post

Łaska pańska na pstrym koniu jeździ

Użyte w tytule przysłowie do żadnego innego zawodu nie pasuje równie dobrze, jak do zawodu trenera. David Gallego z Espanyolu, Marco Giampaolo z Milanu, Eusebio Di Francesco z Sampdorii, Oleg Kononov ze Spartaka Moskwa, Dmitrij Chochłow z Dynama Moskwa, Sylvinho z Olimpique Lyon oraz Jacek Zieliński z Arki Gdynia. To tylko kilku szkoleniowców, którzy stracili pracę w trakcie, zakończonej właśnie, przerwy reprezentacyjnej. Jednego nazwiska tutaj nie ma, pomimo tego, że Tottenham nie spisuje się ostatnimi czasy najlepiej. Spekulacje na temat zwolnienia Mauricio Pochettino w ciągu ostatnich tygodni przybierały na sile, ale wszystko wskazuje na to, że Daniel Levy – właściciel Kogutów, wytrzyma presję i pozwoli Argentyńczykowi wyciągnąć zespół z kryzysu. 

Mauricio Pochettino jest jednym z najdłużej pracujących szkoleniowców na Wyspach, na White Hart Lane pracuje od 2014 roku. Nic dziwnego, skoro udało mu się, w trakcie swojej kadencji, zrobić z Tottenhamu czołową drużynę w Anglii i spełnić ambicje, o jakich od dawna można było usłyszeć w północnym Londynie. Wydaje się, że jest również idealną osobą dla Daniela Levy-ego z jednego prostego powodu. Niewiele osób na jego miejscu zdołałoby zrobić tak spektakularne wyniki dysponując tak ograniczonymi środkami. 517 dni. Dokładnie tyle czasu minęło od zakontraktowania Lucasa Moury do zakupu Jacka Clarke’a z Leeds United na początku lipca. Przez ten czas argentyński trener szył z takiego materiału, jaki miał w Londynie i pewnie nikt nie miałby większych pretensji, gdyby Tottenham przez brak wzmocnień i w konsekwencji bardzo wąski skład, nie zakwalifikował się do Ligi Mistrzów w poprzednim sezonie. Priorytetem było w końcu ukończenie budowy nowego stadionu i wszystkie środki miały przyświecać właśnie temu celowi. Jednak wbrew przewidywaniom, grającemu większą część sezonu na wyjeździe (domowe spotkania Tottenham rozgrywał na wypożyczonym Wembley) zespołowi udało się nie wypaść z czołowej czwórki w Premier League oraz zaliczyć historyczny wynik w Champions League, gdzie Spurs doszli aż do finału.

Rywale Londyńczyków wydawali setki milionów na wzmocnienia, a Pochettino budował zawodników, których większość kibiców i ekspertów już dawno skreśliła. Przesadzam? Gdyby wymienić nazwiska Fernando Llorente, Lucasa Moury czy Moussy Sissoko przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu, to wszyscy trzej byli bliżej opuszczenia północnego Londynu. Wszyscy trzej, najpierw uznani na pomyłki transferowe, które nie poradziły sobie w nowym środowisku, byli kluczowymi postaciami w minionym sezonie.

Football365: „Czy Moussa Sissoko to najgorszy transfer w historii Tottenhamu?”.

The Sun: „Real Betis chce ściągnąć wtopę transferową Tottenhamu Lucasa Mourę”.

Sky Sports: „Matt Le Tissier twierdzi, że Fernando Llorente nie jest dość dobry na Tottenham”.

Dlatego, gdy przed tym sezonem wydano 114 mln funtów i na Tottenham Hotspur Stadium zameldowali się Tanguy Ndombele, Ryan Sessegnon czy Giovani Lo Celso, wiele wskazywało, że w tym sezonie Tottenham będzie tylko silniejszy. Zwłaszcza, jeśli dodamy do tego przeprowadzkę na swój nowy, oddany już w pełni do użytku, stadion. Niestety dla wszystkich sympatyków Spurs, zamiast być coraz lepiej, jest coraz gorzej. W obecnym sezonie podopieczni Pochettino spisują się grubo poniżej oczekiwań. W Premier League, w 8 dotychczas rozegranych meczach Londyńczycy zdobyli zaledwie 11 punktów i strata do lidera wynosi już 13 oczek. Jednak nie to jest wcale najgorsze. Martwi przede wszystkim bezbarwny styl drużyny i przedziwna niemoc na wyjazdach. Dość powiedzieć, że Londyńczycy nie zdołali zgarnąć kompletu punktów na wyjeździe od stycznia tego roku! Powodów do zmartwień dla Kogutów jest w tym sezonie co nie miara. Bardzo słabe występy przeciwko Newcastle oraz Brighton w lidze, a także odpadnięcie z Carabao Cup z czwartoligowcem z Colchester były ciężkie do przetrawienia, to prawda. Tylko co powiedzieć o Lidze Mistrzów, w której jest jeszcze gorzej? Najpierw był remis 2-2 w Pireusie, gdzie drużyna straciła dwubramkowe prowadzenie, a następnie potężne lanie spuszczone przez Bayern Monachium na własnym stadionie. Jakby tego było mało, w ostatnim spotkaniu ligowym Hugo Lloris, kapitan zespołu złamał rękę i do gry wróci najprawdopodobniej po nowym roku.

Sytuacji na pewno nie poprawiają angielskie brukowce, które na początku tego miesiąca sugerowały, że w Tottenhamie miał mieć miejsce niemały skandal obyczajowy. W całą sytuację mieli być zamieszani Christian Eriksen oraz Jan Vertonghen. Zdaniem bulwarówek żona Duńczyka miała go zdradzić z belgijskim obrońcą. Obaj piłkarze zaprzeczyli i wspominali, że nic takiego nie miało miejsca, ale burzy jaka nastąpiła po tej informacji we wszystkich mediach społecznościowych nie udało się powstrzymać. A pro po Christiana Eriksena. Pomocnik reprezentacji Danii zalicza właśnie swój siódmy sezon w barwach Tottenhamu. Nietrudno jednak zauważyć, że w bieżących rozgrywkach daleko mu do formy z poprzednich kampanii. Przez całe letnie okienko transferowe mówiło się o możliwej przeprowadzce Duńczyka do Realu Madryt. Jak wiemy, nic takiego nie miało miejsca. Natomiast biorąc pod uwagę, że umowa pomocnika wygasa w 2020 roku, niewykluczone, że Tottenham zdecyduje się na sprzedaż swojego zawodnika w zimowym oknie, tak by zarobić na nim jakiekolwiek pieniądze. W innym przypadku wielce prawdopodobne jest, że latem Eriksen opuści Londyn za darmo.

Pochettino na dzisiejszej konferencji prasowej zapytany o transfery w zimowym oknie transferowym odpowiedział – Nie uważam tak. Wierzę w zawodników, których mam w Tottenhamie obecnie. Szanuję opinie ludzi, którzy uważają, że potrzebne są zmiany. Jeśli to ma być moja decyzja, to chcę zostać przy tych zawodnikach, bo oni mają jakość. Pytanie tylko czy czołowi zawodnicy Spurs podzielają wiarę swojego szkoleniowca. Niewykluczone, że drużyna w obecnej formie dobrnęła do ściany i wymaga gruntownej przebudowy. Po sprzedaży Kierana Trippiera do Atletico, Serge Aurier pozostał praktycznie bez konkurencji na prawej stronie defensywy. Powiedzieć, że Iworyjczyk nie spisuje się w tym sezonie najlepiej, to nic nie powiedzieć. Były zawodnik PSG popełnia masę błędów i kilka bramek Koguty straciły ewidentnie z jego winy. Równie niepewnie wyglądają środkowi obrońcy. Toby Alderweireld i Jan Vertonghen w niczym nie przypominają zawodników z poprzednich sezonów. Jeśli dodamy do tego fakt, że w najbliższych tygodniach dostępu do bramki zespołu będzie bronił ktoś z dwójki Michel Vorm – Paulo Gazzaniga, raczej nie powinien napawać optymizmem wszystkich sympatyków Tottenhamu.

Nie ulega wątpliwości, że z tak dużym kryzysem Maucicio Pochettino jeszcze się w swojej karierze nie mierzył. Pytanie czy zdoła go przetrwać i wyprowadzić zespół z kryzysu? O tym najpewniej przekonamy się przed końcem roku. W końcu cierpliwość Daniela Levy-ego chyba też ma swoje granice.

post

Odwieczny dylemat

Premier League, LaLiga, Serie A, a może jednak Bundesliga? Od lat kibice piłkarscy prześcigają się w opiniach, która z lig piłkarskich jest tą najlepszą. W zależności od sympatii i antypatii odpowiadającego na pytanie ich kolejność zmienia się. Jedno natomiast pozostaje bez zmian. Dyskusja na ten temat potrwa jeszcze długo i raczej ciężko oczekiwać jednoznacznych opinii w tej kwestii. W końcu, co tak naprawdę powinno decydować? Ranking UEFA oraz wyniki w europejskich pucharach? Niezwykle wyrównany poziom danej ligi, w której praktycznie każdy może wygrać z każdym? A może frekwencja na trybunach? 

