post

Łaska pańska na pstrym koniu jeździ

Użyte w tytule przysłowie do żadnego innego zawodu nie pasuje równie dobrze, jak do zawodu trenera. David Gallego z Espanyolu, Marco Giampaolo z Milanu, Eusebio Di Francesco z Sampdorii, Oleg Kononov ze Spartaka Moskwa, Dmitrij Chochłow z Dynama Moskwa, Sylvinho z Olimpique Lyon oraz Jacek Zieliński z Arki Gdynia. To tylko kilku szkoleniowców, którzy stracili pracę w trakcie, zakończonej właśnie, przerwy reprezentacyjnej. Jednego nazwiska tutaj nie ma, pomimo tego, że Tottenham nie spisuje się ostatnimi czasy najlepiej. Spekulacje na temat zwolnienia Mauricio Pochettino w ciągu ostatnich tygodni przybierały na sile, ale wszystko wskazuje na to, że Daniel Levy – właściciel Kogutów, wytrzyma presję i pozwoli Argentyńczykowi wyciągnąć zespół z kryzysu. 

Mauricio Pochettino jest jednym z najdłużej pracujących szkoleniowców na Wyspach, na White Hart Lane pracuje od 2014 roku. Nic dziwnego, skoro udało mu się, w trakcie swojej kadencji, zrobić z Tottenhamu czołową drużynę w Anglii i spełnić ambicje, o jakich od dawna można było usłyszeć w północnym Londynie. Wydaje się, że jest również idealną osobą dla Daniela Levy-ego z jednego prostego powodu. Niewiele osób na jego miejscu zdołałoby zrobić tak spektakularne wyniki dysponując tak ograniczonymi środkami. 517 dni. Dokładnie tyle czasu minęło od zakontraktowania Lucasa Moury do zakupu Jacka Clarke’a z Leeds United na początku lipca. Przez ten czas argentyński trener szył z takiego materiału, jaki miał w Londynie i pewnie nikt nie miałby większych pretensji, gdyby Tottenham przez brak wzmocnień i w konsekwencji bardzo wąski skład, nie zakwalifikował się do Ligi Mistrzów w poprzednim sezonie. Priorytetem było w końcu ukończenie budowy nowego stadionu i wszystkie środki miały przyświecać właśnie temu celowi. Jednak wbrew przewidywaniom, grającemu większą część sezonu na wyjeździe (domowe spotkania Tottenham rozgrywał na wypożyczonym Wembley) zespołowi udało się nie wypaść z czołowej czwórki w Premier League oraz zaliczyć historyczny wynik w Champions League, gdzie Spurs doszli aż do finału.

Rywale Londyńczyków wydawali setki milionów na wzmocnienia, a Pochettino budował zawodników, których większość kibiców i ekspertów już dawno skreśliła. Przesadzam? Gdyby wymienić nazwiska Fernando Llorente, Lucasa Moury czy Moussy Sissoko przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu, to wszyscy trzej byli bliżej opuszczenia północnego Londynu. Wszyscy trzej, najpierw uznani na pomyłki transferowe, które nie poradziły sobie w nowym środowisku, byli kluczowymi postaciami w minionym sezonie.

Football365: „Czy Moussa Sissoko to najgorszy transfer w historii Tottenhamu?”.

The Sun: „Real Betis chce ściągnąć wtopę transferową Tottenhamu Lucasa Mourę”.

Sky Sports: „Matt Le Tissier twierdzi, że Fernando Llorente nie jest dość dobry na Tottenham”.

Dlatego, gdy przed tym sezonem wydano 114 mln funtów i na Tottenham Hotspur Stadium zameldowali się Tanguy Ndombele, Ryan Sessegnon czy Giovani Lo Celso, wiele wskazywało, że w tym sezonie Tottenham będzie tylko silniejszy. Zwłaszcza, jeśli dodamy do tego przeprowadzkę na swój nowy, oddany już w pełni do użytku, stadion. Niestety dla wszystkich sympatyków Spurs, zamiast być coraz lepiej, jest coraz gorzej. W obecnym sezonie podopieczni Pochettino spisują się grubo poniżej oczekiwań. W Premier League, w 8 dotychczas rozegranych meczach Londyńczycy zdobyli zaledwie 11 punktów i strata do lidera wynosi już 13 oczek. Jednak nie to jest wcale najgorsze. Martwi przede wszystkim bezbarwny styl drużyny i przedziwna niemoc na wyjazdach. Dość powiedzieć, że Londyńczycy nie zdołali zgarnąć kompletu punktów na wyjeździe od stycznia tego roku! Powodów do zmartwień dla Kogutów jest w tym sezonie co nie miara. Bardzo słabe występy przeciwko Newcastle oraz Brighton w lidze, a także odpadnięcie z Carabao Cup z czwartoligowcem z Colchester były ciężkie do przetrawienia, to prawda. Tylko co powiedzieć o Lidze Mistrzów, w której jest jeszcze gorzej? Najpierw był remis 2-2 w Pireusie, gdzie drużyna straciła dwubramkowe prowadzenie, a następnie potężne lanie spuszczone przez Bayern Monachium na własnym stadionie. Jakby tego było mało, w ostatnim spotkaniu ligowym Hugo Lloris, kapitan zespołu złamał rękę i do gry wróci najprawdopodobniej po nowym roku.

Sytuacji na pewno nie poprawiają angielskie brukowce, które na początku tego miesiąca sugerowały, że w Tottenhamie miał mieć miejsce niemały skandal obyczajowy. W całą sytuację mieli być zamieszani Christian Eriksen oraz Jan Vertonghen. Zdaniem bulwarówek żona Duńczyka miała go zdradzić z belgijskim obrońcą. Obaj piłkarze zaprzeczyli i wspominali, że nic takiego nie miało miejsca, ale burzy jaka nastąpiła po tej informacji we wszystkich mediach społecznościowych nie udało się powstrzymać. A pro po Christiana Eriksena. Pomocnik reprezentacji Danii zalicza właśnie swój siódmy sezon w barwach Tottenhamu. Nietrudno jednak zauważyć, że w bieżących rozgrywkach daleko mu do formy z poprzednich kampanii. Przez całe letnie okienko transferowe mówiło się o możliwej przeprowadzce Duńczyka do Realu Madryt. Jak wiemy, nic takiego nie miało miejsca. Natomiast biorąc pod uwagę, że umowa pomocnika wygasa w 2020 roku, niewykluczone, że Tottenham zdecyduje się na sprzedaż swojego zawodnika w zimowym oknie, tak by zarobić na nim jakiekolwiek pieniądze. W innym przypadku wielce prawdopodobne jest, że latem Eriksen opuści Londyn za darmo.

