post

Przyszłość w biało – czerwonych barwach?

Lada moment zapiszemy się w historii tym, że skorzystaliśmy z największej liczby zawodników w historii danych rozgrywek. Dodatkowo, grając rezerwowym składem, bez Lewandowskiego, GlikaKrychowiaka czy Szczęsnego, zdobywamy w tych rozgrywkach medal, pomimo gry zawodnikami, których nazwiska są obce zdecydowanej większości ekspertów, nie tylko za granicą, ale i tych w naszym kraju. Na młodzieżowe mistrzostwa wysyłamy rezerwy rezerw, w większości absolutnych debiutantów, a mimo to, z tych rozgrywek, również przywozimy medal. Jakby tego było mało, nasza kobieca kadra dociera do decydujących faz swojego turnieju, gdzie co prawda, uznaje wyższość światowych potęg, ale walczy z nimi jak równy z równym i jest o włos, od znalezienia się w strefie medalowej. W piłce nożnej science fiction, prawda? Ale nie w siatkówce. W ostatnich latach staliśmy się światową potęgą piłki siatkowej. Z ogromnym zapleczem i obiektami, halami wypełnionymi fantastycznymi kibicami, świetnie opakowaną i mocną ligą, no i przede wszystkim z kilkudziesięcioma zawodnikami prezentującymi solidny, międzynarodowy poziom. Jednym słowem, kosmos. 

Brązowy medal Ligi Narodów mężczyzn, srebro Uniwersjady kadetów, Final Six Ligi Narodów kobiet. To wszystko w jednym sezonie reprezentacyjnym, który tak na dobrą sprawę dopiero się rozpoczął. Wiadomo, trenerzy, zawodnicy i zawodniczki tonują nastroje, ale choćby nie wiadomo jak bardzo się starali, w kraju ponownie zapanuje boom na siatkówkę, tego jestem pewien. Biorąc pod uwagę postawę siatkarzy w tegorocznej Lidze Narodów trudno przypuszczać by w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w Tokio, który jest priorytetem dla drużyny Vitala Heynena, forma drużyny miała pójść w dół. Wręcz przeciwnie, drużyna wzmocniona czołowymi zawodnikami powinna przynieść nam jeszcze wiele radości, zarówno na turnieju w Gdańsku, jak i na wrześniowych Mistrzostwach Europy.

Belgijski selekcjoner po turnieju w Chicago zabrał do Zakopanego, gdzie przygotowuje się pierwsza kadra, pięciu szczęśliwców. Są to: Bartosz Kwolek, Łukasz Kaczmarek, Maciej Muzaj, Karol Kłos oraz Bartosz Bednorz. Wydaje się, że to właśnie ten ostatni jest największym wygranym Final Six w Stanach Zjednoczonych. Przyjmujący Azimutu Modena był najlepiej punktującym zawodnikiem w Chicago oraz drugim najlepszym atakującym. Postawa byłego zawodnika AZS Częstochowa na pewno nie uszła uwadze Heynena i z pewnością może on liczyć na powołanie na turniej kwalifikacyjny w Gdańsku. W przypadku pozostałych sporo będzie zależeć od tego, czy nasz selekcjoner weźmie do kadry dodatkowego środkowego czy też przyjmującego. Należy również pamiętać, że w najbliższych spotkaniach będzie mógł już zagrać Wilfredo Leon, czyli jeden z najlepszych siatkarzy świata. Nawet jeśli brązowym medalistom z Chicago nie uda się załapać na turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich czy Mistrzostwa Europy, to z pewnością zagrają oni w październiku w Japonii, na Pucharze Świata.

Najważniejsze, że możemy nie tylko cieszyć się z tego, co teraz, ale przy tym nie musimy martwić się o przyszłość. Śmiało można powiedzieć, że ten mityczny system szkolenia młodzieży, o którym niejednokrotnie słyszymy w przypadku piłki nożnej, tutaj w siatkówce, rzeczywiście istnieje. Większość zawodników, którzy mieli udział w brązowym medalu w Final Six, jak i srebrze Uniwersjady, to mistrzowie świata juniorów z 2017 roku. Najbardziej cieszy, że w aktualnie rozgrywanych rozgrywkach młodzieżowych także mamy wyniki. Kto wie czy za kilkanaście dni nie dodamy kolejnych medali do kolekcji. Nasi juniorzy są na najlepszej drodze żeby awansować do półfinału Mistrzostw Europy U17 rozgrywanych w Bułgarii. Natomiast nasze siatkarki, na Mistrzostwach Świata U20 rozgrywanych w Meksyku, są już w najlepszej ósemce turnieju i powalczą o strefę medalową. 

Nie ulega wątpliwości, że w najbliższych miesiącach (a może i latach?) polska siatkówka dostarczy kibicom wielu emocji i niezapomnianych widowisk sportowych. Pozostaje nam trzymać kciuki za naszych zawodników i zawodniczki, żeby z nadchodzących turniejów przywieźli kolejne medale do tak suto, w ostatnich latach, zapełnianej gabloty.

post

La Liga znów na Balearach!

Gdy Aleksandar Sedlar postanowił nie przedłużać kontraktu z mistrzem Polski – Piastem Gliwice, wybierając słoneczną Majorkę, wielu w pewien sposób rozumiało takie posunięcie. Hiszpania, gorący klimat, piękna pogoda zamiast gliwickiej szarugi i tułaczki po egzotycznych krajach, gdzie rok w rok nasze drużyny, już początkiem lipca, dostają lekcje futbolu w początkowych fazach eliminacji europejskich pucharów. Mało kto jednak przypuszczał, że Serb podpisując kontrakt, zwiąże się nie z drużyną hiszpańskiego zaplecza, a beniaminkiem Primera Division!

W Polsce finał baraży w LaLiga2 przeszedł bez większego echa, a moim zdaniem, o tym co się wydarzyło kilka dni temu należy przynajmniej wspomnieć. RCD Mallorca pokonała na własnym stadionie Deportivo La Coruna 3-0 w rewanżowym spotkaniu finału. Zwycięstwo w dwumeczu było nie lada sztuką, zwłaszcza, że w pierwszym spotkaniu, rozegranym w w Galicji, Depor wygrali 2-0. Tym samym awans stał się faktem. Warto również wspomnieć, że Los Bermellones wywalczyli awans będąc beniaminkiem Segunda Division.