Jedno jest pewne. Miano tej najlepszej z pewnością nie grozi naszej rodzimej PKO BP Ekstraklasie. Trudno w to dziś uwierzyć, ale jeszcze w latach 1969-72 nasza liga zajmowała siódme miejsce w Europie. Gdyby taka sytuacja miała miejsce dziś, to moglibyśmy wystawić aż pięć drużyn w europejskich pucharach. No, ale zejdźmy na ziemię. Aktualnie mamy chyba najbardziej przepłaconą ligę na Starym Kontynencie. Zajmujemy dalekie 27 miejsce w rankingu UEFA, oglądając plecy Azerbejdżanu, o włos wyprzedzając Bułgarię. Jednocześnie według najnowszych danych jesteśmy ósmą ligą w Europie pod względem wartości praw do transmisji telewizyjnych. Polska ekstraklasa jest więcej warta medialnie od takich lig jak: portugalska, holenderska, duńska czy czeska, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że w tym przypadku potencjał marketingowy nijak ma się do poziomu sportowego. Wystarczy prześledzić „wyczyny” naszych pucharowiczów w ostatnich sezonach i skonfrontować je z ligami biedniejszymi od naszej. Jeśli spojrzymy na podium, to o ile pierwsze miejsce Premier League niespecjalnie dziwi, o tyle wyraźne drugie miejsce Bundesligi, tuż za plecami wyspiarzy, a przed hiszpańską LaLigą robi wrażenie. Jednak umówmy się, wartość praw marketingowych oraz telewizyjnych może mieć spory wpływ na siłę danej ligi, ale nie jest to regułą.

Zwykło się mówić, że jeśli dany produkt trzyma dobry poziom oraz wysoką jakość, to z pewnością znajdzie uznanie w oczach klientów. Może zatem to ilu kibiców przychodzi, co kolejkę, na stadiony w danej lidze, jest wyznacznikiem jej siły? W przypadku średniej frekwencji na trybunach niemiecka Bundesliga deklasuje konkurencję. Dość powiedzieć, że praktycznie każdy klub sprzedaje ponad 90% biletów. Bardzo ciężko będzie zbliżyć się pozostałym ligom do takich wyników. Jedynie przebudowa lub budowa nowych, większych obiektów przez kluby angielskie oraz hiszpańskie mogłaby ten trend zmienić. Jednak niewielu kibiców zapytanych odpowie, że Bundesliga jest silniejsza od Premier League i LaLigi. Nie można jednak do końca lekceważyć argumentu frekwencji na trybunach. Pełne stadiony podczas większości kolejek, zwłaszcza tych rozgrywanych w późne jesienne wieczory, kiedy do wyboru mamy masę innych rzeczy, często zdecydowanie ciekawszych od marznięcia na stadionie, z kubkiem herbaty w ręce. Nie najgorsza wizja dla piłkarza, prawda?

To właśnie jeden z powodów dzięki którym do 2.Bundesligi oraz Championship udaje się sprowadzać całkiem niezłych piłkarzy kusząc ich pełnymi obiektami, wypełnionymi oddanymi i fanatycznymi kibicami. W rezultacie obie te ligi, mimo że jest to tylko drugi szczebel rozgrywkowy, plasują się w dziesiątce lig z najlepszą średnią frekwencją w Europie. Z resztą, wiele osób angielską Championship umieszcza na miejscach 8-10, jeśli chodzi o najsilniejsze ligi na kontynencie. Niejeden powie, że to przesada. Jednak gdyby się nad tym pochylić, to mamy do czynienia z jedną z najbardziej wyrównanych lig, gdzie sezon zasadniczy trwa aż 46 kolejek, a do tego dochodzą jeszcze play offy, jeśli ktoś nie zdołał wywalczyć bezpośredniego awansu do ekstraklasy. Prawdziwy maraton. Nie dziwi zatem, że wielu spadkowiczów z Premier League miało ogromne problemy z powrotem awansować do finansowego raju, jakim niewątpliwie jest liga angielska. Dodatkowo niektóre kluby na zapleczu stać na to, aby odrzucać, dobre z finansowego punktu widzenia oferty, za swoich najlepszych zawodników. Mało tego, kiedyś naturalnym krokiem dla piłkarzy z lig skandynawskich oraz szkockiej Ladbrokes Premiership była Premier League. Teraz nie dziwi, gdy klub z angielskiego zaplecza wykłada kilka milionów funtów i przebija ofertę klubu z wyższej ligi.

Wiele osób zżyma się na sposób w jaki obliczany jest ranking klubowy UEFA. Jednak jak dotąd nikt lepszego systemu punktacji oraz klasyfikacji poszczególnych federacji nie wymyślił, więc jeszcze długo będziemy na niego skazani. Ranking ten jest obliczany na podstawie aktualnej sytuacji w rozgrywkach pucharowych. Uwzględnia on postawę drużyn z danego kraju, na przestrzeni ostatnich 5 sezonów, w rozgrywkach pod egidą UEFA. Dodatkowo dorobek poszczególnych krajów jest dzielony przez łączną liczbę drużyn reprezentujących dany kraj w rozgrywkach europejskich. Na pierwszy rzut oka może wyglądać to na coś bardzo skomplikowanego, ale tak naprawdę nie ma tu jakiejś wielkiej filozofii. Osiągałeś sukcesy w Lidze Mistrzów oraz Lidze Europy, to ranking prędzej czy później to odzwierciedli.

Ostatnie lata to dominacja klubów hiszpańskich, regularnie osiągane fazy pucharowe, zwłaszcza półfinały oraz wygrywanie Champions League przez Real Madryt zrobiły swoje. Przez to Anglicy zostali daleko w tyle. W minionych dwóch sezonach drużyny z Wysp Brytyjskich rozpoczęły odrabianie strat do lidera, niemniej dalej pokutują tu rozgrywki 2015/16 i 2016/17 – bardzo słabe w wykonaniu klubów angielskich. Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do świetnej frekwencji na stadionach oraz rosnącej siły marketingowej, to co najważniejsze, czyli wyniki sportowe, w wykonaniu klubów niemieckich zdecydowanie poszły w dół. Niewiele brakuje by Serie A wyprzedziła Bundesligę już w tym sezonie. Niezwykle ciekawie zapowiadają się zatem europejskie puchary dla sympatyków tych dwóch lig. Niedocenianej i często wyśmiewanej, zwłaszcza w naszym kraju, rosyjskiej ekstraklasie w końcu udało się wyprzedzić portugalską Liga NOS. Wystarczyło do tego solidne punktowanie i osiąganie faz grupowych poszczególnych rozgrywek w kolejnych sezonach. Niby nic wielkiego, jednak sporo federacji ma z tym problem, choćby Polska.

Zatem która liga jest tą najsilniejszą? Trudno powiedzieć, ilu kibiców tyle opinii. Osobiście przychylałbym się do tego, że jednak powinniśmy kierować się rankingiem UEFA i wynikami osiąganymi w rozgrywkach europejskich. Jest on chyba najbardziej miarodajny. Pokazuje również, że najsilniejsze ligi to te, dla których punktuje kilka zespołów. Samotny reprezentant jakiejś federacji, choćby zaliczył super sezon, nie jest w stanie w wystarczającym stopniu zrównoważyć słabych wyników pozostałych przedstawicieli danego kraju. Najlepszym przykładem są tutaj Grecja i Szkocja. Tak długo, jak punkty rankingowe Grekom zdobywały Olympiacos Pireus wraz z Panathinaikosem Ateny, federacja trzymała się w okolicach pierwszej dziesiątki rankingu. Jednak odkąd Koniczynki popadły w ogromne kłopoty finansowe i do dziś ledwo wiążą koniec z końcem, sam klub z Pireusu oraz reszta przedstawicieli greckiej ekstraklasy nie były w stanie utrzymać takiej regularności punktowania, jak wcześniej. Z podobnym problemem spotkała się szkocka federacja po karnej degradacji Glasgow Rangers do 4 ligi. Tutaj również powodem były kłopoty finansowe. Jedynym w miarę regularnie punktującym klubem został Celtic Glasgow. Jednak sami The Boys nie byli w stanie utrzymać pozycji Szkotów, czego rezultatem był pikujący na łeb na szyję współczynnik i dopiero 19 miejsce w rankingu UEFA.

Podsumowując, jeśli ktoś spytałby mnie o mój prywatny ranking 10 czołowych lig, to wyglądałby on następująco:

  1. LaLiga
  2. Premier League
  3. Bundesliga
  4. Serie A TIM
  5. Ligue 1 Conforama
  6. Premier Liga
  7. Liga NOS
  8. Sky Bet Championship
  9. Sporttoto Super Lig
  10. Jupiler Pro League
post

Dramat Kłusaków

Wiele wskazuje na to, że Bolton Wanderers, jako klub, chyli się ku upadkowi. 145 lat historii i tradycji angielskiego futbolu może przestać istnieć w takiej formie jak dotychczas. To właśnie do dziś, do godziny 17.00 czasu lokalnego, EFL (English Football League) dało klubowi czas by znaleźć nowego właściciela, który przedstawiłby jasną wizję spłaty zadłużenia oraz plan naprawy klubowych finansów. Jeśli to się nie uda, to już od jutra możemy być świadkami rozpoczęcia procesu likwidacji klubu. 

Kilka miesięcy temu, na finiszu ubiegłego sezonu, wydawało się, że na horyzoncie pojawiło się światełko w tunelu i jest nadzieja na wyjście z dramatycznej sytuacji klubu z miejscowości Horwich. Obecny właściciel – Ken Anderson doszedł do porozumienia z chcącym przejąć 94,5 % akcji Laurentem Bassinim. Niestety dla sympatyków Kłusaków, były właściciel Watfordu, nie był w stanie przedstawić satysfakcjonujących gwarancji finansowych na wyprowadzenie zadłużonego klubu z kryzysu. Nie powinno to specjalnie dziwić, biorąc pod uwagę, że angielski biznesmen w 2013 roku otrzymał trzyletni zakaz funkcjonowania w szeroko pojętej branży futbolowej. Powodem takiej decyzji podjętej przez sąd były machlojki i malwersacje finansowe, jeszcze za czasów rządów Szerszeniami. Dlatego w maju bieżącego roku Bolton Wanderers przeszedł pod zarząd komisaryczny, który miał pomóc z znalezieniu nowego inwestora.