Pochettino na dzisiejszej konferencji prasowej zapytany o transfery w zimowym oknie transferowym odpowiedział – Nie uważam tak. Wierzę w zawodników, których mam w Tottenhamie obecnie. Szanuję opinie ludzi, którzy uważają, że potrzebne są zmiany. Jeśli to ma być moja decyzja, to chcę zostać przy tych zawodnikach, bo oni mają jakość. Pytanie tylko czy czołowi zawodnicy Spurs podzielają wiarę swojego szkoleniowca. Niewykluczone, że drużyna w obecnej formie dobrnęła do ściany i wymaga gruntownej przebudowy. Po sprzedaży Kierana Trippiera do Atletico, Serge Aurier pozostał praktycznie bez konkurencji na prawej stronie defensywy. Powiedzieć, że Iworyjczyk nie spisuje się w tym sezonie najlepiej, to nic nie powiedzieć. Były zawodnik PSG popełnia masę błędów i kilka bramek Koguty straciły ewidentnie z jego winy. Równie niepewnie wyglądają środkowi obrońcy. Toby Alderweireld i Jan Vertonghen w niczym nie przypominają zawodników z poprzednich sezonów. Jeśli dodamy do tego fakt, że w najbliższych tygodniach dostępu do bramki zespołu będzie bronił ktoś z dwójki Michel Vorm – Paulo Gazzaniga, raczej nie powinien napawać optymizmem wszystkich sympatyków Tottenhamu.

Nie ulega wątpliwości, że z tak dużym kryzysem Maucicio Pochettino jeszcze się w swojej karierze nie mierzył. Pytanie czy zdoła go przetrwać i wyprowadzić zespół z kryzysu? O tym najpewniej przekonamy się przed końcem roku. W końcu cierpliwość Daniela Levy-ego chyba też ma swoje granice.

post

Odwieczny dylemat

Premier League, LaLiga, Serie A, a może jednak Bundesliga? Od lat kibice piłkarscy prześcigają się w opiniach, która z lig piłkarskich jest tą najlepszą. W zależności od sympatii i antypatii odpowiadającego na pytanie ich kolejność zmienia się. Jedno natomiast pozostaje bez zmian. Dyskusja na ten temat potrwa jeszcze długo i raczej ciężko oczekiwać jednoznacznych opinii w tej kwestii. W końcu, co tak naprawdę powinno decydować? Ranking UEFA oraz wyniki w europejskich pucharach? Niezwykle wyrównany poziom danej ligi, w której praktycznie każdy może wygrać z każdym? A może frekwencja na trybunach? 

Jedno jest pewne. Miano tej najlepszej z pewnością nie grozi naszej rodzimej PKO BP Ekstraklasie. Trudno w to dziś uwierzyć, ale jeszcze w latach 1969-72 nasza liga zajmowała siódme miejsce w Europie. Gdyby taka sytuacja miała miejsce dziś, to moglibyśmy wystawić aż pięć drużyn w europejskich pucharach. No, ale zejdźmy na ziemię. Aktualnie mamy chyba najbardziej przepłaconą ligę na Starym Kontynencie. Zajmujemy dalekie 27 miejsce w rankingu UEFA, oglądając plecy Azerbejdżanu, o włos wyprzedzając Bułgarię. Jednocześnie według najnowszych danych jesteśmy ósmą ligą w Europie pod względem wartości praw do transmisji telewizyjnych. Polska ekstraklasa jest więcej warta medialnie od takich lig jak: portugalska, holenderska, duńska czy czeska, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że w tym przypadku potencjał marketingowy nijak ma się do poziomu sportowego. Wystarczy prześledzić „wyczyny” naszych pucharowiczów w ostatnich sezonach i skonfrontować je z ligami biedniejszymi od naszej. Jeśli spojrzymy na podium, to o ile pierwsze miejsce Premier League niespecjalnie dziwi, o tyle wyraźne drugie miejsce Bundesligi, tuż za plecami wyspiarzy, a przed hiszpańską LaLigą robi wrażenie. Jednak umówmy się, wartość praw marketingowych oraz telewizyjnych może mieć spory wpływ na siłę danej ligi, ale nie jest to regułą.

Zwykło się mówić, że jeśli dany produkt trzyma dobry poziom oraz wysoką jakość, to z pewnością znajdzie uznanie w oczach klientów. Może zatem to ilu kibiców przychodzi, co kolejkę, na stadiony w danej lidze, jest wyznacznikiem jej siły? W przypadku średniej frekwencji na trybunach niemiecka Bundesliga deklasuje konkurencję. Dość powiedzieć, że praktycznie każdy klub sprzedaje ponad 90% biletów. Bardzo ciężko będzie zbliżyć się pozostałym ligom do takich wyników. Jedynie przebudowa lub budowa nowych, większych obiektów przez kluby angielskie oraz hiszpańskie mogłaby ten trend zmienić. Jednak niewielu kibiców zapytanych odpowie, że Bundesliga jest silniejsza od Premier League i LaLigi. Nie można jednak do końca lekceważyć argumentu frekwencji na trybunach. Pełne stadiony podczas większości kolejek, zwłaszcza tych rozgrywanych w późne jesienne wieczory, kiedy do wyboru mamy masę innych rzeczy, często zdecydowanie ciekawszych od marznięcia na stadionie, z kubkiem herbaty w ręce. Nie najgorsza wizja dla piłkarza, prawda?