Nie ma wątpliwości, że szeregi elity zasili zasłużony klub z solidnym zapleczem kibicowskim, a nie jakaś, za przeproszeniem, pierwsza lepsza Huesca, jak rok temu. Niemniej, jak to się stało, że klub z Balearów znalazł się na tak dużym zakręcie? Zwłaszcza, że w najnowszej historii klubu, Mallorca aż do sezonu 2012/13, który zakończył się spadkiem, zaliczyła 16 kolejnych sezonów w najwyższej hiszpańskiej klasie rozgrywkowej. Szmat czasu, do tego przypadający na okres, w którym ja sam, zaczynałem interesować się piłką nożną. Takie nazwiska jak Samuel Eto’o, Diego Tristan, Albert Luque, Juan Carlos Valeron, czy też z najnowszej historii, Borja Valero i Marco Asensio. Wszyscy Ci zawodnicy są mniej lub bardziej związani z klubem z Balearów. Teraz sympatycy, na czele z najbardziej znanym spośród nich, czyli Rafaelem Nadalem, liczą na to, że awans do LaLiga oznaczać będzie nadejście lepszych czasów na Iberostar Estadio.

Za aktualnymi sukcesami klubu stoi konsorcjum, któremu przewodzą, właściciel klubu NBA, Phoenix Suns – Robert Sarver oraz była gwiazda Słońc, Steve Nash. W 2016 roku przejmowali oni zadłużony klub, znajdujący się w strefie spadkowej Segunda Division. Gdy nie udało się utrzymać na drugim poziomie rozgrywkowym wdrożyli oni w życie plan, który zakładał awans do hiszpańskiej ekstraklasy w 3 lata. Mówiąc pół żartem, pół serio, tak słownych ludzi ze świecą szukać! Najpierw w sezonie 2017/18 drużyna wygrała Segunda Division B oraz późniejszy baraż, by w tym minionym załapać się do fazy play off i wywalczyć kolejny awans. Nie jest to pierwszy wspólny projekt obu panów, bo są oni współwłaścicielami kanadyjskiego Vancover Whitecaps, występującego w amerykańskiej MLS

Biorąc pod uwagę doświadczenie w zarządzaniu biznesem sportowym tych dwóch panów, raczej trudno przewidywać problemy podobne do tych, które miały miejsce w 2010 roku. Przypomnijmy, wtedy w sezonie 2009/10 Mallorca, pod wodzą Michaela Laudroupa, na boisku zajęła 5 miejsce w lidze, gwarantujące udział w Lidze Europy. Niestety, z powodu ogromnego zadłużenia, klub nie otrzymał licencji na grę w europejskich pucharach (przeszło 70 mln euro długu wg dostępnych danych). Miejsce drużyny Duńczyka zajął kolejny zespół w tabeli, czyli Villareal, a Mallorca zaczęła popadać w jeszcze większą spiralę długów. Wiele osób związanych z klubem ma żal do UEFA oraz rodzimej federacji o taką decyzję, ponieważ ich zdaniem, pieniądze z wpływów związanych z grą w fazie grupowej europejskich rozgrywek miałyby pokryć część długu wobec wierzycieli. Konsekwencje takiego obrotu spraw na Iberostar Estadio były mocno odczuwalne w kolejnych latach. W następnych dwóch sezonach, pomimo narastających problemów, udało się zachować byt w hiszpańskiej ekstraklasie (w sezonie 2011/12 Mallorca zajęła wysoką, 8 lokatę, na koniec rozgrywek). Niestety sezon 2012/13 zakończył się spadkiem, a kolejne lata stagnacją w dolnych rejonach tabeli Segunda Division.

Zobaczymy jak w obecnej sytuacji odnajdzie się najlepszy obrońca minionego sezonu polskiej ekstraklasy. Ciekawi mnie, czy transfer serbskiego obrońcy był przeprowadzany z myślą o przyszłym sezonie Segunda Division i zakładanej walce o awans, czy też władze liczyły na awans już w tym roku, a Aleksandar Sedlar ma pomóc klubowi w utrzymaniu się w LaLiga. Odpowiedź poznamy zapewne za kilka tygodni, a byłemu obrońcy Piasta Gliwice pozostaje życzyć by jego przygoda na Balearach nie skończyła się zanim tak naprawdę się zaczęła.

post

Czarne chmury nad St. James’ Park

Nad rzeką Tyne chyba nie może być zbyt długo normalnie. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że Rafael Benitez nie poprowadzi w nadchodzących rozgrywkach zespołu ze St. James’ Park. Hiszpan nie doszedł do porozumienia z właścicielem Srok, Mike’em Ashley’em, w sprawie przedłużenia swojego kontraktu. Hiszpański szkoleniowiec wypełni wygasającą 30 czerwca umowę i osieroci tym samym klub znad rzeki Tyne. W mojej opinii jest to jawny sabotaż, nie pierwszy zresztą, dokonany przez cieszącego się złą sławą wśród fanów, właściciela. Jestem przekonany, że wszyscy związani z Newcastle jeszcze za Hiszpanem zatęsknią. 

Mike Ashley chyba pozazdrościł największemu rywalowi swojego klubu, czyli Sunderlandowi, relegacji, tułaczki po niższych ligach oraz permanentnego chaosu związanego z samą organizacją klubu. Właściwie od początku, odkąd Rafael Benitez pojawił się w Newcastle, napotykał na swojej drodze mniejsze lub większe problemy. Nieustannie domagał się wzmocnień zespołu i za każdym razem słyszał to samo. Wzmocnienia są w drodze, dopięcie kolejnego transferu jest kwestią godzin, a rezultat za każdym razem był taki, że zarówno Hiszpan, jak i kibice, przeżywali kolejne rozczarowania, związane z brakiem dotrzymania obietnic przez angielskiego miliardera. Jeśli dodamy do tego fakt, że nieustannie słyszymy o nieudanych próbach sprzedaży klubu, to nikogo nie powinien dziwić fakt, że najczęstszymi emocjami panującymi w okolicach St. James’ Park jest pospolite wkurwienie, a stałym elementem opraw, podczas domowych meczów, stały się banery i hasła typu „Ashley out!„.

W jakim aspekcie fani drużyny mają największy żal do swojego właściciela? Przede wszystkim chodzi o to, że miliarder od ładnych kliku lat stara się, mówiąc kolokwialnie, nie dokładać do biznesu. W obliczu rosnących wpływów w Premier League, wszyscy wokół pobijają transferowe rekordy i wydają na potęgę. Jak to wygląda w Newcastle? Cóż, niezbyt okazale. Przede wszystkim dużo wypożyczeń, a poza tym? Zazwyczaj wyglądało to tak, że Benitez chcąc kogoś kupić, musiał najpierw z kimś się pożegnać. Owszem, udało się wysupłać 24 mln funtów na Paragwajczyka – Miguela Almirona oraz przeszło 10 mln na Japończyka –Yoshinori’ego Muto,przed minionym sezonem. Tyle, że najpierw trzeba było sprzedać za blisko 40 mln Mitrovica, Merino, MbembęSelsa. Cały czas mozolne główkowanie, sztukowanie i zastanawianie się nad tym, na jakich pozycjach można się osłabić, by na innych, móc się wzmocnić.