W trakcie letniej przerwy udało się takiego znaleźć. Wszystkie niezbędne wymogi spełniało konsorcjum Football Ventures, z bizneswomen Sharon Brittan, na czele. W momencie, gdy wszystko wydawało się zmierzać, może nie do szczęśliwego, ale ustabilizowanego, końca, do akcji ponownie wkroczył wspomniany wcześniej Bassini, a właściwie sąd w Manchesterze. Manchester High Court, początkiem sierpnia uwzględnił protest Bassiniego, w którym zarzucał on Andersonowi, że ten wykorzystuje luki prawne, aby zakwestionować wiarygodność jego płynności finansowej oraz zarzucał on, że obecny właściciel faworyzuje konsorcjum Football Ventures w trakcie negocjacji podczas trwającego przetargu. Zaistniałą sytuację, członek zarządu komisarycznego, Paul Appleton, podsumował następująco: „Tak właśnie wygląda efekt współpracy dwóch kombinatorów. Wiele tygodni przygotowań poszło na marne i cały projekt możemy wyrzucić do kosza”.

Taka decyzja oznaczała przedłużenie zakazu przeprowadzania transferów i kontraktowania nowych piłkarzy przez Bolton. To, w sytuacji, w której klub opuścili wszyscy najważniejsi zawodnicy oraz fakt nałożenia przez zarząd ligi 12 punktów ujemnych oznaczało praktycznie pewny spadek w nadchodzących rozgrywkach. Z resztą, kolejny w ostatnich sezonach. Wystarczy wspomnieć, że Bolton Wanderers stał się dzięki temu prawdziwym ekspertem od spadania na niższy szczebel rozgrywkowy. Zeszłosezonowa degradacja była już 15(!) w historii klubu i tylko dwie ekipy w historii angielskiej piłki dokonywały tej „sztuki” częściej. Są to Grimsby Town oraz Notts County, które spadały po 16 razy.

Początek sezonu oraz sytuacja w klubie spowodowały, że do dymisji podał się szkoleniowiec KłusakówPhil Parkinson wraz ze swoim asystentem – Stevem Parkinem. „Wstrzymany proces sprzedaży klubu, brak reakcji EFL, nałożenie dwunastopunktowej kary oraz skazanie na występy w młodzieżowym składzie doprowadziły nas do ostateczności” – mówił Parkinson na jednej z konferencji prasowych. Warto wspomnieć, że w dotychczas rozegranych 4 spotkaniach, Bolton nie zdobył żadnej bramki, tracąc aż dwanaście.

Warto w tym miejscu zastanowić się co i w którym momencie historii klubu poszło nie tak. Bez wątpienia kluczowy był spadek z Premier League w sezonie 2011/12. Władze angielskiej ekstraklasy wypłacają, co prawda, tzw. Parachute payment. Jest to pomoc ligi dla klubów, które zostały zdegradowane do Championship. Bolton po spadku, wg dostępnych danych, otrzymał z tego tytułu, w ciągu czterech sezonów, blisko 50 milionów funtów. Była to jednak kropla w morzu potrzeb ekipy z Reebok Stadium (obecnie Marcon Stadium). Głównym problemem były lukratywne kontrakty i pensje zawodników w momencie, kiedy z praw telewizyjnych Bolton nie otrzymywał już tak dużych kwot, jak miało to miejsce w trakcie 10-letniej przygody w Premier League. W pewnym momencie zyski z praw do transmisji oscylowały w granicach 72% budżetu klubu! To drugi wynik w historii angielskiej ekstraklasy. Po spadku ciężko było to zrównoważyć. Zwłaszcza, że na stadion w Horwich nigdy nie przychodziły tłumy kibiców. W końcu sama miejscowość liczy niecałe 20 tysięcy mieszkańców. Wszystko to doprowadziło do kolejnego spadku, tym razem na trzeci poziom rozgrywkowy, w sezonie 2015/16.

Wbrew pozorom kolejna degradacja nie była największym zmartwieniem wszystkich związanych z Boltonem. Gwoździem do trumny okazała się informacja, którą podał do wiadomości publicznej długoletni właściciel The TrottersEddie Davies. Okazało się, że długi klubu, głównie wobec właściciela, wynoszą 185 milionów funtów. Davies zdecydował się jednak umorzyć dług by doprowadzić do jak najszybszej sprzedaży klubu. To właśnie w tej decyzji można doszukiwać się głównej genezy obecnych problemów klubu z Horwich.

Bolton Wanderers to kolejny, smutny przykład, że życie ponad stan prędzej czy później doprowadzi do tragedii. A za taką, dla każdego sympatyka Kłusaków, należy uznać ewentualny proces likwidacji klubu.

Aktualizacja: Football Ventures udało się wykupić większościowy pakiet akcji klubu, a co za tym idzie, jest nadzieja na uratowanie tego zasłużonego dla angielskiej piłki klubu.

post

poVARiowali!

Wielu utożsamiało wprowadzenie VAR-u z całkowitym wyeliminowaniem błędnych decyzji arbitrów w meczach piłkarskich rozgrywanych na europejskich boiskach. Niestety, jako środowisko piłkarskie, dalecy jesteśmy od perfekcji w tej kwestii. Oglądając, w miniony weekend kilka spotkań, byłem zszokowany ilością błędów sędziowskich w ligach, w których Video Assistant Referee, został wprowadzony w ostatnich dwóch sezonach. Kontrowersja goniła kontrowersję, błąd gonił błąd, a niewytłumaczalny brak konsultacji z VAR-em był na porządku dziennym. 

Norwich – Chelsea, sędzia Martin Atkinson

Pierwsze z wspomnianych przeze mnie spotkań. Kontrowersję mieliśmy już w szóstej minucie. Przy wyrównującym trafieniu Norwich, Tammy Abraham, w okolicach linii bocznej boiska, został zaatakowany nakładką przez Bena Godfreya, a gwizdek sędziego Martina Atkinsona milczał. W drugiej części spotkania Londyńczycy ponownie mieli podstawy, by czuć żal odnośnie decyzji arbitrów. Cesar Azpilicueta był ewidentnie faulowany w polu karnym, jednak sędziowie nie zauważyli przewinienia. O ile główny arbiter miał prawo popełnić błąd, to dlaczego osoby odpowiedzialne za VAR w tym spotkaniu nie podpowiedziały Atkinsonowi, aby obejrzał sobie obie sytuacje? Na szczęście błędne decyzje sędziów nie wpłynęły znacząco na wynik spotkania. Chelsea, mimo niekorzystnych dla siebie okoliczności, zdołała zwyciężyć 3-2 na terenie Kanarków.

Manchester United – Crystal Palace, sędzia Paul Tierney

Na Old Trafford także nie mogli być zadowoleni. Nie chodzi tylko o fakt, że Orły po raz pierwszy w historii swoich występów w Premier League zdołały wygrać w Manchesterze. Sporo pretensji kibice gospodarzy mogą mieć do sędziego, który wiele sytuacji boiskowych oceniał bardzo niekonsekwentnie. Najwięcej emocji poza niewykorzystanym karnym Marcusa Rashforda i zwycięskim trafieniem gości w samej końcówce, wzbudziła sytuacja z 56 minuty, kiedy to Martin Kelly ewidentnie faulował Anthony’ego Martiala. VAR w tej sytuacji również nie zareagował. Nie bardzo rozumiem dlaczego w tej sytuacji, zdaniem niektórych, nie ma mowy o jedenastce. To, że Francuz za wszelką cenę próbował utrzymać się na nogach i oddać strzał, jest wyłącznie jego dobrą wolą. Ciekawe, czy gdyby napastnik teatralnie się wywrócił, to o rzut karny byłoby zdecydowanie łatwiej?

Bournemouth – Manchester City, sędzia Andre Marriner

Niedzielne popołudnie w Południowej Anglii na Vitality Stadium. David Silva zostaje nadepnięty przez obrońcę Wisienek. VAR tym razem interweniuje, pytanie tylko, czy decyzja podjęta po wideoweryfikacji, aby na pewno jest decyzją słuszną. Abstrahując od tego, czy sędziowie zdecydowali słusznie, dlaczego główny arbiter nie chciał w ogóle obejrzeć tej sytuacji na monitorze? Tym bardziej, że to właśnie on ma decydujące zdanie w kwestii ewentualnego rzutu karnego.

Tottenham Hotspur – Newcastle United, sędzia Mike Dean

Kolejne spotkanie, w którym mamy VAR w użyciu i którego decyzja wywołuje niemałą konsternację wszystkich, którzy śledzą to spotkanie. Zaangażowanych w nie piłkarzy i trenerów, kibiców obecnych na stadionie, a także tych oglądających mecz w telewizji. Na początek wypadałoby spytać przeciętnego sympatyka piłki nożnej, ile widział w życiu wślizgów wykonanych głową. Takie kuriozalne interwencje zdarzają się niezwykle rzadko. Co więcej, podejmując się czegoś takiego, Jamal Lascelles z Newcastle musiał liczyć się z tym, że podejmuje ogromne ryzyko, próbując w ten sposób zatrzymać Harry’ego Kane’a. Gdy zobaczyłem, że będziemy świadkami interwencji VAR-u, byłem przekonany, że Dean wskaże na wapno. Jednak nic z tych rzeczy. Zdaniem sędziów obrońca Srok interweniował w dozwolony sposób.