To właśnie jeden z powodów dzięki którym do 2.Bundesligi oraz Championship udaje się sprowadzać całkiem niezłych piłkarzy kusząc ich pełnymi obiektami, wypełnionymi oddanymi i fanatycznymi kibicami. W rezultacie obie te ligi, mimo że jest to tylko drugi szczebel rozgrywkowy, plasują się w dziesiątce lig z najlepszą średnią frekwencją w Europie. Z resztą, wiele osób angielską Championship umieszcza na miejscach 8-10, jeśli chodzi o najsilniejsze ligi na kontynencie. Niejeden powie, że to przesada. Jednak gdyby się nad tym pochylić, to mamy do czynienia z jedną z najbardziej wyrównanych lig, gdzie sezon zasadniczy trwa aż 46 kolejek, a do tego dochodzą jeszcze play offy, jeśli ktoś nie zdołał wywalczyć bezpośredniego awansu do ekstraklasy. Prawdziwy maraton. Nie dziwi zatem, że wielu spadkowiczów z Premier League miało ogromne problemy z powrotem awansować do finansowego raju, jakim niewątpliwie jest liga angielska. Dodatkowo niektóre kluby na zapleczu stać na to, aby odrzucać, dobre z finansowego punktu widzenia oferty, za swoich najlepszych zawodników. Mało tego, kiedyś naturalnym krokiem dla piłkarzy z lig skandynawskich oraz szkockiej Ladbrokes Premiership była Premier League. Teraz nie dziwi, gdy klub z angielskiego zaplecza wykłada kilka milionów funtów i przebija ofertę klubu z wyższej ligi.

Wiele osób zżyma się na sposób w jaki obliczany jest ranking klubowy UEFA. Jednak jak dotąd nikt lepszego systemu punktacji oraz klasyfikacji poszczególnych federacji nie wymyślił, więc jeszcze długo będziemy na niego skazani. Ranking ten jest obliczany na podstawie aktualnej sytuacji w rozgrywkach pucharowych. Uwzględnia on postawę drużyn z danego kraju, na przestrzeni ostatnich 5 sezonów, w rozgrywkach pod egidą UEFA. Dodatkowo dorobek poszczególnych krajów jest dzielony przez łączną liczbę drużyn reprezentujących dany kraj w rozgrywkach europejskich. Na pierwszy rzut oka może wyglądać to na coś bardzo skomplikowanego, ale tak naprawdę nie ma tu jakiejś wielkiej filozofii. Osiągałeś sukcesy w Lidze Mistrzów oraz Lidze Europy, to ranking prędzej czy później to odzwierciedli.

Ostatnie lata to dominacja klubów hiszpańskich, regularnie osiągane fazy pucharowe, zwłaszcza półfinały oraz wygrywanie Champions League przez Real Madryt zrobiły swoje. Przez to Anglicy zostali daleko w tyle. W minionych dwóch sezonach drużyny z Wysp Brytyjskich rozpoczęły odrabianie strat do lidera, niemniej dalej pokutują tu rozgrywki 2015/16 i 2016/17 – bardzo słabe w wykonaniu klubów angielskich. Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do świetnej frekwencji na stadionach oraz rosnącej siły marketingowej, to co najważniejsze, czyli wyniki sportowe, w wykonaniu klubów niemieckich zdecydowanie poszły w dół. Niewiele brakuje by Serie A wyprzedziła Bundesligę już w tym sezonie. Niezwykle ciekawie zapowiadają się zatem europejskie puchary dla sympatyków tych dwóch lig. Niedocenianej i często wyśmiewanej, zwłaszcza w naszym kraju, rosyjskiej ekstraklasie w końcu udało się wyprzedzić portugalską Liga NOS. Wystarczyło do tego solidne punktowanie i osiąganie faz grupowych poszczególnych rozgrywek w kolejnych sezonach. Niby nic wielkiego, jednak sporo federacji ma z tym problem, choćby Polska.

Zatem która liga jest tą najsilniejszą? Trudno powiedzieć, ilu kibiców tyle opinii. Osobiście przychylałbym się do tego, że jednak powinniśmy kierować się rankingiem UEFA i wynikami osiąganymi w rozgrywkach europejskich. Jest on chyba najbardziej miarodajny. Pokazuje również, że najsilniejsze ligi to te, dla których punktuje kilka zespołów. Samotny reprezentant jakiejś federacji, choćby zaliczył super sezon, nie jest w stanie w wystarczającym stopniu zrównoważyć słabych wyników pozostałych przedstawicieli danego kraju. Najlepszym przykładem są tutaj Grecja i Szkocja. Tak długo, jak punkty rankingowe Grekom zdobywały Olympiacos Pireus wraz z Panathinaikosem Ateny, federacja trzymała się w okolicach pierwszej dziesiątki rankingu. Jednak odkąd Koniczynki popadły w ogromne kłopoty finansowe i do dziś ledwo wiążą koniec z końcem, sam klub z Pireusu oraz reszta przedstawicieli greckiej ekstraklasy nie były w stanie utrzymać takiej regularności punktowania, jak wcześniej. Z podobnym problemem spotkała się szkocka federacja po karnej degradacji Glasgow Rangers do 4 ligi. Tutaj również powodem były kłopoty finansowe. Jedynym w miarę regularnie punktującym klubem został Celtic Glasgow. Jednak sami The Boys nie byli w stanie utrzymać pozycji Szkotów, czego rezultatem był pikujący na łeb na szyję współczynnik i dopiero 19 miejsce w rankingu UEFA.

Podsumowując, jeśli ktoś spytałby mnie o mój prywatny ranking 10 czołowych lig, to wyglądałby on następująco:

  1. LaLiga
  2. Premier League
  3. Bundesliga
  4. Serie A TIM
  5. Ligue 1 Conforama
  6. Premier Liga
  7. Liga NOS
  8. Sky Bet Championship
  9. Sporttoto Super Lig
  10. Jupiler Pro League
post

Złe gorszego początki?

Chelsea Londyn w ostatnich sezonach regularnie punktowała w Manchesterze na Old Trafford, ale jak już zapunktować się nie udało, to z kretesem. 4-0, totalna demolka. Od niedzieli zastanawiam się, czy to drużyna z Londynu zagrała tak słabo, a może gracze Ole Gunnara Solkjaera tak dobrze? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Jednego natomiast jestem pewny. Cytując klasyka z Football Managerów, Franka Lamparda i wszystkich sympatyków The Blues czeka długi, ciężki i pełen rozczarowań sezon.  

Nie ukrywam, że od momentu ogłoszenia Franka Lamparda, czyli klubowej legendy i najlepszego strzelca w historii klubu, jako pierwszego szkoleniowca Chelsea Londyn, czekałem na inaugurację sezonu. Z resztą, pewnie podobnie miało wielu sympatyków futbolu, nie tylko tych związanych z drużyną ze Stamford Bridge. Dodatkowo, gdy okazało się, że w debiucie Super Frank pojedzie do Manchesteru, na mecz z United, z tym większą niecierpliwością oczekiwałem niedzieli 11 sierpnia i pierwszego hitu w nowym sezonie Premier League.