Jak zatem w takich warunkach spisywał się doświadczony hiszpański szkoleniowiec? Przychodząc w marcu 2016 roku, po niezbyt udanej przygodzie w Realu Madryt, obejmował zespół praktycznie pogodzony z tym, że następny sezon rozpocznie w Championship, morale zespołu oscylowało w granicach dna Rowu Mariackiego, a jeśli chodzi o rezultaty, to po prostu porażka goniła porażkę. Mimo kilku dobrych wyników po przejęciu zespołu (m.in. wygrana z Tottenhamem 5-1), nie udało się uchronić zespołu przed degradacją i Sroki kolejne rozgrywki zaczęły poziom niżej. Tutaj było już zdecydowanie lepiej. Udało się wywalczyć awans już w pierwszym sezonie na zapleczu i po roku powrócić w szeregi angielskiej elity. Kolejne dwa lata, to 10 miejsce jako beniaminek oraz 13, w minionych rozgrywkach. Na pierwszy rzut oka wyniki te mogą wydać się przeciętne. Ot, nic specjalnego. Należy jednak na sprawę spojrzeć szerzej. Biorąc pod uwagę ostatnie dwa sezony, spośród 20 klubów Premier League aż 16 wydało na transfery więcej niż Sroki! Nawet słabiutkie Huddersfield, tylko przed poprzednią kampanią, wydało na nowych zawodników przeszło 50 milionów euro. Benitez o takiej sumie mógł tylko pomarzyć. Dlatego wydaje się, że z dostępnymi środkami oraz takimi, a nie innymi zawodnikami, osiągał wyniki zdecydowanie ponad stan. Bezpieczna egzystencja w Premier League, w wybitnie niesprzyjających warunkach, bez wątpienia powinna budzić podziw. Nie dziwi zatem fakt, że mimo statusu ligowego średniaka, kibice klubu pokochali hiszpańskiego trenera.

Co dalej z Newcastle United po odejściu Hiszpana? W angielskiej prasie można przeczytać plotki o tym, że zainteresowana kupnem klubu miałaby być, powiązana z właścicielami Manchesteru CityBin Zayed Group. Tyle tylko, że oficjalnych informacji jest bardzo niewiele, a w większości są to zwykłe spekulacje. W przeszłości byliśmy świadkami tylu spekulacji i nieudanych prób sprzedaży klubu przez Mike’a Ashley’a, że wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby do takiej transakcji w ogóle nie doszło. Wówczas, to właśnie w Newcastle, niezależnie z jakim szkoleniowcem na ławce trenerskiej, upatrywałbym jednego z głównych kandydatów do spadku w nadchodzącym sezonie.

Kto na tej rozłące wyjdzie lepiej? Nie mam cienia wątpliwości, że Benitez. Pewnie kwestią czasu jest, kiedy usłyszymy o zatrudnieniu hiszpańskiego trenera w jednym z czołowych europejskich klubów. No chyba, że Rafa zdecyduje się zarobić kolosalne pieniądze w jednej z egzotycznych lig. Jedno jest pewne. Na tak trudne, toksyczne i niesprzyjające warunki do codziennej, sumiennej pracy, jaką Hiszpan, zdaniem wielu, preferuje najbardziej, w najbliższym czasie trafić nie powinien. Szkoda jedynie, że Premier League traci tak dobrego fachowca.

post

Final Six z udziałem Złotek!

Siatkarki Reprezentacji Polski awansowały do turnieju finałowego Ligi Narodów, który rozegrany zostanie w chińskim Nankin, w dniach 3-7 lipca. Jest to ogromny sukces naszej drużyny, biorąc pod uwagę fakt, że w ostatniej dekadzie próżno było szukać jakichkolwiek pozytywnych informacji odnośnie Złotek. Ostatni medal dużej imprezy? Brąz mistrzostw Europy, których byliśmy gospodarzami w 2009 roku. Ostatni występ w Final Six? 2010 rok, kiedy to awansowaliśmy do najlepszej szóstki World Grand Prix, czyli poprzedniczki obecnej Ligi Narodów. Od tego czasu minęła niemal dekada. O ile w tym czasie męska reprezentacja praktycznie non stop jest na fali, będąc jedną z czołowych drużyn na świecie, o tyle w kobiecej siatkówce już dawno przestaliśmy być traktowani za zespół, którego należy się obawiać. Dość powiedzieć, że przed rozpoczęciem tego sezonu reprezentacyjnego drużyna prowadzona przez Jacka Nawrockiego była sklasyfikowana dopiero na 26 miejscu w rankingu FIVB.

Właśnie z powodu tak niskiego miejsca w rankingu oraz słabych wyników w ostatnich sezonach, Polki były jedną z czterech drużyn, tzw. pretendentów, czyli ekip zagrożonych spadkiem i koniecznością gry w niższej lidze w przyszłorocznych rozgrywkach. Oprócz naszej reprezentacji były to Belgia, Dominikana i Bułgaria. Najsłabszą okazała się ostatnia z wymienionych drużyn i to właśnie Bułgarek nie zobaczymy w przyszłorocznej Lidze Narodów. Celem na ten sezon było utrzymanie się w siatkarskiej elicie. Dlatego wynik osiągnięty przez nasze Złotka należy ze wszech miar docenić. Nawet, jeśli sam turniej finałowy miałby być tylko lekcją pokory, od dużo mocniejszych drużyn.

Warto tutaj też wspomnieć i pochwalić zarząd Polskiego Związku Piłki Siatkowej, który pozwolił pracować Jackowi Nawrockiemu w spokoju, nawet w obliczu słabych wyników drużyny w początkowym okresie pod wodzą byłego trenera Skry Bełchatów. Szkoleniowiec na stanowisku trwa nieprzerwanie od 2015 roku. Dobrze wiemy, że jego poprzednicy mogli tylko pomarzyć o takim wyniku, a mało który z nich z nich utrzymał posadę dłużej niż 2 lata. Stabilizacja oraz spokojne ogrywanie młodych zawodniczek zaowocowały w obecnym sezonie. Dobrym rozwiązaniem poczynionym przez nasz sztab było też odejście od kurczowego trzymania się wyłącznie 12 zawodniczek. W tym sezonie, oprócz wyniku ponad stan, udało się szkoleniowcowi z Tomaszowa Mazowieckiego rozszerzyć kadrę i dać wiele szans dziewczynom, które znane były wyłącznie kibicom Polskiej Ligi Siatkówki kobiet. Już wiadomo, że kontrakt z Novarą, wicemistrzem Włoch podpisała młoda przyjmująca – Zuzanna Górecka. Była już zawodniczka DPD Legionovii Legionowo zapewne nie będzie jedyną z naszych reprezentantek, która dobrą grą w tegorocznej Lidze Narodów zapracuje na grę w lepszej lidze niż nasza.