O ile na Wyspach VAR dopiero raczkuje i został wprowadzony w tym sezonie, o tyle dziwi spora ilość błędów sędziowskich w Bundeslidze i na Półwyspie Apenińskim. Tam Var był już testowany w poprzednim sezonie, a odnoszę wrażenie, że im dłużej się w tych dwóch krajach z tego systemu korzysta, tym gorzej on funkcjonuje. Niewątpliwie cieszy fakt, że Robert Lewandowski zdobył w tym sezonie 100% goli dla Bayernu Monachium. Niesmak budzi jednak fakt, że gospodarzom należały się dwa ewidentne rzuty karne po zagraniach piłki ręką przez graczy Bayernu. Najpierw w sytuacji, w której przewinił Benjamin Pavard, a później, gdy piłka uderzyła w rękę wyskakującego w murze Ivana Perisica. Podobnie sytuacja wyglądała we Florencji, gdzie Fiorentina po świetnym widowisku musiała uznać wyższość Napoli. Goście wygrali 4-3, jednak kibice Violi mają pełne prawo mieć żal do sędziów prowadzących to spotkanie. Najpierw główny arbiter, Davide Massa, podyktował jedenastkę po bezczelnej symulce Driesa Mertensa, by w ostatnich minutach spotkania nie zauważyć ewidentnego przewinienia Hysaja na Francku Ribery na skraju pola karnego gości. Wideoweryfikacji w obu sytuacjach nie było i śmiało można powiedzieć, że sędziowie w tym przypadku wypaczyli wynik spotkania.

Daleki byłem od twierdzenia, że wprowadzenie VAR wyeliminuje całkowicie błędy sędziowskie. To jest niemożliwe z bardzo prostego powodu. Futbol, a zwłaszcza interpretacja przepisów w tej dyscyplinie, rzadko bywa zero – jedynkowa. Tutaj przeważnie sytuacja wygląda tak, że mamy 10% białego, tyle samo czarnego, a 80% to po prostu szara strefa, gdzie wchodzi element interpretacji przepisów. Wiele osób podaje argument, że w tenisie i siatkówce wideoweryfikacja praktycznie rozwiązała problem błędów sędziowskich. Tylko, że w tych dyscyplinach są właśnie sytuacje zero – jedynkowe. Kwestia, czy atak zawodnika wylądował w boisku, czy też poza nim, albo czy siatkarze skaczący w bloku dotknęli piłki, czy nie. Niemniej jednak dziwi mnie, że skoro w piłce tak wiele zależy od interpretacji przepisów w danej sytuacji boiskowej, dlaczego główny arbiter często nawet nie oglądnie sytuacji na monitorze. Wierzy jedynie asystentowi na wozie VAR i, co w miniony weekend zdarzało się notorycznie, ostatecznie podejmuje błędną decyzję. Przecież to, że sędzia VAR widzi sytuację w dany sposób wcale nie oznacza, że główny po obejrzeniu powtórki podjąłby identyczną decyzję. Dlatego nie wiem, czy dobrym rozwiązaniem nie byłoby obligatoryjne sprawdzanie każdej wiążącej decyzji, czyli rzutów karnych oraz goli. Ktoś powie, że to bezsensu, ponieważ mecze będą trwały o wiele dłużej. Tylko w obecnej formule i tak zdarza się, że podjęcie decyzji i konsultacja z wozem zajmują sędziom po kilka minut.

Niektórzy proponują również by trenerzy obu drużyn mieli określoną liczbę challange’ów na połowę, aby w sytuacji, w której nie zgadzają się z sędzią, mogli zainterweniować. Tylko kto oceniałby taką powtórkę? Dalej byłby to arbiter spotkania, albo ten obsługujący VAR, a on mógłby mieć zupełnie inny pogląd na ocenę konkretnego zdarzenia niż trener biorący challange.

Niezwykle ciężko będzie znaleźć złoty środek w tej sytuacji. Uważam jednak, że doprecyzowanie i zwiększenie liczby zdarzeń, które może rozpatrywać VAR, a także położenie nacisku na to, aby osoby na wozie maksymalnie pomagały głównym arbitrom, byłyby krokiem naprzód w ograniczeniu liczby błędów sędziowskich na piłkarskich boiskach.

post

Styl, a na co to komu?

Mamy końcówkę lipca, najlepsze ligi Starego Kontynentu wciąż przygotowują się do startu sezonu, teoretycznie sezon ogórkowy. Jednak przeglądając poniedziałkową prasę rzuciła mi się w oczy wypowiedź szkoleniowca Legii Warszawa, Aleksandara Vukovica, który wczoraj, w pomeczowej wypowiedzi powiedział: „Nie dosyć, że mamy taką częstotliwość meczów, to jeszcze mamy pecha, że graliśmy w taki dzień, w taką pogodę”. Naprawdę? Cała Europa rozgrywa spotkania co 3 dni, najczęściej do późnej wiosny, tylko my zawsze mamy problem z częstszym graniem niż to, co weekend. Nic tylko poczekać do kolejnej rundy eliminacji Ligi Europy, może wtedy problem rozwiąże się sam i jedynym problemem pozostanie wczesne odpadnięcie z Pucharu Polski, tak by móc w pełni skoncentrować się na ligowej młócce. 

Pal licho gdyby słowa te wypowiedział szkoleniowiec któregoś z beniaminków albo targanej różnymi problemami Wisły Kraków. Wtedy można trenera rozgrzeszyć. Jednak w momencie, gdy tanich wymówek szuka szkoleniowiec najlepszej (ponoć) drużyny w kraju, która co roku jest głównym kandydatem do zdobycia mistrzostwa, to coś tu jest nie tak. Klub ze stolicy posiada najszerszą i najbardziej wyrównaną kadrę? No posiada. Zdaniem włodarzy, sympatyków, ale i ekspertów ta kadra jest również najlepsza w Polsce. Nasuwa się zatem następujące pytanie, przed sezonem w Legii nie wiedzieli, że zajęcie czołowej lokaty w lidze wiązać się będzie z większą częstotliwością spotkań?

W ogóle Vukovic wyrasta na naczelnego specjalistę od wymówek. W starciu z amatorami z Gibraltaru przeszkadzała sztuczna murawa, wczoraj przeciwko Koronie Kielce, winna słabej gry podopiecznych serbskiego trenera była pogoda. A może tak warto spojrzeć na siebie i zrobić rachunek sumienia? Styl gry, a raczej jego brak, woła o pomstę do nieba. Owszem, ktoś może powiedzieć, że to dopiero początek sezonu i trzeba dać szkoleniowcowi więcej czasu, aby ułożył zespół po swojemu i wdrożył poszczególne schematy gry, W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że Vukovic przejął Legię jeszcze w końcówce poprzedniego sezonu. Trzeba przyznać, że start miał znakomity – 4 wygrane z rzędu, dopiero w Poznaniu, przeciwko Lechowi doznał pierwszej porażki. Co stało się później, wszyscy doskonale pamiętamy. Piast zdobył tytuł i wyprzedził, wydawać by się mogło, mającą wszystko w swoich rękach, drużynę ze stolicy.

Zawsze wydawało mi się, że najlepszym co może spotkać i tym co sprawia piłkarzowi największą radość są mecze. Natomiast o wiele bardziej nużące są treningi, zwłaszcza taktyczne albo te przedsezonowe, gdzie buduje się kondycję na całą rundę. Dlatego byłem przekonany, że mecze, nie sparingowe w okresie przygotowawczym, ale te o punkty, są świetną nagrodą po kilku tygodniach spędzonych na siłowni, bieżni czy gdziekolwiek indziej, kiedy pracowało się nad przygotowaniem fizycznym. Byłem w błędzie. Zdaniem szkoleniowców naszych eksportowych drużyn, większość zawodników nie da rady rozegrać dwóch spotkań, co 3 dni. W przeciągu kilku dni, składy drużyn występujących w Europie, potrafią zmienić się nie do poznania. A przoduje w tym właśnie Aleksandar Vukovic. Przyjrzyjmy się podstawowym jedenastkom, jakie Serb posyłał na boisko tylko w tym sezonie.

11.07.19, rywal: Europa FC

18.07.19, rywal: Europa FC

21.07.19, rywal: Pogoń Szczecin

25.07.19, rywal: KuPS Kuopio

28.07.19, rywal: Korona Kielce

Trudno wypracować jakiekolwiek schematy i zgrać zespół, jeśli co chwilę skład jest zmieniany. Najbardziej dziwią roszady w obronie. Wydawało się, że podstawowa para obrońców to Wieteska i Remy. Później była nią Wieteska i Jędrzejczyk, by we wczorajszym meczu Jędrzejczykowi partnerował doświadczony Astiz. Boki obrony? To samo. Raz Jędrzejczyk na lewej stronie, a na prawej Vesovic. W kolejnym spotkaniu rola prawego obrońcy przypadła Stolarskiemu, a Vesovic grał już w pomocy. Wczorajsze starcie z Koroną, to Stolarski na lewej stronie obrony. Ktoś powie, że o co chodzi, drużyna nie traci goli. Tak, to prawda. Jednak nie zawdzięcza tego dobrej postawie defensywy, a świetnej dyspozycji Majeckiego w bramce. Gdyby nie młody bramkarz, wyglądałoby to o wiele gorzej.

Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie 5 spotkań, a Aleksandar Vukovic dokonał aż 21 zmian w wyjściowej jedenastce! A w kalendarzach nie mamy nawet sierpnia. W czwartek należy się spodziewać kolejnych kilku zmian, ale na pewno nie stylu. Jakiś zryw Arvydasa Novikovasa, dogranie ze stałego fragmentu gry przez Valeriana Gvilię, czy jakieś zamieszanie po rzucie z autu, tak jak wczoraj w Kielcach. To powinno wystarczyć na trzeci zespół poprzedniego sezonu w Finlandii. Nie wiem tylko czy na dłuższą metę, taka bylejakość, usatysfakcjonuje kibiców oraz prezesa Dariusza Mioduskiego. Wydaje mi się, że nie, a tym który zapanuje w końcu nad tym chaosem, raczej nie będzie Serb z polskim paszportem.

PS. Jak nisko trzeba było upaść, żeby przeciwko Finom czy wicemistrzowi Gibraltaru wystawiać galową jedenastkę, a oszczędzać ją w starciu z Pogonią Szczecin przy Łazienkowskiej… Co gorsza, KuPS Kuopio, podobnie jak Europa FC, rozgrywa domowe mecze na sztucznej nawierzchni, wymówka dla Vuko gotowa!

post

Przyszłość w biało – czerwonych barwach?

