejsce w 2010 roku. Przypomnijmy, wtedy w sezonie 2009/10 Mallorca, pod wodzą Michaela Laudroupa, na boisku zajęła 5 miejsce w lidze, gwarantujące udział w Lidze Europy. Niestety, z powodu ogromnego zadłużenia, klub nie otrzymał licencji na grę w europejskich pucharach (przeszło 70 mln euro długu wg dostępnych danych). Miejsce drużyny Duńczyka zajął kolejny zespół w tabeli, czyli Villareal, a Mallorca zaczęła popadać w jeszcze większą spiralę długów. Wiele osób związanych z klubem ma żal do UEFA oraz rodzimej federacji o taką decyzję, ponieważ ich zdaniem, pieniądze z wpływów związanych z grą w fazie grupowej europejskich rozgrywek miałyby pokryć część długu wobec wierzycieli. Konsekwencje takiego obrotu spraw na Iberostar Estadio były mocno odczuwalne w kolejnych latach. W następnych dwóch sezonach, pomimo narastających problemów, udało się zachować byt w hiszpańskiej ekstraklasie (w sezonie 2011/12 Mallorca zajęła wysoką, 8 lokatę, na koniec rozgrywek). Niestety sezon 2012/13 zakończył się spadkiem, a kolejne lata stagnacją w dolnych rejonach tabeli Segunda Division.

Zobaczymy jak w obecnej sytuacji odnajdzie się najlepszy obrońca minionego sezonu polskiej ekstraklasy. Ciekawi mnie, czy transfer serbskiego obrońcy był przeprowadzany z myślą o przyszłym sezonie Segunda Division i zakładanej walce o awans, czy też władze liczyły na awans już w tym roku, a Aleksandar Sedlar ma pomóc klubowi w utrzymaniu się w LaLiga. Odpowiedź poznamy zapewne za kilka tygodni, a byłemu obrońcy Piasta Gliwice pozostaje życzyć by jego przygoda na Balearach nie skończyła się zanim tak naprawdę się zaczęła.