O dobry wynik byłoby o wiele trudniej bez najlepszej punktującej tego sezonu, zdobywczyni 365 punktów, czyli Malwiny Smarzek. Zawodniczka Zanetti Bergamo wykręciła swój najlepszy wynik w karierze, zostawiając rywalki daleko w tyle. Warto wspomnieć, że nasza atakująca już drugi rok z rzędu okazała się najlepsza w tej klasyfikacji. Nic dziwnego, że to właśnie w skuteczności Malwiny wszyscy sympatycy oraz eksperci widzą nasz główny, oby nie jedyny, atut w starciach z najlepszymi drużynami na świecie.

 

Czy powinniśmy stawiać jakieś oczekiwania naszym dziewczynom przed turniejem w Nankin? Wydaje się, że byłoby to nie na miejscu. Z resztą, najlepiej przytoczyć tutaj słowa szkoleniowca naszej reprezentacji dla portalu polsatsport.pl, – Radość grania z najlepszymi to jedno, ale myślę, że nauka to druga rzecz. Nie będziemy się kładli przed przeciwnikami. Postaramy się zagrać jak najlepsze spotkania. Myślę, że okazja gry z najlepszymi na świecie sprawi, że takie mecze dadzą nam kopa do przodu – stwierdził trener Nawrocki.

I tego właśnie się trzymajmy. Do Chin niech nasze reprezentantki jadą po naukę oraz po to, aby przeżyć fajną przygodę, a nam kibicom pozostaje trzymać kciuki za dziewczyny i cieszyć się z faktu, że znowu rywalizujemy z najlepszymi na świecie. W końcu chyba każdy kibic marzy o powrocie do sukcesów z czasów kadencji ś.p. Andrzeja Niemczyka, kiedy to Złotka dwukrotnie zdobywały mistrzostwo Starego Kontynentu.

post

Piastowie znów w koronie!

Wczorajsza gala Canal + podsumowała zakończony w miniony weekend sezon Lotto Ekstraklasy. Wieczór zdominowali zawodnicy sensacyjnego mistrza Polski – Piasta Gliwice, którzy zgarnęli 6 z 7 statuetek. Najlepszy trener? Waldemar Fornalik. Bramkarz sezonu? Frantisek Plach. Obrońca? Aleksandar Sedlar. Najlepszy pomocnik oraz piłkarz sezonu? Joel Valencia. Na dokładkę wychowanek klubu, Patryk Dziczek został wybrany młodzieżowcem sezonu. W tle jednak można było usłyszeć wiele sceptycznych głosów, w związku z tym, że to akurat Piastunki zwyciężyły w rozgrywkach i będą nas reprezentować w nadchodzących eliminacjach Ligi Mistrzów. W końcu, to ponoć Legia ma szerszą kadrę, większy potencjał itp. Tylko co z tego? Gdzie jest Legia, a gdzie Piast ? Ile punktów ta szeroka, mająca potencjał kadra stołecznego zespołu zdobyła w rundzie mistrzowskiej? Zaledwie 8 przy 19 (!) graczy Waldemara Fornalika. Nokaut. W stolicy bardzo długo koncentrowali się na gonieniu Lechii Gdańsk, zapominając jednocześnie, o uciekaniu przed regularnie punktującym Piastem. Efekt tego możemy zaobserwować w tabeli na zakończenie rozgrywek. 

Wiele zostało już napisane o gliwickim sukcesie. Pierwszym, cisnącym się na usta określeniem byłoby…spektakularny? Tak, bez wątpienia to, czego dokonał Waldemar Fornalik ze swoimi zawodnikami, spokojnie można określić mianem czegoś spektakularnego. Jest to dopiero pierwsze mistrzostwo w historii Piasta Gliwice. Tym samym klub z Górnego Śląska dołączył do elitarnego grona 17 zespołów, które mogą pochwalić się, że zdobywały mistrzostwo Polski. Przypomnijmy, że dokładnie rok temu, posada szkoleniowca wisiała na włosku, Piastunki rzutem na taśmę zapewniły sobie utrzymanie w poprzednich rozgrywkach i działacze klubu poważnie zastanawiali się czy kontynuować współpracę z trenerem, do którego za czasów pracy w Ruchu Chorzów przylgnęła ksywka – Waldek King. Z perspektywy czasu, chyba nikt związany z drużyną nie żałuje podjętej decyzji. Pozostawienie szkoleniowca na stanowisku przyniosło sukces, o którym przed sezonem nikt w Gliwicach nie śmiał marzyć. Nie dziwią w takiej sytuacji analogie i porównania zachodnich mediów, zwłaszcza tych angielskich, do mistrzowskiego Leicester City, które również w jednym sezonie, dopiero w ostatnich kolejkach zapewniło sobie utrzymanie w Premier League, by w kolejnych rozgrywkach zdobyć sensacyjne mistrzostwo.

Sukces Piasta to zwycięstwo normalności. Kiedy największe polskie kluby wydawały spore sumy transferowe na bałkańskie i portugalskie zaciągi zawodników, w Gliwicach znano swoje miejsce w szeregu. Bez znaczących kwot transferowych udało się skompletować całkiem przyzwoitą drużynę. Frantisek Plach, wybrany najlepszym bramkarzem tego sezonu, przyszedł za 30 tysięcy euro ze słowackiego FK Senica. Najlepszy stoper ekstraklasy, Aleksandar Sedlar kupiony z serbskiego Metalaca za 80 tysięcy euro. Jorge Felix kosztował klub zaledwie 25 tysięcy euro! Dodając do tego pozostałych kluczowych zawodników tego sezonu: Mikkela Kirkesova, Martina KonczkowskiegoJoela Valencie oraz Piotra Parzyszka, którzy zostali pozyskani bez kwoty odstępnego, otrzymujemy pełny obraz tego, jak działacze Piasta potrafią znaleźć na rynku transferowym wartościowych zawodników, dostępnych za „grosze”. Jedynie wykupienie, wypożyczonego w poprzednim sezonie, Jakuba Czerwińskiego z Legii Warszawa kosztowało Gliwiczan około miliona złotych.

Umiejętności negocjacyjne gliwickich działaczy w najbliższym czasie znów muszą o sobie dać znać. Utrzymanie i poszerzenie bieżącej kadry zespołu powinno być priorytetem. Dużo też będzie zależeć od tego, czy w Piaście pozostanie Sedlar. Według mediów, poważnie zainteresowana serbskim obrońcą jest hiszpańska Mallorca. Zapewne kwestią dni pozostaje, kiedy inne zagraniczne kluby, zainteresują się pozostałymi kluczowymi zawodnikami. Będzie to o tyle istotne, że mistrzowie Polski nie będą rozstawieni w żadnej spośród 4 rund kwalifikacyjnych Champions League. Zatem od samego początku grozić im będzie spotkanie na swojej drodze dużo bardziej renomowanych zespołów. Potencjalnymi rywalami Piasta są: Celtic Glasgow, BATE Borysów, FK Astana, Łudogorec Razgrad, Qarabach Agdam, NK Maribor, FK Crvena Zvezda Belgrad, Sheriff Tyraspol, Rosenborg Trondheim, HJK Helsinki, Dundalk FC, F91 Dudelange, FK Skendija 79, The New Saints, Slovan Bratysława oraz AIK Sztokholm. Przy odrobinie szczęścia powinno udać się w pierwszej, a być może również w drugiej rundzie, uniknąć dużo mocniejszych zespołów. Niemniej nie ulega wątpliwości, że przed mistrzami Polski niezwykle ciężkie zadanie. Pierwsze mecze eliminacji zaplanowane są  na 9 i 10 lipca.