Wstrzymałem się z pisaniem czegokolwiek „na gorąco”, zaraz po zakończeniu niedzielnego spotkania z prostego powodu. Jako sympatykowi drużyny z Londynu ciężko było mi taki wynik przetrawić. Jednak po ochłonięciu i chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że takie spotkania po prostu, co jakiś czas, zdarzają się. Czy ktokolwiek z oglądających ten mecz po pierwszych 15 minutach powiedziałby, że końcowy rezultat będzie aż tak druzgocący dla ekipy, która w trakcie pierwszego kwadransa utrzymywała się przy piłce przez 85% czasu gry! Do tego słupek po strzale Tammy’ego Abrahama oraz kilka całkiem nieźle zapowiadających się akcji, niezakończonych jednak uderzeniami na bramkę rywala. Pewnie wiele osób, w tym ja sam, pomyślało, że ta nowa Chelsea Lamparda może się podobać. I wtedy gong. Strata piłki, kontratak, prosty błąd i faul Kourta Zoumy, a następnie karny wykorzystany przez Marcusa Rashforda.

Francuski stoper w ogóle słabo wszedł w to spotkanie, był niepewny, elektryczny, a po 20 minutach, to po jego faulu The Blues byli na debecie. Z resztą, jeśli ktoś śledził przedsezonowe sparingi Londyńczyków niespecjalnie powinno go to dziwić. Większość spotkań w okresie przygotowawczym było prawdziwymi strzelaninami. Wygrane 4-3 z Reading, 5-3 z Salzburgiem oraz remis 2-2 z Borussią Moenchengladbach wskazywały na jedno. O ile ofensywna formacja stawała na wysokości zadania (zwłaszcza spotkanie z Austriakami i cudowny gol Pedro!), o tyle w defensywie, w każdym ze spotkań, gracze Lamparda popełniali zatrważającą liczbę prostych, niewymuszonych błędów.

Na Old Trafford niewykorzystane sytuacje zemściły się straszliwie. Z tak elektryczną parą stoperów, tyloma stratami w środku pola, a następnie kontrami, w których gracze gospodarzy mieli całe połacie wolnej przestrzeni, spowodowane złą organizacją i błędami The Blues w defensywie, to się musiało po prostu tak skończyć. Pozostaje liczyć, że Antoni’ego Rudigera po zakończeniu rehabilitacji będą omijać kontuzje.

Wartym uwagi i jakimś światełkiem w tunelu jest występ Masona Mounta, którego Frank zna ze wspólnej pracy w Derby County, a także Tammy’ego Abrahama. Gdy do zdrowia powrócą Ruben Loftus – Cheek oraz Callum Hadson – Odoi, taki ofensywy kwartet wygląda, co najmniej, obiecująco. Jednak najbardziej ucieszyła mnie obecność Emersona w pierwszym składzie. Brazylijczyk z włoskim paszportem powinien, w opinii wielu, dostawać zdecydowanie więcej szans w poprzednim sezonie od Mauricio Sarri’ego. I to właśnie on, jako jeden z nielicznych, nie musi się wstydzić tego, co pokazał w niedzielne popołudnie.

Wszystko wskazuje na to, że na Stamford Bridge szykują się bardzo trudne miesiące. Kalendarz na najbliższe kolejki jest niezły. Jednak wszystko wskazuje na to, że przynajmniej na razie, minęły czasy, w których Chelsea wychodząc na boisko, wychodziła jak po swoje. W tym składzie personalnym, zwłaszcza w defensywie, na niewielu przeciwników The Blues będą mogli spoglądać z góry.

PS. Chelsea Londyn w strefie spadkowej, po raz pierwszy od 19 lat. Był to też najgorszy debiut nowego szkoleniowca drużyny od 41 lat. Z pewnością nie o takie bicie rekordów Lampardowi i spółce chodziło.

post

Czarne chmury nad St. James’ Park

Nad rzeką Tyne chyba nie może być zbyt długo normalnie. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że Rafael Benitez nie poprowadzi w nadchodzących rozgrywkach zespołu ze St. James’ Park. Hiszpan nie doszedł do porozumienia z właścicielem Srok, Mike’em Ashley’em, w sprawie przedłużenia swojego kontraktu. Hiszpański szkoleniowiec wypełni wygasającą 30 czerwca umowę i osieroci tym samym klub znad rzeki Tyne. W mojej opinii jest to jawny sabotaż, nie pierwszy zresztą, dokonany przez cieszącego się złą sławą wśród fanów, właściciela. Jestem przekonany, że wszyscy związani z Newcastle jeszcze za Hiszpanem zatęsknią. 

Mike Ashley chyba pozazdrościł największemu rywalowi swojego klubu, czyli Sunderlandowi, relegacji, tułaczki po niższych ligach oraz permanentnego chaosu związanego z samą organizacją klubu. Właściwie od początku, odkąd Rafael Benitez pojawił się w Newcastle, napotykał na swojej drodze mniejsze lub większe problemy. Nieustannie domagał się wzmocnień zespołu i za każdym razem słyszał to samo. Wzmocnienia są w drodze, dopięcie kolejnego transferu jest kwestią godzin, a rezultat za każdym razem był taki, że zarówno Hiszpan, jak i kibice, przeżywali kolejne rozczarowania, związane z brakiem dotrzymania obietnic przez angielskiego miliardera. Jeśli dodamy do tego fakt, że nieustannie słyszymy o nieudanych próbach sprzedaży klubu, to nikogo nie powinien dziwić fakt, że najczęstszymi emocjami panującymi w okolicach St. James’ Park jest pospolite wkurwienie, a stałym elementem opraw, podczas domowych meczów, stały się banery i hasła typu „Ashley out!„.

W jakim aspekcie fani drużyny mają największy żal do swojego właściciela? Przede wszystkim chodzi o to, że miliarder od ładnych kliku lat stara się, mówiąc kolokwialnie, nie dokładać do biznesu. W obliczu rosnących wpływów w Premier League, wszyscy wokół pobijają transferowe rekordy i wydają na potęgę. Jak to wygląda w Newcastle? Cóż, niezbyt okazale. Przede wszystkim dużo wypożyczeń, a poza tym? Zazwyczaj wyglądało to tak, że Benitez chcąc kogoś kupić, musiał najpierw z kimś się pożegnać. Owszem, udało się wysupłać 24 mln funtów na Paragwajczyka – Miguela Almirona oraz przeszło 10 mln na Japończyka –Yoshinori’ego Muto,przed minionym sezonem. Tyle, że najpierw trzeba było sprzedać za blisko 40 mln Mitrovica, Merino, MbembęSelsa. Cały czas mozolne główkowanie, sztukowanie i zastanawianie się nad tym, na jakich pozycjach można się osłabić, by na innych, móc się wzmocnić.