Lada moment zapiszemy się w historii tym, że skorzystaliśmy z największej liczby zawodników w historii danych rozgrywek. Dodatkowo, grając rezerwowym składem, bez Lewandowskiego, GlikaKrychowiaka czy Szczęsnego, zdobywamy w tych rozgrywkach medal, pomimo gry zawodnikami, których nazwiska są obce zdecydowanej większości ekspertów, nie tylko za granicą, ale i tych w naszym kraju. Na młodzieżowe mistrzostwa wysyłamy rezerwy rezerw, w większości absolutnych debiutantów, a mimo to, z tych rozgrywek, również przywozimy medal. Jakby tego było mało, nasza kobieca kadra dociera do decydujących faz swojego turnieju, gdzie co prawda, uznaje wyższość światowych potęg, ale walczy z nimi jak równy z równym i jest o włos, od znalezienia się w strefie medalowej. W piłce nożnej science fiction, prawda? Ale nie w siatkówce. W ostatnich latach staliśmy się światową potęgą piłki siatkowej. Z ogromnym zapleczem i obiektami, halami wypełnionymi fantastycznymi kibicami, świetnie opakowaną i mocną ligą, no i przede wszystkim z kilkudziesięcioma zawodnikami prezentującymi solidny, międzynarodowy poziom. Jednym słowem, kosmos. 

Brązowy medal Ligi Narodów mężczyzn, srebro Uniwersjady kadetów, Final Six Ligi Narodów kobiet. To wszystko w jednym sezonie reprezentacyjnym, który tak na dobrą sprawę dopiero się rozpoczął. Wiadomo, trenerzy, zawodnicy i zawodniczki tonują nastroje, ale choćby nie wiadomo jak bardzo się starali, w kraju ponownie zapanuje boom na siatkówkę, tego jestem pewien. Biorąc pod uwagę postawę siatkarzy w tegorocznej Lidze Narodów trudno przypuszczać by w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w Tokio, który jest priorytetem dla drużyny Vitala Heynena, forma drużyny miała pójść w dół. Wręcz przeciwnie, drużyna wzmocniona czołowymi zawodnikami powinna przynieść nam jeszcze wiele radości, zarówno na turnieju w Gdańsku, jak i na wrześniowych Mistrzostwach Europy.

Belgijski selekcjoner po turnieju w Chicago zabrał do Zakopanego, gdzie przygotowuje się pierwsza kadra, pięciu szczęśliwców. Są to: Bartosz Kwolek, Łukasz Kaczmarek, Maciej Muzaj, Karol Kłos oraz Bartosz Bednorz. Wydaje się, że to właśnie ten ostatni jest największym wygranym Final Six w Stanach Zjednoczonych. Przyjmujący Azimutu Modena był najlepiej punktującym zawodnikiem w Chicago oraz drugim najlepszym atakującym. Postawa byłego zawodnika AZS Częstochowa na pewno nie uszła uwadze Heynena i z pewnością może on liczyć na powołanie na turniej kwalifikacyjny w Gdańsku. W przypadku pozostałych sporo będzie zależeć od tego, czy nasz selekcjoner weźmie do kadry dodatkowego środkowego czy też przyjmującego. Należy również pamiętać, że w najbliższych spotkaniach będzie mógł już zagrać Wilfredo Leon, czyli jeden z najlepszych siatkarzy świata. Nawet jeśli brązowym medalistom z Chicago nie uda się załapać na turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich czy Mistrzostwa Europy, to z pewnością zagrają oni w październiku w Japonii, na Pucharze Świata.

Najważniejsze, że możemy nie tylko cieszyć się z tego, co teraz, ale przy tym nie musimy martwić się o przyszłość. Śmiało można powiedzieć, że ten mityczny system szkolenia młodzieży, o którym niejednokrotnie słyszymy w przypadku piłki nożnej, tutaj w siatkówce, rzeczywiście istnieje. Większość zawodników, którzy mieli udział w brązowym medalu w Final Six, jak i srebrze Uniwersjady, to mistrzowie świata juniorów z 2017 roku. Najbardziej cieszy, że w aktualnie rozgrywanych rozgrywkach młodzieżowych także mamy wyniki. Kto wie czy za kilkanaście dni nie dodamy kolejnych medali do kolekcji. Nasi juniorzy są na najlepszej drodze żeby awansować do półfinału Mistrzostw Europy U17 rozgrywanych w Bułgarii. Natomiast nasze siatkarki, na Mistrzostwach Świata U20 rozgrywanych w Meksyku, są już w najlepszej ósemce turnieju i powalczą o strefę medalową. 

Nie ulega wątpliwości, że w najbliższych miesiącach (a może i latach?) polska siatkówka dostarczy kibicom wielu emocji i niezapomnianych widowisk sportowych. Pozostaje nam trzymać kciuki za naszych zawodników i zawodniczki, żeby z nadchodzących turniejów przywieźli kolejne medale do tak suto, w ostatnich latach, zapełnianej gabloty.

post

Final Six z udziałem Złotek!

Siatkarki Reprezentacji Polski awansowały do turnieju finałowego Ligi Narodów, który rozegrany zostanie w chińskim Nankin, w dniach 3-7 lipca. Jest to ogromny sukces naszej drużyny, biorąc pod uwagę fakt, że w ostatniej dekadzie próżno było szukać jakichkolwiek pozytywnych informacji odnośnie Złotek. Ostatni medal dużej imprezy? Brąz mistrzostw Europy, których byliśmy gospodarzami w 2009 roku. Ostatni występ w Final Six? 2010 rok, kiedy to awansowaliśmy do najlepszej szóstki World Grand Prix, czyli poprzedniczki obecnej Ligi Narodów. Od tego czasu minęła niemal dekada. O ile w tym czasie męska reprezentacja praktycznie non stop jest na fali, będąc jedną z czołowych drużyn na świecie, o tyle w kobiecej siatkówce już dawno przestaliśmy być traktowani za zespół, którego należy się obawiać. Dość powiedzieć, że przed rozpoczęciem tego sezonu reprezentacyjnego drużyna prowadzona przez Jacka Nawrockiego była sklasyfikowana dopiero na 26 miejscu w rankingu FIVB.

Właśnie z powodu tak niskiego miejsca w rankingu oraz słabych wyników w ostatnich sezonach, Polki były jedną z czterech drużyn, tzw. pretendentów, czyli ekip zagrożonych spadkiem i koniecznością gry w niższej lidze w przyszłorocznych rozgrywkach. Oprócz naszej reprezentacji były to Belgia, Dominikana i Bułgaria. Najsłabszą okazała się ostatnia z wymienionych drużyn i to właśnie Bułgarek nie zobaczymy w przyszłorocznej Lidze Narodów. Celem na ten sezon było utrzymanie się w siatkarskiej elicie. Dlatego wynik osiągnięty przez nasze Złotka należy ze wszech miar docenić. Nawet, jeśli sam turniej finałowy miałby być tylko lekcją pokory, od dużo mocniejszych drużyn.

Warto tutaj też wspomnieć i pochwalić zarząd Polskiego Związku Piłki Siatkowej, który pozwolił pracować Jackowi Nawrockiemu w spokoju, nawet w obliczu słabych wyników drużyny w początkowym okresie pod wodzą byłego trenera Skry Bełchatów. Szkoleniowiec na stanowisku trwa nieprzerwanie od 2015 roku. Dobrze wiemy, że jego poprzednicy mogli tylko pomarzyć o takim wyniku, a mało który z nich z nich utrzymał posadę dłużej niż 2 lata. Stabilizacja oraz spokojne ogrywanie młodych zawodniczek zaowocowały w obecnym sezonie. Dobrym rozwiązaniem poczynionym przez nasz sztab było też odejście od kurczowego trzymania się wyłącznie 12 zawodniczek. W tym sezonie, oprócz wyniku ponad stan, udało się szkoleniowcowi z Tomaszowa Mazowieckiego rozszerzyć kadrę i dać wiele szans dziewczynom, które znane były wyłącznie kibicom Polskiej Ligi Siatkówki kobiet. Już wiadomo, że kontrakt z Novarą, wicemistrzem Włoch podpisała młoda przyjmująca – Zuzanna Górecka. Była już zawodniczka DPD Legionovii Legionowo zapewne nie będzie jedyną z naszych reprezentantek, która dobrą grą w tegorocznej Lidze Narodów zapracuje na grę w lepszej lidze niż nasza.

O dobry wynik byłoby o wiele trudniej bez najlepszej punktującej tego sezonu, zdobywczyni 365 punktów, czyli Malwiny Smarzek. Zawodniczka Zanetti Bergamo wykręciła swój najlepszy wynik w karierze, zostawiając rywalki daleko w tyle. Warto wspomnieć, że nasza atakująca już drugi rok z rzędu okazała się najlepsza w tej klasyfikacji. Nic dziwnego, że to właśnie w skuteczności Malwiny wszyscy sympatycy oraz eksperci widzą nasz główny, oby nie jedyny, atut w starciach z najlepszymi drużynami na świecie.

 

Czy powinniśmy stawiać jakieś oczekiwania naszym dziewczynom przed turniejem w Nankin? Wydaje się, że byłoby to nie na miejscu. Z resztą, najlepiej przytoczyć tutaj słowa szkoleniowca naszej reprezentacji dla portalu polsatsport.pl, – Radość grania z najlepszymi to jedno, ale myślę, że nauka to druga rzecz. Nie będziemy się kładli przed przeciwnikami. Postaramy się zagrać jak najlepsze spotkania. Myślę, że okazja gry z najlepszymi na świecie sprawi, że takie mecze dadzą nam kopa do przodu – stwierdził trener Nawrocki.