Byłbym daleki od stawiania jakichkolwiek wymagań naszym pucharowiczom. W końcu na jakiej podstawie możemy takowe stawiać? Ostatnie lata w wykonaniu polskich drużyn w europejskich pucharach to nieustanna seria mniejszych lub większych kompromitacji. Coraz trudniej znaleźć w Europie kraj, z którego przedstawicielem nasi reprezentanci nie odpadali. Lotto Ekstraklasa, mimo że z roku na rok ładniej opakowana i pokazywana, spada w rankingu UEFA na łeb na szyję. Najprawdopodobniej kwestią czasu pozostaje fakt, kiedy wyprzedzą nas tak egzotyczne, z naszej perspektywy, ligi jak te z Kazachstanu, Azerbejdżanu czy Izraela. Nie będzie chyba zbyt ryzykownym stwierdzenie, że niewiele zostało w Europie zespołów, na które polskie drużyny mogą patrzeć z góry.

Z tego też powodu pozwólmy cieszyć się piłkarzom Piasta z historycznego wyczynu, a w pucharach, zarówno Piastunkom, jak i pozostałym naszym reprezentantom, życzyć niejednej niespodzianki. W naszej aktualnej sytuacji, każdy wygrany dwumecz w europejskich pucharach, powinien być na wagę złota. W najgorszym wypadku, przed końcem wakacji, nie będziemy mieli już żadnego naszego klubu w Europie, ale przecież do tego, jesteśmy w ostatnich latach przyzwyczajeni, prawda?

post

Ta ostatnia niedziela c.d.

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

10. West Ham United – trudno jednoznacznie ocenić sezon w wykonaniu Młotów. Po dramatycznym początku sezonu, kiedy to w pierwszych dziesięciu kolejkach, aż sześciokrotnie, zawodnicy z London Stadium schodzili z boiska na tarczy. Później przyszła seria lepszych wyników, by na przełomie roku znów popaść w marazm. Właściwie po ekipie Manuela Pellegriniego można się było, w tym sezonie, spodziewać absolutnie wszystkiego, a wytypowanie wyniku meczu tej drużyny, graniczyło z cudem. Potrafili urwać punkty w spotkaniach, gdzie nikt nie stawiał ich w roli faworyta, a gubić punkty i prezentując się bardzo słabo, przeciwko zespołom całkowicie w ich zasięgu. Totalny rollercoaster. Warto wspomnieć, że najlepszym zawodnikiem Młotów w tym sezonie wybrany został Łukasz Fabiański. Polak podczas klubowej gali podsumowującej sezon zgarnął również nagrody za najlepszy transfer oraz najlepszą interwencję (przeciwko Manchesterowi United).

9. Leicester City – słodko – gorzki sezon dla fanów Lisów naznaczony tragedią związaną ze śmiercią tajskiego właściciela klubu, Vichai’a Srivaddhanaprabha w katastrofie śmigłowca. Dobrą informacją dla wszystkich związanych z klubem jest fakt, że na King Power Stadium stworzono całkiem ciekawy zespół, który pod wodzą Brendana Rodgersa, w nadchodzącym sezonie powinien walczyć, o miejsce gwarantujące start w europejskich pucharach. Oczywiście, o ile nie dojdzie w tej drużynie do masowej sprzedaży zawodników w nadchodzącym okienku transferowym. W końcu tacy zawodnicy jak James MaddisonWilfred NdidiBen Chilwell czy Harry Maguire bez wątpienia znajdują się na celownikach większych klubów niż Leicester. Nie wiadomo również jaka przyszłość czeka Youri’ego Tielemansa, który na Kinga Power Stadium jest tylko wypożyczony. Jestem natomiast przekonany, że zatrudnienie Brendana Rodgersa w miejsce Claude’a Puela będzie strzałem w dziesiątkę i decyzją, której tajscy właściciele klubu nie powinni żałować w nadchodzącym sezonie.

8. Everton – zakończone rozgrywki były 116 spędzonymi przez klub w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. To najwięcej spośród wszystkich drużyn w stawce. Dzięki udanej końcówce sezonu podopieczni portugalskiego szkoleniowca, Marco Silvy finiszowali tylko 3 punkty za miejscem gwarantującym start w przyszłej edycji Ligi Europy. Gdyby nie słaba pierwsza część sezonu, The Toffees zagraliby w europejskich pucharach, ale ósma lokata, to chyba adekwatne miejsce dla klubu, biorąc pod uwagę, że był to dopiero pierwszy pełny sezon pod wodzą Silvy. Ten projekt potrzebuje czasu i na pewno Portugalczyk zasłużył na kredyt zaufania ze strony włodarzy klubu. Bardzo udane rozgrywki zaliczyli tacy zawodnicy jak Gylfi Sigurdsson i Richarlison, którzy mieli udział w sumie przy 34 bramkach spośród 54 zdobytych przez zespół z Goodison Park w bieżącym sezonie Premier League. W najbliższych latach powinni oni nadal odgrywać kluczowe role w układance Marco Silvy.

7. Wolverhampton Wanderers – Wilki Molineux jako beniaminek mają bardzo duże szanse na to, aby zagrać w przyszłym sezonie w europejskich pucharach. Co prawda przed sezonem większość ekspertów zakładała, że drużynie raczej nie będzie groził spadek, ale mimo to, wyniki osiągnięte przez zawodników Nuno Espirito Santo zaskoczyły wielu. Świetny sezon w wykonaniu Wolves potwierdził, że przedsezonowe zapowiedzi właścicieli klubu o tym, że w przeciągu kilku następnych sezonów planują zagrać w europejskich pucharach, docelowo w Champions League, nie były tylko czczym gadaniem. Warto w tym miejscu wspomnieć, że żadna spośród ekip spoza Big Six nie zdobyła tylu punktów z drużynami czołowej szóstki, co Wilki. Problemem drużyny z środkowej części Anglii jest fakt, że o ile z drużynami z czołówki punktowali nadspodziewanie dobrze, to z drużynami z dołu tabeli potrafili tracić punkty. Najlepszym przykładem jest fakt, że spadkowicz z Huddersfield zdołał zdobyć w meczach z Wolverhampton 6 punktów! Przypomnijmy, że w w całych rozgrywkach Teriery zdobyły 16 oczek, niebywałe. Stabilizacja formy – to powinno być główne zadanie stojące przed ekipą z Molineux w nadchodzącym sezonie,