Jak zatem w takich warunkach spisywał się doświadczony hiszpański szkoleniowiec? Przychodząc w marcu 2016 roku, po niezbyt udanej przygodzie w Realu Madryt, obejmował zespół praktycznie pogodzony z tym, że następny sezon rozpocznie w Championship, morale zespołu oscylowało w granicach dna Rowu Mariackiego, a jeśli chodzi o rezultaty, to po prostu porażka goniła porażkę. Mimo kilku dobrych wyników po przejęciu zespołu (m.in. wygrana z Tottenhamem 5-1), nie udało się uchronić zespołu przed degradacją i Sroki kolejne rozgrywki zaczęły poziom niżej. Tutaj było już zdecydowanie lepiej. Udało się wywalczyć awans już w pierwszym sezonie na zapleczu i po roku powrócić w szeregi angielskiej elity. Kolejne dwa lata, to 10 miejsce jako beniaminek oraz 13, w minionych rozgrywkach. Na pierwszy rzut oka wyniki te mogą wydać się przeciętne. Ot, nic specjalnego. Należy jednak na sprawę spojrzeć szerzej. Biorąc pod uwagę ostatnie dwa sezony, spośród 20 klubów Premier League aż 16 wydało na transfery więcej niż Sroki! Nawet słabiutkie Huddersfield, tylko przed poprzednią kampanią, wydało na nowych zawodników przeszło 50 milionów euro. Benitez o takiej sumie mógł tylko pomarzyć. Dlatego wydaje się, że z dostępnymi środkami oraz takimi, a nie innymi zawodnikami, osiągał wyniki zdecydowanie ponad stan. Bezpieczna egzystencja w Premier League, w wybitnie niesprzyjających warunkach, bez wątpienia powinna budzić podziw. Nie dziwi zatem fakt, że mimo statusu ligowego średniaka, kibice klubu pokochali hiszpańskiego trenera.

Co dalej z Newcastle United po odejściu Hiszpana? W angielskiej prasie można przeczytać plotki o tym, że zainteresowana kupnem klubu miałaby być, powiązana z właścicielami Manchesteru CityBin Zayed Group. Tyle tylko, że oficjalnych informacji jest bardzo niewiele, a w większości są to zwykłe spekulacje. W przeszłości byliśmy świadkami tylu spekulacji i nieudanych prób sprzedaży klubu przez Mike’a Ashley’a, że wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby do takiej transakcji w ogóle nie doszło. Wówczas, to właśnie w Newcastle, niezależnie z jakim szkoleniowcem na ławce trenerskiej, upatrywałbym jednego z głównych kandydatów do spadku w nadchodzącym sezonie.

Kto na tej rozłące wyjdzie lepiej? Nie mam cienia wątpliwości, że Benitez. Pewnie kwestią czasu jest, kiedy usłyszymy o zatrudnieniu hiszpańskiego trenera w jednym z czołowych europejskich klubów. No chyba, że Rafa zdecyduje się zarobić kolosalne pieniądze w jednej z egzotycznych lig. Jedno jest pewne. Na tak trudne, toksyczne i niesprzyjające warunki do codziennej, sumiennej pracy, jaką Hiszpan, zdaniem wielu, preferuje najbardziej, w najbliższym czasie trafić nie powinien. Szkoda jedynie, że Premier League traci tak dobrego fachowca.

post

Ta ostatnia niedziela c.d.

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

10. West Ham United – trudno jednoznacznie ocenić sezon w wykonaniu Młotów. Po dramatycznym początku sezonu, kiedy to w pierwszych dziesięciu kolejkach, aż sześciokrotnie, zawodnicy z London Stadium schodzili z boiska na tarczy. Później przyszła seria lepszych wyników, by na przełomie roku znów popaść w marazm. Właściwie po ekipie Manuela Pellegriniego można się było, w tym sezonie, spodziewać absolutnie wszystkiego, a wytypowanie wyniku meczu tej drużyny, graniczyło z cudem. Potrafili urwać punkty w spotkaniach, gdzie nikt nie stawiał ich w roli faworyta, a gubić punkty i prezentując się bardzo słabo, przeciwko zespołom całkowicie w ich zasięgu. Totalny rollercoaster. Warto wspomnieć, że najlepszym zawodnikiem Młotów w tym sezonie wybrany został Łukasz Fabiański. Polak podczas klubowej gali podsumowującej sezon zgarnął również nagrody za najlepszy transfer oraz najlepszą interwencję (przeciwko Manchesterowi United).

9. Leicester City – słodko – gorzki sezon dla fanów Lisów naznaczony tragedią związaną ze śmiercią tajskiego właściciela klubu, Vichai’a Srivaddhanaprabha w katastrofie śmigłowca. Dobrą informacją dla wszystkich związanych z klubem jest fakt, że na King Power Stadium stworzono całkiem ciekawy zespół, który pod wodzą Brendana Rodgersa, w nadchodzącym sezonie powinien walczyć, o miejsce gwarantujące start w europejskich pucharach. Oczywiście, o ile nie dojdzie w tej drużynie do masowej sprzedaży zawodników w nadchodzącym okienku transferowym. W końcu tacy zawodnicy jak James MaddisonWilfred NdidiBen Chilwell czy Harry Maguire bez wątpienia znajdują się na celownikach większych klubów niż Leicester. Nie wiadomo również jaka przyszłość czeka Youri’ego Tielemansa, który na Kinga Power Stadium jest tylko wypożyczony. Jestem natomiast przekonany, że zatrudnienie Brendana Rodgersa w miejsce Claude’a Puela będzie strzałem w dziesiątkę i decyzją, której tajscy właściciele klubu nie powinni żałować w nadchodzącym sezonie.