I tego właśnie się trzymajmy. Do Chin niech nasze reprezentantki jadą po naukę oraz po to, aby przeżyć fajną przygodę, a nam kibicom pozostaje trzymać kciuki za dziewczyny i cieszyć się z faktu, że znowu rywalizujemy z najlepszymi na świecie. W końcu chyba każdy kibic marzy o powrocie do sukcesów z czasów kadencji ś.p. Andrzeja Niemczyka, kiedy to Złotka dwukrotnie zdobywały mistrzostwo Starego Kontynentu.

post

Piastowie znów w koronie!

Wczorajsza gala Canal + podsumowała zakończony w miniony weekend sezon Lotto Ekstraklasy. Wieczór zdominowali zawodnicy sensacyjnego mistrza Polski – Piasta Gliwice, którzy zgarnęli 6 z 7 statuetek. Najlepszy trener? Waldemar Fornalik. Bramkarz sezonu? Frantisek Plach. Obrońca? Aleksandar Sedlar. Najlepszy pomocnik oraz piłkarz sezonu? Joel Valencia. Na dokładkę wychowanek klubu, Patryk Dziczek został wybrany młodzieżowcem sezonu. W tle jednak można było usłyszeć wiele sceptycznych głosów, w związku z tym, że to akurat Piastunki zwyciężyły w rozgrywkach i będą nas reprezentować w nadchodzących eliminacjach Ligi Mistrzów. W końcu, to ponoć Legia ma szerszą kadrę, większy potencjał itp. Tylko co z tego? Gdzie jest Legia, a gdzie Piast ? Ile punktów ta szeroka, mająca potencjał kadra stołecznego zespołu zdobyła w rundzie mistrzowskiej? Zaledwie 8 przy 19 (!) graczy Waldemara Fornalika. Nokaut. W stolicy bardzo długo koncentrowali się na gonieniu Lechii Gdańsk, zapominając jednocześnie, o uciekaniu przed regularnie punktującym Piastem. Efekt tego możemy zaobserwować w tabeli na zakończenie rozgrywek. 

Wiele zostało już napisane o gliwickim sukcesie. Pierwszym, cisnącym się na usta określeniem byłoby…spektakularny? Tak, bez wątpienia to, czego dokonał Waldemar Fornalik ze swoimi zawodnikami, spokojnie można określić mianem czegoś spektakularnego. Jest to dopiero pierwsze mistrzostwo w historii Piasta Gliwice. Tym samym klub z Górnego Śląska dołączył do elitarnego grona 17 zespołów, które mogą pochwalić się, że zdobywały mistrzostwo Polski. Przypomnijmy, że dokładnie rok temu, posada szkoleniowca wisiała na włosku, Piastunki rzutem na taśmę zapewniły sobie utrzymanie w poprzednich rozgrywkach i działacze klubu poważnie zastanawiali się czy kontynuować współpracę z trenerem, do którego za czasów pracy w Ruchu Chorzów przylgnęła ksywka – Waldek King. Z perspektywy czasu, chyba nikt związany z drużyną nie żałuje podjętej decyzji. Pozostawienie szkoleniowca na stanowisku przyniosło sukces, o którym przed sezonem nikt w Gliwicach nie śmiał marzyć. Nie dziwią w takiej sytuacji analogie i porównania zachodnich mediów, zwłaszcza tych angielskich, do mistrzowskiego Leicester City, które również w jednym sezonie, dopiero w ostatnich kolejkach zapewniło sobie utrzymanie w Premier League, by w kolejnych rozgrywkach zdobyć sensacyjne mistrzostwo.

Sukces Piasta to zwycięstwo normalności. Kiedy największe polskie kluby wydawały spore sumy transferowe na bałkańskie i portugalskie zaciągi zawodników, w Gliwicach znano swoje miejsce w szeregu. Bez znaczących kwot transferowych udało się skompletować całkiem przyzwoitą drużynę. Frantisek Plach, wybrany najlepszym bramkarzem tego sezonu, przyszedł za 30 tysięcy euro ze słowackiego FK Senica. Najlepszy stoper ekstraklasy, Aleksandar Sedlar kupiony z serbskiego Metalaca za 80 tysięcy euro. Jorge Felix kosztował klub zaledwie 25 tysięcy euro! Dodając do tego pozostałych kluczowych zawodników tego sezonu: Mikkela Kirkesova, Martina KonczkowskiegoJoela Valencie oraz Piotra Parzyszka, którzy zostali pozyskani bez kwoty odstępnego, otrzymujemy pełny obraz tego, jak działacze Piasta potrafią znaleźć na rynku transferowym wartościowych zawodników, dostępnych za „grosze”. Jedynie wykupienie, wypożyczonego w poprzednim sezonie, Jakuba Czerwińskiego z Legii Warszawa kosztowało Gliwiczan około miliona złotych.

Umiejętności negocjacyjne gliwickich działaczy w najbliższym czasie znów muszą o sobie dać znać. Utrzymanie i poszerzenie bieżącej kadry zespołu powinno być priorytetem. Dużo też będzie zależeć od tego, czy w Piaście pozostanie Sedlar. Według mediów, poważnie zainteresowana serbskim obrońcą jest hiszpańska Mallorca. Zapewne kwestią dni pozostaje, kiedy inne zagraniczne kluby, zainteresują się pozostałymi kluczowymi zawodnikami. Będzie to o tyle istotne, że mistrzowie Polski nie będą rozstawieni w żadnej spośród 4 rund kwalifikacyjnych Champions League. Zatem od samego początku grozić im będzie spotkanie na swojej drodze dużo bardziej renomowanych zespołów. Potencjalnymi rywalami Piasta są: Celtic Glasgow, BATE Borysów, FK Astana, Łudogorec Razgrad, Qarabach Agdam, NK Maribor, FK Crvena Zvezda Belgrad, Sheriff Tyraspol, Rosenborg Trondheim, HJK Helsinki, Dundalk FC, F91 Dudelange, FK Skendija 79, The New Saints, Slovan Bratysława oraz AIK Sztokholm. Przy odrobinie szczęścia powinno udać się w pierwszej, a być może również w drugiej rundzie, uniknąć dużo mocniejszych zespołów. Niemniej nie ulega wątpliwości, że przed mistrzami Polski niezwykle ciężkie zadanie. Pierwsze mecze eliminacji zaplanowane są  na 9 i 10 lipca.

Byłbym daleki od stawiania jakichkolwiek wymagań naszym pucharowiczom. W końcu na jakiej podstawie możemy takowe stawiać? Ostatnie lata w wykonaniu polskich drużyn w europejskich pucharach to nieustanna seria mniejszych lub większych kompromitacji. Coraz trudniej znaleźć w Europie kraj, z którego przedstawicielem nasi reprezentanci nie odpadali. Lotto Ekstraklasa, mimo że z roku na rok ładniej opakowana i pokazywana, spada w rankingu UEFA na łeb na szyję. Najprawdopodobniej kwestią czasu pozostaje fakt, kiedy wyprzedzą nas tak egzotyczne, z naszej perspektywy, ligi jak te z Kazachstanu, Azerbejdżanu czy Izraela. Nie będzie chyba zbyt ryzykownym stwierdzenie, że niewiele zostało w Europie zespołów, na które polskie drużyny mogą patrzeć z góry.

Z tego też powodu pozwólmy cieszyć się piłkarzom Piasta z historycznego wyczynu, a w pucharach, zarówno Piastunkom, jak i pozostałym naszym reprezentantom, życzyć niejednej niespodzianki. W naszej aktualnej sytuacji, każdy wygrany dwumecz w europejskich pucharach, powinien być na wagę złota. W najgorszym wypadku, przed końcem wakacji, nie będziemy mieli już żadnego naszego klubu w Europie, ale przecież do tego, jesteśmy w ostatnich latach przyzwyczajeni, prawda?

post

Ta ostatnia niedziela c.d.

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

10. West Ham United – trudno jednoznacznie ocenić sezon w wykonaniu Młotów. Po dramatycznym początku sezonu, kiedy to w pierwszych dziesięciu kolejkach, aż sześciokrotnie, zawodnicy z London Stadium schodzili z boiska na tarczy. Później przyszła seria lepszych wyników, by na przełomie roku znów popaść w marazm. Właściwie po ekipie Manuela Pellegriniego można się było, w tym sezonie, spodziewać absolutnie wszystkiego, a wytypowanie wyniku meczu tej drużyny, graniczyło z cudem. Potrafili urwać punkty w spotkaniach, gdzie nikt nie stawiał ich w roli faworyta, a gubić punkty i prezentując się bardzo słabo, przeciwko zespołom całkowicie w ich zasięgu. Totalny rollercoaster. Warto wspomnieć, że najlepszym zawodnikiem Młotów w tym sezonie wybrany został Łukasz Fabiański. Polak podczas klubowej gali podsumowującej sezon zgarnął również nagrody za najlepszy transfer oraz najlepszą interwencję (przeciwko Manchesterowi United).

9. Leicester City – słodko – gorzki sezon dla fanów Lisów naznaczony tragedią związaną ze śmiercią tajskiego właściciela klubu, Vichai’a Srivaddhanaprabha w katastrofie śmigłowca. Dobrą informacją dla wszystkich związanych z klubem jest fakt, że na King Power Stadium stworzono całkiem ciekawy zespół, który pod wodzą Brendana Rodgersa, w nadchodzącym sezonie powinien walczyć, o miejsce gwarantujące start w europejskich pucharach. Oczywiście, o ile nie dojdzie w tej drużynie do masowej sprzedaży zawodników w nadchodzącym okienku transferowym. W końcu tacy zawodnicy jak James MaddisonWilfred NdidiBen Chilwell czy Harry Maguire bez wątpienia znajdują się na celownikach większych klubów niż Leicester. Nie wiadomo również jaka przyszłość czeka Youri’ego Tielemansa, który na Kinga Power Stadium jest tylko wypożyczony. Jestem natomiast przekonany, że zatrudnienie Brendana Rodgersa w miejsce Claude’a Puela będzie strzałem w dziesiątkę i decyzją, której tajscy właściciele klubu nie powinni żałować w nadchodzącym sezonie.