6. Manchester United – gdy zwolniony w trakcie rozgrywek Jose Mourinho mówił, że zdobycie w minionym sezonie wicemistrzostwa było wyczynem na miarę mistrzostwa kraju, wielu patrzyło na wypowiedzi Portugalczyka, w najlepszym wypadku, z przymrużeniem oka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Czerwone Diabły po objęciu zespołu przez Ole Gunnara Solskjaera zwyciężyły w 10 spośród 11 pierwszych meczów, ponosząc porażkę dopiero z PSG Lidze Mistrzów. Gdy w rewanżu, na Parc des Princes, udało się odrobić dwubramkową stratę i wyeliminować Paryżan, wszyscy na Old Trafford byli pewni, że to Norweg jest tym szkoleniowcem, który sprawi, że czasy świetności United powrócą. Jednak po wspaniałym początku jego kadencji przyszedł kryzys i wszystko co złe, demony przeszłości powróciły, sprawiając, że kolejny już sezon, w wykonaniu Manchesteru United należy uznać za rozczarowujący. Nadchodzące okno transferowe będzie jednym z najważniejszych w ostatnich latach. W czerwonej części Manchesteru nie mogą pozwolić sobie na kolejne nieudane transfery, kolejne zmarnowane miliony funtów. Jest to o tyle istotne, że zespół w mojej opinii potrzebuje nie kosmetycznych, ale daleko idących zmian. W angielskiej prasie można przeczytać, że włodarze klubu chcą budować nowy zespół wokół takich zawodników jak Paul Pogba David de Gea. Moim zdaniem to błąd. Na miejscu Solskjaera Woodwarda zdecydowałbym się na sprzedaż Francuza i Hiszpana, zainwestował pozyskane pieniądze w kilku zawodników, którzy będą chcieli „umierać” za herb klubu, a nowy zespół budował wokół takich zawodników jak Marcus Rashford.

5. Arsenal – po raz trzeci z rzędu nie udało się zakończyć sezonu w czołowej czwórce. Jedynym wyjściem na zagranie w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów pozostaje wygranie finału Ligi Europy w Baku, przeciwko Chelsea Londyn. Gdyby tak się stało, to czy premierowy sezon na Wyspach, pod batutą Unai’a Emery’ego można by uznać za udany? Moim zdaniem tak. Na pewno dziwi niemoc zespołu w meczach wyjazdowych. Niemniej wydaje się, że postawienie na hiszpańskiego szkoleniowca, mimo początkowych, raczej sceptycznych głosów, było dobrym posunięciem. Wejście w buty francuskiej legendy klubu, Arsene’a Wengera z pewnością nie było łatwym zadaniem. Największym problemem klubu, według mnie, jest niezrównoważona kadra. Świetni napastnicy, chimeryczna, nierówno grająca pomoc i obrona, asekurowana przez dobrego, solidnego bramkarza. Stąd przeplatanie spotkań świetnych z dramatycznymi w wykonaniu Kanonierów. Jeśli miałbym wybrać jednego zawodnika z Emirates, który idealnie kojarzy mi się z klubem z północnego Londynu, to byłby to Mesut Ozil. Po Niemcu, jak i po Arsenalu można się spodziewać absolutnie wszystkiego. Raz zagra znakomicie, by w następnym spotkaniu przejść obok spotkania. Dlatego nie rozumiem, co kierowało zarządem klubu, by zaoferować przed kilkoma miesiącami, nową umowę Niemcowi, a zupełnie odpuścić walkę o zakochanego w klubie od dziecka, Aarona Ramseya, który po sezonie, wraz z wygaśnięciem kontraktu odejdzie do Juventusu Tuyn. Bez znaczących wzmocnień w defensywie oraz dodania trochę kreatywności w drugiej linii trudno będzie Arsenalowi walczyć o coś więcej, niż miejsce w czwórce w przyszłym sezonie.

4. Tottenham Hotspur – czwarty sezon z rzędu zakończony w Top Four przez Koguty. Biorąc pod uwagę wąską kadrę oraz brak transferów (ostatni transfer gotówkowy to styczeń 2018 roku i przyjście Lucasa Moury), Mauricio Pochettino dokonuje rzeczy niebywałej, biorąc pod uwagę, jak zbroi się konkurencja w angielskiej ekstraklasie. Jednak w ostatnich tygodniach, argentyński szkoleniowiec na konferencjach prasowych oraz w wywiadach, między wierszami, domaga się od właściciela klubu, Daniela Levy’ego funduszy na transfery i realnych wzmocnień, które poszerzą wąską kadrę zespołu. Taka postawa nie powinna specjalnie dziwić. Zwłaszcza, że w końcówce sezonu Tottenham, rywalizując cały czas na dwóch frontach, wyraźnie spuścił z tonu, tylko przez słabość rywali zachowując miejsce w czołowej czwórce. Najlepszą informacją dla wszystkich sympatyków klubu niewątpliwie jest fakt, że tego lata raczej żaden czołowy klub nie zgłosi się do północnego Londynu po szkoleniowca z Argentyny. W końcu chyba nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie Pochettino jest największym atutem drużyny z White Hart Lane i bez niego, wielce prawdopodobnym jest, że ten klub nie byłby w tym miejscu, w którym aktualnie się znajduje.

3. Chelsea – pierwszy sezon pracy Mauricio Sarriego na Stamford Bridge można uznać za w pełni satysfakcjonujący, biorąc pod uwagę, jaką kadrą dysponuje Włoch. Nie mam cienia wątpliwości, że obecna Chelsea jest najsłabsza, odkąd Roman Abramowicz przejął klub. Finał Pucharu Ligi, kwalifikacja do LM poprzez ligę oraz finał Ligi Europy. Jeśli w tym ostatnim udałoby się The Blues zwyciężyć, byłoby to pierwsze zdobyte trofeum w karierze byłego szkoleniowca Napoli. Wszystkich kibiców piłki nożnej elektryzuje bardzo prawdopodobny transfer Edena Hazarda do Realu Madryt tego lata. 7 lat gry Belga w zachodnim Londynie, 108 goli, 91 asyst oraz niezliczona liczba przebojowych akcji czy dynamicznych dryblingów. Żaden z kibiców Chelsea nie będzie mógł mieć pretensji, jeśli ich gwiazda zdecyduje się zamienić deszczowe Wyspy Brytyjskie na słoneczną Hiszpanię. Hazard po prostu przerósł ten klub. Gdyby nie jego gole i asysty (16 goli i 15 asyst w samej tylko Premier League) aż trudno sobie wyobrazić, gdzie w tabeli plasowaliby się The Blues. Widmo zakazu transferowego wiszące nad klubem i bardzo prawdopodobne odejście najlepszego zawodnika sprawia, że przyszły sezon będzie wielkim wyzwaniem dla całego klubu. Paradoksalnie widzę w tym jeden plus. Mianowicie, biorąc pod uwagę, że klub posiada ponad trzydziestu (!!!) zawodników na wypożyczeniach, nawet w przypadku zakazu transferowego, Mauricio Sarri będzie miał z kogo zbudować kadrę na następny sezon. Byłby to też chrzest bojowy akademii Chelsea. W końcu z jakiegoś powodu jest uznawana za jedną z najlepszych „stajnii” piłkarskich talentów na świecie. W ostatnich latach jednak, pomimo całej masy sukcesów drużyn młodzieżowych, mało który z młodych zawodników dostawał szansę na to, by zaistnieć w pierwszym zespole. W obliczu embarga transferowego sytuacja ta może ulec zmianie.