8. Everton – zakończone rozgrywki były 116 spędzonymi przez klub w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. To najwięcej spośród wszystkich drużyn w stawce. Dzięki udanej końcówce sezonu podopieczni portugalskiego szkoleniowca, Marco Silvy finiszowali tylko 3 punkty za miejscem gwarantującym start w przyszłej edycji Ligi Europy. Gdyby nie słaba pierwsza część sezonu, The Toffees zagraliby w europejskich pucharach, ale ósma lokata, to chyba adekwatne miejsce dla klubu, biorąc pod uwagę, że był to dopiero pierwszy pełny sezon pod wodzą Silvy. Ten projekt potrzebuje czasu i na pewno Portugalczyk zasłużył na kredyt zaufania ze strony włodarzy klubu. Bardzo udane rozgrywki zaliczyli tacy zawodnicy jak Gylfi Sigurdsson i Richarlison, którzy mieli udział w sumie przy 34 bramkach spośród 54 zdobytych przez zespół z Goodison Park w bieżącym sezonie Premier League. W najbliższych latach powinni oni nadal odgrywać kluczowe role w układance Marco Silvy.

7. Wolverhampton Wanderers – Wilki Molineux jako beniaminek mają bardzo duże szanse na to, aby zagrać w przyszłym sezonie w europejskich pucharach. Co prawda przed sezonem większość ekspertów zakładała, że drużynie raczej nie będzie groził spadek, ale mimo to, wyniki osiągnięte przez zawodników Nuno Espirito Santo zaskoczyły wielu. Świetny sezon w wykonaniu Wolves potwierdził, że przedsezonowe zapowiedzi właścicieli klubu o tym, że w przeciągu kilku następnych sezonów planują zagrać w europejskich pucharach, docelowo w Champions League, nie były tylko czczym gadaniem. Warto w tym miejscu wspomnieć, że żadna spośród ekip spoza Big Six nie zdobyła tylu punktów z drużynami czołowej szóstki, co Wilki. Problemem drużyny z środkowej części Anglii jest fakt, że o ile z drużynami z czołówki punktowali nadspodziewanie dobrze, to z drużynami z dołu tabeli potrafili tracić punkty. Najlepszym przykładem jest fakt, że spadkowicz z Huddersfield zdołał zdobyć w meczach z Wolverhampton 6 punktów! Przypomnijmy, że w w całych rozgrywkach Teriery zdobyły 16 oczek, niebywałe. Stabilizacja formy – to powinno być główne zadanie stojące przed ekipą z Molineux w nadchodzącym sezonie,

6. Manchester United – gdy zwolniony w trakcie rozgrywek Jose Mourinho mówił, że zdobycie w minionym sezonie wicemistrzostwa było wyczynem na miarę mistrzostwa kraju, wielu patrzyło na wypowiedzi Portugalczyka, w najlepszym wypadku, z przymrużeniem oka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Czerwone Diabły po objęciu zespołu przez Ole Gunnara Solskjaera zwyciężyły w 10 spośród 11 pierwszych meczów, ponosząc porażkę dopiero z PSG Lidze Mistrzów. Gdy w rewanżu, na Parc des Princes, udało się odrobić dwubramkową stratę i wyeliminować Paryżan, wszyscy na Old Trafford byli pewni, że to Norweg jest tym szkoleniowcem, który sprawi, że czasy świetności United powrócą. Jednak po wspaniałym początku jego kadencji przyszedł kryzys i wszystko co złe, demony przeszłości powróciły, sprawiając, że kolejny już sezon, w wykonaniu Manchesteru United należy uznać za rozczarowujący. Nadchodzące okno transferowe będzie jednym z najważniejszych w ostatnich latach. W czerwonej części Manchesteru nie mogą pozwolić sobie na kolejne nieudane transfery, kolejne zmarnowane miliony funtów. Jest to o tyle istotne, że zespół w mojej opinii potrzebuje nie kosmetycznych, ale daleko idących zmian. W angielskiej prasie można przeczytać, że włodarze klubu chcą budować nowy zespół wokół takich zawodników jak Paul Pogba David de Gea. Moim zdaniem to błąd. Na miejscu Solskjaera Woodwarda zdecydowałbym się na sprzedaż Francuza i Hiszpana, zainwestował pozyskane pieniądze w kilku zawodników, którzy będą chcieli „umierać” za herb klubu, a nowy zespół budował wokół takich zawodników jak Marcus Rashford.

5. Arsenal – po raz trzeci z rzędu nie udało się zakończyć sezonu w czołowej czwórce. Jedynym wyjściem na zagranie w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów pozostaje wygranie finału Ligi Europy w Baku, przeciwko Chelsea Londyn. Gdyby tak się stało, to czy premierowy sezon na Wyspach, pod batutą Unai’a Emery’ego można by uznać za udany? Moim zdaniem tak. Na pewno dziwi niemoc zespołu w meczach wyjazdowych. Niemniej wydaje się, że postawienie na hiszpańskiego szkoleniowca, mimo początkowych, raczej sceptycznych głosów, było dobrym posunięciem. Wejście w buty francuskiej legendy klubu, Arsene’a Wengera z pewnością nie było łatwym zadaniem. Największym problemem klubu, według mnie, jest niezrównoważona kadra. Świetni napastnicy, chimeryczna, nierówno grająca pomoc i obrona, asekurowana przez dobrego, solidnego bramkarza. Stąd przeplatanie spotkań świetnych z dramatycznymi w wykonaniu Kanonierów. Jeśli miałbym wybrać jednego zawodnika z Emirates, który idealnie kojarzy mi się z klubem z północnego Londynu, to byłby to Mesut Ozil. Po Niemcu, jak i po Arsenalu można się spodziewać absolutnie wszystkiego. Raz zagra znakomicie, by w następnym spotkaniu przejść obok spotkania. Dlatego nie rozumiem, co kierowało zarządem klubu, by zaoferować przed kilkoma miesiącami, nową umowę Niemcowi, a zupełnie odpuścić walkę o zakochanego w klubie od dziecka, Aarona Ramseya, który po sezonie, wraz z wygaśnięciem kontraktu odejdzie do Juventusu Tuyn. Bez znaczących wzmocnień w defensywie oraz dodania trochę kreatywności w drugiej linii trudno będzie Arsenalowi walczyć o coś więcej, niż miejsce w czwórce w przyszłym sezonie.