8. Everton – zakończone rozgrywki były 116 spędzonymi przez klub w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. To najwięcej spośród wszystkich drużyn w stawce. Dzięki udanej końcówce sezonu podopieczni portugalskiego szkoleniowca, Marco Silvy finiszowali tylko 3 punkty za miejscem gwarantującym start w przyszłej edycji Ligi Europy. Gdyby nie słaba pierwsza część sezonu, The Toffees zagraliby w europejskich pucharach, ale ósma lokata, to chyba adekwatne miejsce dla klubu, biorąc pod uwagę, że był to dopiero pierwszy pełny sezon pod wodzą Silvy. Ten projekt potrzebuje czasu i na pewno Portugalczyk zasłużył na kredyt zaufania ze strony włodarzy klubu. Bardzo udane rozgrywki zaliczyli tacy zawodnicy jak Gylfi Sigurdsson i Richarlison, którzy mieli udział w sumie przy 34 bramkach spośród 54 zdobytych przez zespół z Goodison Park w bieżącym sezonie Premier League. W najbliższych latach powinni oni nadal odgrywać kluczowe role w układance Marco Silvy.

7. Wolverhampton Wanderers – Wilki Molineux jako beniaminek mają bardzo duże szanse na to, aby zagrać w przyszłym sezonie w europejskich pucharach. Co prawda przed sezonem większość ekspertów zakładała, że drużynie raczej nie będzie groził spadek, ale mimo to, wyniki osiągnięte przez zawodników Nuno Espirito Santo zaskoczyły wielu. Świetny sezon w wykonaniu Wolves potwierdził, że przedsezonowe zapowiedzi właścicieli klubu o tym, że w przeciągu kilku następnych sezonów planują zagrać w europejskich pucharach, docelowo w Champions League, nie były tylko czczym gadaniem. Warto w tym miejscu wspomnieć, że żadna spośród ekip spoza Big Six nie zdobyła tylu punktów z drużynami czołowej szóstki, co Wilki. Problemem drużyny z środkowej części Anglii jest fakt, że o ile z drużynami z czołówki punktowali nadspodziewanie dobrze, to z drużynami z dołu tabeli potrafili tracić punkty. Najlepszym przykładem jest fakt, że spadkowicz z Huddersfield zdołał zdobyć w meczach z Wolverhampton 6 punktów! Przypomnijmy, że w w całych rozgrywkach Teriery zdobyły 16 oczek, niebywałe. Stabilizacja formy – to powinno być główne zadanie stojące przed ekipą z Molineux w nadchodzącym sezonie,

6. Manchester United – gdy zwolniony w trakcie rozgrywek Jose Mourinho mówił, że zdobycie w minionym sezonie wicemistrzostwa było wyczynem na miarę mistrzostwa kraju, wielu patrzyło na wypowiedzi Portugalczyka, w najlepszym wypadku, z przymrużeniem oka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Czerwone Diabły po objęciu zespołu przez Ole Gunnara Solskjaera zwyciężyły w 10 spośród 11 pierwszych meczów, ponosząc porażkę dopiero z PSG Lidze Mistrzów. Gdy w rewanżu, na Parc des Princes, udało się odrobić dwubramkową stratę i wyeliminować Paryżan, wszyscy na Old Trafford byli pewni, że to Norweg jest tym szkoleniowcem, który sprawi, że czasy świetności United powrócą. Jednak po wspaniałym początku jego kadencji przyszedł kryzys i wszystko co złe, demony przeszłości powróciły, sprawiając, że kolejny już sezon, w wykonaniu Manchesteru United należy uznać za rozczarowujący. Nadchodzące okno transferowe będzie jednym z najważniejszych w ostatnich latach. W czerwonej części Manchesteru nie mogą pozwolić sobie na kolejne nieudane transfery, kolejne zmarnowane miliony funtów. Jest to o tyle istotne, że zespół w mojej opinii potrzebuje nie kosmetycznych, ale daleko idących zmian. W angielskiej prasie można przeczytać, że włodarze klubu chcą budować nowy zespół wokół takich zawodników jak Paul Pogba David de Gea. Moim zdaniem to błąd. Na miejscu Solskjaera Woodwarda zdecydowałbym się na sprzedaż Francuza i Hiszpana, zainwestował pozyskane pieniądze w kilku zawodników, którzy będą chcieli „umierać” za herb klubu, a nowy zespół budował wokół takich zawodników jak Marcus Rashford.

5. Arsenal – po raz trzeci z rzędu nie udało się zakończyć sezonu w czołowej czwórce. Jedynym wyjściem na zagranie w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów pozostaje wygranie finału Ligi Europy w Baku, przeciwko Chelsea Londyn. Gdyby tak się stało, to czy premierowy sezon na Wyspach, pod batutą Unai’a Emery’ego można by uznać za udany? Moim zdaniem tak. Na pewno dziwi niemoc zespołu w meczach wyjazdowych. Niemniej wydaje się, że postawienie na hiszpańskiego szkoleniowca, mimo początkowych, raczej sceptycznych głosów, było dobrym posunięciem. Wejście w buty francuskiej legendy klubu, Arsene’a Wengera z pewnością nie było łatwym zadaniem. Największym problemem klubu, według mnie, jest niezrównoważona kadra. Świetni napastnicy, chimeryczna, nierówno grająca pomoc i obrona, asekurowana przez dobrego, solidnego bramkarza. Stąd przeplatanie spotkań świetnych z dramatycznymi w wykonaniu Kanonierów. Jeśli miałbym wybrać jednego zawodnika z Emirates, który idealnie kojarzy mi się z klubem z północnego Londynu, to byłby to Mesut Ozil. Po Niemcu, jak i po Arsenalu można się spodziewać absolutnie wszystkiego. Raz zagra znakomicie, by w następnym spotkaniu przejść obok spotkania. Dlatego nie rozumiem, co kierowało zarządem klubu, by zaoferować przed kilkoma miesiącami, nową umowę Niemcowi, a zupełnie odpuścić walkę o zakochanego w klubie od dziecka, Aarona Ramseya, który po sezonie, wraz z wygaśnięciem kontraktu odejdzie do Juventusu Tuyn. Bez znaczących wzmocnień w defensywie oraz dodania trochę kreatywności w drugiej linii trudno będzie Arsenalowi walczyć o coś więcej, niż miejsce w czwórce w przyszłym sezonie.

4. Tottenham Hotspur – czwarty sezon z rzędu zakończony w Top Four przez Koguty. Biorąc pod uwagę wąską kadrę oraz brak transferów (ostatni transfer gotówkowy to styczeń 2018 roku i przyjście Lucasa Moury), Mauricio Pochettino dokonuje rzeczy niebywałej, biorąc pod uwagę, jak zbroi się konkurencja w angielskiej ekstraklasie. Jednak w ostatnich tygodniach, argentyński szkoleniowiec na konferencjach prasowych oraz w wywiadach, między wierszami, domaga się od właściciela klubu, Daniela Levy’ego funduszy na transfery i realnych wzmocnień, które poszerzą wąską kadrę zespołu. Taka postawa nie powinna specjalnie dziwić. Zwłaszcza, że w końcówce sezonu Tottenham, rywalizując cały czas na dwóch frontach, wyraźnie spuścił z tonu, tylko przez słabość rywali zachowując miejsce w czołowej czwórce. Najlepszą informacją dla wszystkich sympatyków klubu niewątpliwie jest fakt, że tego lata raczej żaden czołowy klub nie zgłosi się do północnego Londynu po szkoleniowca z Argentyny. W końcu chyba nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie Pochettino jest największym atutem drużyny z White Hart Lane i bez niego, wielce prawdopodobnym jest, że ten klub nie byłby w tym miejscu, w którym aktualnie się znajduje.

3. Chelsea – pierwszy sezon pracy Mauricio Sarriego na Stamford Bridge można uznać za w pełni satysfakcjonujący, biorąc pod uwagę, jaką kadrą dysponuje Włoch. Nie mam cienia wątpliwości, że obecna Chelsea jest najsłabsza, odkąd Roman Abramowicz przejął klub. Finał Pucharu Ligi, kwalifikacja do LM poprzez ligę oraz finał Ligi Europy. Jeśli w tym ostatnim udałoby się The Blues zwyciężyć, byłoby to pierwsze zdobyte trofeum w karierze byłego szkoleniowca Napoli. Wszystkich kibiców piłki nożnej elektryzuje bardzo prawdopodobny transfer Edena Hazarda do Realu Madryt tego lata. 7 lat gry Belga w zachodnim Londynie, 108 goli, 91 asyst oraz niezliczona liczba przebojowych akcji czy dynamicznych dryblingów. Żaden z kibiców Chelsea nie będzie mógł mieć pretensji, jeśli ich gwiazda zdecyduje się zamienić deszczowe Wyspy Brytyjskie na słoneczną Hiszpanię. Hazard po prostu przerósł ten klub. Gdyby nie jego gole i asysty (16 goli i 15 asyst w samej tylko Premier League) aż trudno sobie wyobrazić, gdzie w tabeli plasowaliby się The Blues. Widmo zakazu transferowego wiszące nad klubem i bardzo prawdopodobne odejście najlepszego zawodnika sprawia, że przyszły sezon będzie wielkim wyzwaniem dla całego klubu. Paradoksalnie widzę w tym jeden plus. Mianowicie, biorąc pod uwagę, że klub posiada ponad trzydziestu (!!!) zawodników na wypożyczeniach, nawet w przypadku zakazu transferowego, Mauricio Sarri będzie miał z kogo zbudować kadrę na następny sezon. Byłby to też chrzest bojowy akademii Chelsea. W końcu z jakiegoś powodu jest uznawana za jedną z najlepszych „stajnii” piłkarskich talentów na świecie. W ostatnich latach jednak, pomimo całej masy sukcesów drużyn młodzieżowych, mało który z młodych zawodników dostawał szansę na to, by zaistnieć w pierwszym zespole. W obliczu embarga transferowego sytuacja ta może ulec zmianie.