2. Liverpool – prawdopodobnie najlepszy wicemistrz kraju w historii futbolu. The Reds w trakcie całej kampanii doznali tylko jednej, jedynej porażki, a mimo to musieli obejść się smakiem i kolejny raz przeżyć rozczarowanie, jakim niewątpliwie jest po raz kolejny, brak tytułu mistrzowskiego na Anfield. Na ostatnie 26 sezonów angielskiej ekstraklasy, w 25 wynik wykręcony przez podopiecznych Juergena Kloppa dałby mistrzostwo. Jedynym przypadkiem, kiedy to by nie miało miejsca, są ubiegłoroczne rozgrywki i sezon, który Manchester City zakończył w rekordową liczbą 100 punktów. Na pocieszenie dla sympatyków klubu tytuł najlepszych strzelców powędrował do Mohameda Salaha i Sadio Mane, którzy wraz z Pierre’em – Emerickiem Aubameyang’em zdobyli po 22 gole, a statuetka złotej rękawicy za największą liczbę czystych kont do bramkarza Alissona Beckera.

1. Manchester City – pora oddać cesarzowi, co cesarskie. 198 punktów zdobytych przez The Citizens w ostatnich dwóch sezonach Premier League. Kosmos! Dodatkowo pierwszy raz od dekady komuś udało się obronić tytuł. Ostatnim zespołem, któremu udała się ta sztuka był Manchester United sir Alexa Fergusona. Szkot nazwał kiedyś największych rywali głośnymi sąsiadami. Trzeba przyznać, że podopieczni Pepa Guardioli w końcu nie tylko robią dużo szumu, ale również postanowili poprzeć szumne zapowiedzi konkretnymi czynami. Bez wątpienia na Etihad skompletowali najszerszy i najbardziej wyrównany skład w lidze, dzięki czemu w ciemno można typować ten zespół, jako głównego faworyta do wygrania rozgrywek również w przyszłym sezonie.

post

Ta ostatnia niedziela

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

20. Huddersfield Town – tylko dwa sezony trwała przygoda TerierówPremier League. Pierwsze skojarzenie? Nuda i bardzo mała ilość strzelanych goli. W całym sezonie tylko 22 bramki, przy 76 straconych. 16 zdobytych oczek. Odkąd obowiązuje obecny format rozgrywek, tylko drużyna Derby County z sezonu 2007/08 zaliczyła gorszy sezon. Wówczas Barany zakończyły sezon z 11 punktami na koncie. Niestety to raczej niewielka pociecha dla kibiców klubu z Galpharm Stadium.

19. Fulham – 112 milionów funtów wydanych na nowych zawodników przez beniaminka i spadek z ligi. Tylko trzy zespoły (Liverpool, Leicester oraz Chelsea) wydały latem więcej. Przed sezonem, jak i w zimie, na Craven Cottage ściągano zawodników na potęgę. Brak pomysłu, ciągła rotacja na praktycznie każdej pozycji, co mecz inny skład linii obrony. Permanentny brak stabilizacji. Nie, to nie miało prawa się udać. Kibicom najstarszego zawodowego klubu piłkarskiego w Londynie pozostaje tylko życzyć, jak najszybszego powrotu do Premier League.

18. Cardiff City – kolejny z beniaminków, który żegna się z angielską elitą po zaledwie jednym sezonie. Bez wątpienia nie był to dobry rok dla sympatyków The Bluebirds. Słaby sezon, dodatkowo tragiczna historia zimowego transferu Emiliano Sali. Biorąc pod uwagę, że walijski klub praktycznie do samego końca walczył z Brighton o utrzymanie, każdy sympatyk Cardiff zapewne rozmyśla, gdzie byłby klub, gdyby Argentyńczyk miał możliwość zaprezentować swoje umiejętności na Wyspach Brytyjskich. Niewielkim pocieszeniem pozostaje możliwość derbowej rywalizacji z innym walijskim klubem – Swansea City, na zapleczu.

17. Brighton & Hove Albion – nie od dziś wiadomo, że drugi sezon dla beniaminka jest dużo cięższy niż ten premierowy, Wypisz, wymaluj sytuacja Mew w tym sezonie. Do ostatnich kolejek drużyna Chrisa Hughtona nie mogła być pewna utrzymania. Wpływ na to mogła mieć fantastyczna przygoda w Pucharze Anglii, gdzie Brighton doszło aż do półfinału, odpadając dopiero po wyrównanym spotkaniu, z Manchesterem City. Nie mając zbyt szerokiej kadry, irlandzki szkoleniowiec spełnił cele na ten sezon, a mimo to podziękowano mu za pracę po zakończeniu sezonu. Żeby tylko włodarze klubu nie żałowali w przyszłym sezonie tej decyzji. Moim zdaniem możemy tutaj mieć klasyczny przykład, że czasami lepsze jest wrogiem dobrego. W końcu czy ambicjami klubu z południa Anglii powinno być coś więcej niż spokojny byt w Premier League?

16. Southampton – decyzja by w trakcie rozgrywek Marka Hughesa zastąpił Ralph Hasenhuttl była najlepszą od czasów zatrudnienia Mauricio Pochettino na St. Mary’s Stadium. Austriak, były szkoleniowiec RB Lipsk wydaje się idealnie pasować do filozofii klubu. Zapewniając przyzwoite wyniki i ładną dla oka grę, potrafi przy tym rozwijać umiejętności zawodników, Nie boi się konsekwentnie stawiać na młodych piłkarzy, czego największym beneficjentem był w tym sezonie Jan Bednarek. Jestem przekonany, że w najbliższych dwóch, może trzech okienkach transferowych, włodarze klubu dostaną kilka dowodów na to, że podjęli dobrą decyzję, a klubowy budżet zostanie zapełniony milionami funtów wpłaconymi przez możniejsze zespoły od Świętych.