4. Tottenham Hotspur – czwarty sezon z rzędu zakończony w Top Four przez Koguty. Biorąc pod uwagę wąską kadrę oraz brak transferów (ostatni transfer gotówkowy to styczeń 2018 roku i przyjście Lucasa Moury), Mauricio Pochettino dokonuje rzeczy niebywałej, biorąc pod uwagę, jak zbroi się konkurencja w angielskiej ekstraklasie. Jednak w ostatnich tygodniach, argentyński szkoleniowiec na konferencjach prasowych oraz w wywiadach, między wierszami, domaga się od właściciela klubu, Daniela Levy’ego funduszy na transfery i realnych wzmocnień, które poszerzą wąską kadrę zespołu. Taka postawa nie powinna specjalnie dziwić. Zwłaszcza, że w końcówce sezonu Tottenham, rywalizując cały czas na dwóch frontach, wyraźnie spuścił z tonu, tylko przez słabość rywali zachowując miejsce w czołowej czwórce. Najlepszą informacją dla wszystkich sympatyków klubu niewątpliwie jest fakt, że tego lata raczej żaden czołowy klub nie zgłosi się do północnego Londynu po szkoleniowca z Argentyny. W końcu chyba nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie Pochettino jest największym atutem drużyny z White Hart Lane i bez niego, wielce prawdopodobnym jest, że ten klub nie byłby w tym miejscu, w którym aktualnie się znajduje.

3. Chelsea – pierwszy sezon pracy Mauricio Sarriego na Stamford Bridge można uznać za w pełni satysfakcjonujący, biorąc pod uwagę, jaką kadrą dysponuje Włoch. Nie mam cienia wątpliwości, że obecna Chelsea jest najsłabsza, odkąd Roman Abramowicz przejął klub. Finał Pucharu Ligi, kwalifikacja do LM poprzez ligę oraz finał Ligi Europy. Jeśli w tym ostatnim udałoby się The Blues zwyciężyć, byłoby to pierwsze zdobyte trofeum w karierze byłego szkoleniowca Napoli. Wszystkich kibiców piłki nożnej elektryzuje bardzo prawdopodobny transfer Edena Hazarda do Realu Madryt tego lata. 7 lat gry Belga w zachodnim Londynie, 108 goli, 91 asyst oraz niezliczona liczba przebojowych akcji czy dynamicznych dryblingów. Żaden z kibiców Chelsea nie będzie mógł mieć pretensji, jeśli ich gwiazda zdecyduje się zamienić deszczowe Wyspy Brytyjskie na słoneczną Hiszpanię. Hazard po prostu przerósł ten klub. Gdyby nie jego gole i asysty (16 goli i 15 asyst w samej tylko Premier League) aż trudno sobie wyobrazić, gdzie w tabeli plasowaliby się The Blues. Widmo zakazu transferowego wiszące nad klubem i bardzo prawdopodobne odejście najlepszego zawodnika sprawia, że przyszły sezon będzie wielkim wyzwaniem dla całego klubu. Paradoksalnie widzę w tym jeden plus. Mianowicie, biorąc pod uwagę, że klub posiada ponad trzydziestu (!!!) zawodników na wypożyczeniach, nawet w przypadku zakazu transferowego, Mauricio Sarri będzie miał z kogo zbudować kadrę na następny sezon. Byłby to też chrzest bojowy akademii Chelsea. W końcu z jakiegoś powodu jest uznawana za jedną z najlepszych „stajnii” piłkarskich talentów na świecie. W ostatnich latach jednak, pomimo całej masy sukcesów drużyn młodzieżowych, mało który z młodych zawodników dostawał szansę na to, by zaistnieć w pierwszym zespole. W obliczu embarga transferowego sytuacja ta może ulec zmianie.

2. Liverpool – prawdopodobnie najlepszy wicemistrz kraju w historii futbolu. The Reds w trakcie całej kampanii doznali tylko jednej, jedynej porażki, a mimo to musieli obejść się smakiem i kolejny raz przeżyć rozczarowanie, jakim niewątpliwie jest po raz kolejny, brak tytułu mistrzowskiego na Anfield. Na ostatnie 26 sezonów angielskiej ekstraklasy, w 25 wynik wykręcony przez podopiecznych Juergena Kloppa dałby mistrzostwo. Jedynym przypadkiem, kiedy to by nie miało miejsca, są ubiegłoroczne rozgrywki i sezon, który Manchester City zakończył w rekordową liczbą 100 punktów. Na pocieszenie dla sympatyków klubu tytuł najlepszych strzelców powędrował do Mohameda Salaha i Sadio Mane, którzy wraz z Pierre’em – Emerickiem Aubameyang’em zdobyli po 22 gole, a statuetka złotej rękawicy za największą liczbę czystych kont do bramkarza Alissona Beckera.

1. Manchester City – pora oddać cesarzowi, co cesarskie. 198 punktów zdobytych przez The Citizens w ostatnich dwóch sezonach Premier League. Kosmos! Dodatkowo pierwszy raz od dekady komuś udało się obronić tytuł. Ostatnim zespołem, któremu udała się ta sztuka był Manchester United sir Alexa Fergusona. Szkot nazwał kiedyś największych rywali głośnymi sąsiadami. Trzeba przyznać, że podopieczni Pepa Guardioli w końcu nie tylko robią dużo szumu, ale również postanowili poprzeć szumne zapowiedzi konkretnymi czynami. Bez wątpienia na Etihad skompletowali najszerszy i najbardziej wyrównany skład w lidze, dzięki czemu w ciemno można typować ten zespół, jako głównego faworyta do wygrania rozgrywek również w przyszłym sezonie.

post

Ta ostatnia niedziela

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

20. Huddersfield Town – tylko dwa sezony trwała przygoda TerierówPremier League. Pierwsze skojarzenie? Nuda i bardzo mała ilość strzelanych goli. W całym sezonie tylko 22 bramki, przy 76 straconych. 16 zdobytych oczek. Odkąd obowiązuje obecny format rozgrywek, tylko drużyna Derby County z sezonu 2007/08 zaliczyła gorszy sezon. Wówczas Barany zakończyły sezon z 11 punktami na koncie. Niestety to raczej niewielka pociecha dla kibiców klubu z Galpharm Stadium.

19. Fulham – 112 milionów funtów wydanych na nowych zawodników przez beniaminka i spadek z ligi. Tylko trzy zespoły (Liverpool, Leicester oraz Chelsea) wydały latem więcej. Przed sezonem, jak i w zimie, na Craven Cottage ściągano zawodników na potęgę. Brak pomysłu, ciągła rotacja na praktycznie każdej pozycji, co mecz inny skład linii obrony. Permanentny brak stabilizacji. Nie, to nie miało prawa się udać. Kibicom najstarszego zawodowego klubu piłkarskiego w Londynie pozostaje tylko życzyć, jak najszybszego powrotu do Premier League.