2. Liverpool – prawdopodobnie najlepszy wicemistrz kraju w historii futbolu. The Reds w trakcie całej kampanii doznali tylko jednej, jedynej porażki, a mimo to musieli obejść się smakiem i kolejny raz przeżyć rozczarowanie, jakim niewątpliwie jest po raz kolejny, brak tytułu mistrzowskiego na Anfield. Na ostatnie 26 sezonów angielskiej ekstraklasy, w 25 wynik wykręcony przez podopiecznych Juergena Kloppa dałby mistrzostwo. Jedynym przypadkiem, kiedy to by nie miało miejsca, są ubiegłoroczne rozgrywki i sezon, który Manchester City zakończył w rekordową liczbą 100 punktów. Na pocieszenie dla sympatyków klubu tytuł najlepszych strzelców powędrował do Mohameda Salaha i Sadio Mane, którzy wraz z Pierre’em – Emerickiem Aubameyang’em zdobyli po 22 gole, a statuetka złotej rękawicy za największą liczbę czystych kont do bramkarza Alissona Beckera.

1. Manchester City – pora oddać cesarzowi, co cesarskie. 198 punktów zdobytych przez The Citizens w ostatnich dwóch sezonach Premier League. Kosmos! Dodatkowo pierwszy raz od dekady komuś udało się obronić tytuł. Ostatnim zespołem, któremu udała się ta sztuka był Manchester United sir Alexa Fergusona. Szkot nazwał kiedyś największych rywali głośnymi sąsiadami. Trzeba przyznać, że podopieczni Pepa Guardioli w końcu nie tylko robią dużo szumu, ale również postanowili poprzeć szumne zapowiedzi konkretnymi czynami. Bez wątpienia na Etihad skompletowali najszerszy i najbardziej wyrównany skład w lidze, dzięki czemu w ciemno można typować ten zespół, jako głównego faworyta do wygrania rozgrywek również w przyszłym sezonie.

post

Ta ostatnia niedziela

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

20. Huddersfield Town – tylko dwa sezony trwała przygoda TerierówPremier League. Pierwsze skojarzenie? Nuda i bardzo mała ilość strzelanych goli. W całym sezonie tylko 22 bramki, przy 76 straconych. 16 zdobytych oczek. Odkąd obowiązuje obecny format rozgrywek, tylko drużyna Derby County z sezonu 2007/08 zaliczyła gorszy sezon. Wówczas Barany zakończyły sezon z 11 punktami na koncie. Niestety to raczej niewielka pociecha dla kibiców klubu z Galpharm Stadium.

19. Fulham – 112 milionów funtów wydanych na nowych zawodników przez beniaminka i spadek z ligi. Tylko trzy zespoły (Liverpool, Leicester oraz Chelsea) wydały latem więcej. Przed sezonem, jak i w zimie, na Craven Cottage ściągano zawodników na potęgę. Brak pomysłu, ciągła rotacja na praktycznie każdej pozycji, co mecz inny skład linii obrony. Permanentny brak stabilizacji. Nie, to nie miało prawa się udać. Kibicom najstarszego zawodowego klubu piłkarskiego w Londynie pozostaje tylko życzyć, jak najszybszego powrotu do Premier League.

18. Cardiff City – kolejny z beniaminków, który żegna się z angielską elitą po zaledwie jednym sezonie. Bez wątpienia nie był to dobry rok dla sympatyków The Bluebirds. Słaby sezon, dodatkowo tragiczna historia zimowego transferu Emiliano Sali. Biorąc pod uwagę, że walijski klub praktycznie do samego końca walczył z Brighton o utrzymanie, każdy sympatyk Cardiff zapewne rozmyśla, gdzie byłby klub, gdyby Argentyńczyk miał możliwość zaprezentować swoje umiejętności na Wyspach Brytyjskich. Niewielkim pocieszeniem pozostaje możliwość derbowej rywalizacji z innym walijskim klubem – Swansea City, na zapleczu.

17. Brighton & Hove Albion – nie od dziś wiadomo, że drugi sezon dla beniaminka jest dużo cięższy niż ten premierowy, Wypisz, wymaluj sytuacja Mew w tym sezonie. Do ostatnich kolejek drużyna Chrisa Hughtona nie mogła być pewna utrzymania. Wpływ na to mogła mieć fantastyczna przygoda w Pucharze Anglii, gdzie Brighton doszło aż do półfinału, odpadając dopiero po wyrównanym spotkaniu, z Manchesterem City. Nie mając zbyt szerokiej kadry, irlandzki szkoleniowiec spełnił cele na ten sezon, a mimo to podziękowano mu za pracę po zakończeniu sezonu. Żeby tylko włodarze klubu nie żałowali w przyszłym sezonie tej decyzji. Moim zdaniem możemy tutaj mieć klasyczny przykład, że czasami lepsze jest wrogiem dobrego. W końcu czy ambicjami klubu z południa Anglii powinno być coś więcej niż spokojny byt w Premier League?

16. Southampton – decyzja by w trakcie rozgrywek Marka Hughesa zastąpił Ralph Hasenhuttl była najlepszą od czasów zatrudnienia Mauricio Pochettino na St. Mary’s Stadium. Austriak, były szkoleniowiec RB Lipsk wydaje się idealnie pasować do filozofii klubu. Zapewniając przyzwoite wyniki i ładną dla oka grę, potrafi przy tym rozwijać umiejętności zawodników, Nie boi się konsekwentnie stawiać na młodych piłkarzy, czego największym beneficjentem był w tym sezonie Jan Bednarek. Jestem przekonany, że w najbliższych dwóch, może trzech okienkach transferowych, włodarze klubu dostaną kilka dowodów na to, że podjęli dobrą decyzję, a klubowy budżet zostanie zapełniony milionami funtów wpłaconymi przez możniejsze zespoły od Świętych.

15. Burnley – na Turf Moore mogą szykować się do kolejnego już sezonu w angielskiej elicie. Ostatnio przeczytałem w internecie informację, która wprawiła mnie w niemałe zdumienie. Otóż, jeśli chodzi o najbardziej dochodowe marki Premier League, najlepszą drużyną spoza Big Six, są właśnie The Clarets! Zostali oni określeni przez BBC jako najlepiej zarządzany pod względem finansowym klub Premier League. Kolejny sezon w angielskiej ekstraklasie tylko pomoże w budowaniu marki klubu z hrabstwa Lancashire.

14. Bournemouth – kolejny klub z południowego wybrzeża Anglii, który zapewnił sobie spokojne utrzymanie. Ani przez moment nie drżeli o utrzymanie, a po pierwszej części sezonu plasowali się nawet w okolicach europejskich pucharów. Polskich kibiców na pewno cieszy fakt, że w drugiej części sezonu Artur Boruc wygrał rywalizację z Bośniakiem, Asmirem Begovicem, o miejsce między słupkami bramki The Cherries. W kolejnym sezonie najprawdopodobniej także będziemy mogli oglądać popisy Króla Artura, ponieważ przedłużył on kontrakt z klubem o kolejny rok.

13. Newcastle United – największym atutem drużyny z St. James Park bez cienia wątpliwości jest hiszpański trener, Rafa Benitez. W mojej opinii Hiszpan wykręca ze Srokami wyniki ponad stan. Nie od dziś wiadomo, że właściciel klubu, Mike Ashley nie rozpieszcza szkoleniowca oraz kibiców, jeśli chodzi o udostępnianie funduszy na transfery. Trudno szukać w tym zespole wielkich gwiazd. Świetnym ruchem była przedsezonowa wymiana Dwighta Gayle’a na napastnika Salomona Rondona West Bromwich Albion. Gdyby nie 11 goli oraz 7 asyst Wenezuelczyka sytuacja Newcastle w tabeli byłaby zdecydowanie gorsza.

12. Crystal Palace – naprawdę całkiem przyzwoity sezon w wykonaniu OrłówSelhurst Park. Podopieczni Roya Hodgsona zaliczyli kilka świetnych występów w minionym sezonie. W pamięci kibiców bez wątpienia zostanie skalp na Etihad przeciwko Manchesterowi City, okraszony wspaniałym golem Androsa Townsand’a. Według mnie Crystal Palace w tym sezonie skomponowało jedną z najlepszym formacji ofensywnych poza LiverpoolemManchesterem City. Posiadanie w pierwszym składzie Wilfrieda ZahyMichy’ego Batshuayi’aAndrosa Townsenda oraz Jordana Ayewa bez wątpienia napędziło strachu niejednej defensywie angielskiej ekstraklasy. Jeśli dodamy do tego fantastycznego debiutanta, czyli Aarona Wan – Bissaka czy charyzmatycznego kapitana w osobie Luki Milivojevica, to wyłania nam się obraz jednej z najciekawszych drużyn minionego sezonu.

11. Watford – z oceną sezonu na Vicarage Road należy wstrzymać się do czasu rozstrzygnięcia finału FA CupSzerszenie bardzo długo pozostawały w grze o siódmą lokatę i wymyślony przez brytyjskich dziennikarzy nieoficjalny tytuł Best of the rest. Jeśli Javiemu Gracii i jego piłkarzom udałoby się zwyciężyć w meczu z The Citizens i dzięki temu awansować do rozgrywek Ligi Europy, sezon z pewnością należałoby uznać za bardzo udany. Tym bardziej, że przed sezonem z drużyny odszedł kluczowy zawodnik, czyli Richarlison, zamieniając Vicarage Road na Goodison Park.