18. Cardiff City – kolejny z beniaminków, który żegna się z angielską elitą po zaledwie jednym sezonie. Bez wątpienia nie był to dobry rok dla sympatyków The Bluebirds. Słaby sezon, dodatkowo tragiczna historia zimowego transferu Emiliano Sali. Biorąc pod uwagę, że walijski klub praktycznie do samego końca walczył z Brighton o utrzymanie, każdy sympatyk Cardiff zapewne rozmyśla, gdzie byłby klub, gdyby Argentyńczyk miał możliwość zaprezentować swoje umiejętności na Wyspach Brytyjskich. Niewielkim pocieszeniem pozostaje możliwość derbowej rywalizacji z innym walijskim klubem – Swansea City, na zapleczu.

17. Brighton & Hove Albion – nie od dziś wiadomo, że drugi sezon dla beniaminka jest dużo cięższy niż ten premierowy, Wypisz, wymaluj sytuacja Mew w tym sezonie. Do ostatnich kolejek drużyna Chrisa Hughtona nie mogła być pewna utrzymania. Wpływ na to mogła mieć fantastyczna przygoda w Pucharze Anglii, gdzie Brighton doszło aż do półfinału, odpadając dopiero po wyrównanym spotkaniu, z Manchesterem City. Nie mając zbyt szerokiej kadry, irlandzki szkoleniowiec spełnił cele na ten sezon, a mimo to podziękowano mu za pracę po zakończeniu sezonu. Żeby tylko włodarze klubu nie żałowali w przyszłym sezonie tej decyzji. Moim zdaniem możemy tutaj mieć klasyczny przykład, że czasami lepsze jest wrogiem dobrego. W końcu czy ambicjami klubu z południa Anglii powinno być coś więcej niż spokojny byt w Premier League?

16. Southampton – decyzja by w trakcie rozgrywek Marka Hughesa zastąpił Ralph Hasenhuttl była najlepszą od czasów zatrudnienia Mauricio Pochettino na St. Mary’s Stadium. Austriak, były szkoleniowiec RB Lipsk wydaje się idealnie pasować do filozofii klubu. Zapewniając przyzwoite wyniki i ładną dla oka grę, potrafi przy tym rozwijać umiejętności zawodników, Nie boi się konsekwentnie stawiać na młodych piłkarzy, czego największym beneficjentem był w tym sezonie Jan Bednarek. Jestem przekonany, że w najbliższych dwóch, może trzech okienkach transferowych, włodarze klubu dostaną kilka dowodów na to, że podjęli dobrą decyzję, a klubowy budżet zostanie zapełniony milionami funtów wpłaconymi przez możniejsze zespoły od Świętych.

15. Burnley – na Turf Moore mogą szykować się do kolejnego już sezonu w angielskiej elicie. Ostatnio przeczytałem w internecie informację, która wprawiła mnie w niemałe zdumienie. Otóż, jeśli chodzi o najbardziej dochodowe marki Premier League, najlepszą drużyną spoza Big Six, są właśnie The Clarets! Zostali oni określeni przez BBC jako najlepiej zarządzany pod względem finansowym klub Premier League. Kolejny sezon w angielskiej ekstraklasie tylko pomoże w budowaniu marki klubu z hrabstwa Lancashire.

14. Bournemouth – kolejny klub z południowego wybrzeża Anglii, który zapewnił sobie spokojne utrzymanie. Ani przez moment nie drżeli o utrzymanie, a po pierwszej części sezonu plasowali się nawet w okolicach europejskich pucharów. Polskich kibiców na pewno cieszy fakt, że w drugiej części sezonu Artur Boruc wygrał rywalizację z Bośniakiem, Asmirem Begovicem, o miejsce między słupkami bramki The Cherries. W kolejnym sezonie najprawdopodobniej także będziemy mogli oglądać popisy Króla Artura, ponieważ przedłużył on kontrakt z klubem o kolejny rok.

13. Newcastle United – największym atutem drużyny z St. James Park bez cienia wątpliwości jest hiszpański trener, Rafa Benitez. W mojej opinii Hiszpan wykręca ze Srokami wyniki ponad stan. Nie od dziś wiadomo, że właściciel klubu, Mike Ashley nie rozpieszcza szkoleniowca oraz kibiców, jeśli chodzi o udostępnianie funduszy na transfery. Trudno szukać w tym zespole wielkich gwiazd. Świetnym ruchem była przedsezonowa wymiana Dwighta Gayle’a na napastnika Salomona Rondona West Bromwich Albion. Gdyby nie 11 goli oraz 7 asyst Wenezuelczyka sytuacja Newcastle w tabeli byłaby zdecydowanie gorsza.

12. Crystal Palace – naprawdę całkiem przyzwoity sezon w wykonaniu OrłówSelhurst Park. Podopieczni Roya Hodgsona zaliczyli kilka świetnych występów w minionym sezonie. W pamięci kibiców bez wątpienia zostanie skalp na Etihad przeciwko Manchesterowi City, okraszony wspaniałym golem Androsa Townsand’a. Według mnie Crystal Palace w tym sezonie skomponowało jedną z najlepszym formacji ofensywnych poza LiverpoolemManchesterem City. Posiadanie w pierwszym składzie Wilfrieda ZahyMichy’ego Batshuayi’aAndrosa Townsenda oraz Jordana Ayewa bez wątpienia napędziło strachu niejednej defensywie angielskiej ekstraklasy. Jeśli dodamy do tego fantastycznego debiutanta, czyli Aarona Wan – Bissaka czy charyzmatycznego kapitana w osobie Luki Milivojevica, to wyłania nam się obraz jednej z najciekawszych drużyn minionego sezonu.

11. Watford – z oceną sezonu na Vicarage Road należy wstrzymać się do czasu rozstrzygnięcia finału FA CupSzerszenie bardzo długo pozostawały w grze o siódmą lokatę i wymyślony przez brytyjskich dziennikarzy nieoficjalny tytuł Best of the rest. Jeśli Javiemu Gracii i jego piłkarzom udałoby się zwyciężyć w meczu z The Citizens i dzięki temu awansować do rozgrywek Ligi Europy, sezon z pewnością należałoby uznać za bardzo udany. Tym bardziej, że przed sezonem z drużyny odszedł kluczowy zawodnik, czyli Richarlison, zamieniając Vicarage Road na Goodison Park.