15. Burnley – na Turf Moore mogą szykować się do kolejnego już sezonu w angielskiej elicie. Ostatnio przeczytałem w internecie informację, która wprawiła mnie w niemałe zdumienie. Otóż, jeśli chodzi o najbardziej dochodowe marki Premier League, najlepszą drużyną spoza Big Six, są właśnie The Clarets! Zostali oni określeni przez BBC jako najlepiej zarządzany pod względem finansowym klub Premier League. Kolejny sezon w angielskiej ekstraklasie tylko pomoże w budowaniu marki klubu z hrabstwa Lancashire.

14. Bournemouth – kolejny klub z południowego wybrzeża Anglii, który zapewnił sobie spokojne utrzymanie. Ani przez moment nie drżeli o utrzymanie, a po pierwszej części sezonu plasowali się nawet w okolicach europejskich pucharów. Polskich kibiców na pewno cieszy fakt, że w drugiej części sezonu Artur Boruc wygrał rywalizację z Bośniakiem, Asmirem Begovicem, o miejsce między słupkami bramki The Cherries. W kolejnym sezonie najprawdopodobniej także będziemy mogli oglądać popisy Króla Artura, ponieważ przedłużył on kontrakt z klubem o kolejny rok.

13. Newcastle United – największym atutem drużyny z St. James Park bez cienia wątpliwości jest hiszpański trener, Rafa Benitez. W mojej opinii Hiszpan wykręca ze Srokami wyniki ponad stan. Nie od dziś wiadomo, że właściciel klubu, Mike Ashley nie rozpieszcza szkoleniowca oraz kibiców, jeśli chodzi o udostępnianie funduszy na transfery. Trudno szukać w tym zespole wielkich gwiazd. Świetnym ruchem była przedsezonowa wymiana Dwighta Gayle’a na napastnika Salomona Rondona West Bromwich Albion. Gdyby nie 11 goli oraz 7 asyst Wenezuelczyka sytuacja Newcastle w tabeli byłaby zdecydowanie gorsza.

12. Crystal Palace – naprawdę całkiem przyzwoity sezon w wykonaniu OrłówSelhurst Park. Podopieczni Roya Hodgsona zaliczyli kilka świetnych występów w minionym sezonie. W pamięci kibiców bez wątpienia zostanie skalp na Etihad przeciwko Manchesterowi City, okraszony wspaniałym golem Androsa Townsand’a. Według mnie Crystal Palace w tym sezonie skomponowało jedną z najlepszym formacji ofensywnych poza LiverpoolemManchesterem City. Posiadanie w pierwszym składzie Wilfrieda ZahyMichy’ego Batshuayi’aAndrosa Townsenda oraz Jordana Ayewa bez wątpienia napędziło strachu niejednej defensywie angielskiej ekstraklasy. Jeśli dodamy do tego fantastycznego debiutanta, czyli Aarona Wan – Bissaka czy charyzmatycznego kapitana w osobie Luki Milivojevica, to wyłania nam się obraz jednej z najciekawszych drużyn minionego sezonu.

11. Watford – z oceną sezonu na Vicarage Road należy wstrzymać się do czasu rozstrzygnięcia finału FA CupSzerszenie bardzo długo pozostawały w grze o siódmą lokatę i wymyślony przez brytyjskich dziennikarzy nieoficjalny tytuł Best of the rest. Jeśli Javiemu Gracii i jego piłkarzom udałoby się zwyciężyć w meczu z The Citizens i dzięki temu awansować do rozgrywek Ligi Europy, sezon z pewnością należałoby uznać za bardzo udany. Tym bardziej, że przed sezonem z drużyny odszedł kluczowy zawodnik, czyli Richarlison, zamieniając Vicarage Road na Goodison Park.

post

Football coming home?

Słowa piosenki zespołu The Three Lions to pierwsze, co przychodzi mi do głowy po tym, czego dokonały angielskie drużyny w europejskich pucharach w tym sezonie. Powroty z zaświatów Liverpoolu i Tottenhamu w Lidze Mistrzów, a także zwycięskie dwumecze Arsenalu oraz Chelsea w Lidze Europy sprawiły, że po raz pierwszy w historii, wszystkie miejsca w finałach najważniejszych europejskich rozgrywek klubowych, obsadzą drużyny w jednego kraju. Ba! Trójka spośród nich to zespoły z Londynu!

W Champions League ostatni wewnątrzangielski finał miał miejsce w 2008 roku, kiedy Chelsea Londyn uległa na moskiewskich Łużnikach Manchesterowi United po rzutach karnych. Natomiast w Lidze Europy brytyjski finał ma miejsce po raz pierwszy. No chyba, że wliczymy tutaj również wcześniej rozgrywany Puchar UEFA, który ta zastąpiła. Wówczas w sezonie 1971/72 w decydującym meczu wystąpił Tottenham i Wolverhampton Wanderers i górą byli Spurs.

Ostatnie lata to wyraźna domiacja drużyn z Półwyspu Iberyjskiego. Licząc od 2012 roku i zwycięstwa Chelsea Londyn, w Champions League w kolejnych sezonach triumfatorami dwóch najważniejszych rozgrywek aż 10 razy były drużyny z Hiszpanii. Totalna dominacja. Co zatem sprawiło, że Liverpool wystąpi w swoim drugim finale LM z rzędu, a pozostałe trzy miejsca finałowe obsadzą kolejne angielskie drużyny?

Najprościej byłoby odpowiedzieć, że pieniądze, które są w angielskiej piłce. Nie od dziś wiadomo, że spadkowicze z Premier League zarabiają dzięki prawom telewizyjnym więcej niż chociażby Juventus, Atletico czy Bayern. Moim zdaniem byłoby to duże uproszczenie. W końcu znaleźlibyśmy kilka zespołów, które mimo ogromnych nakładów finansowych nie spełniają pokładanych w nich nadziei (pozdrawiamy Paris Saint Germain!).

Jestem zdania, że kluczowe, poza pieniędzmi, były dwie inne rzeczy. Ostatnio bardzo często eksperci wraz z dziennikarzami lubują się w zapożyczaniu różnych słów i nazewnictwa z branży korporacyjnej. Wielokrotnie słyszeliśmy, że kluby to tak naprawdę firmy czy przedsiębiorstwa, a polityka danego klubu, to tak naprawdę jakiś założony wcześniej projekt, z którego realizacji rozliczymy wcześniej czy później (w zdecydowanej większości przypadków jednak wcześniej) trenera lub dyrektora sportowego. Dlatego kluczem w ostatnich osiągnięciach angielskich drużyn było sprowadzenie najlepszych fachowców pochodzących spoza Wysp Brytyjskich i pozwolenie im pracować.

Mauricio Pochettino pracuje na White Hart Lane od maja 2014 roku. Juergen Klopp w Liverpoolu od października 2015. W pierwszym sezonie pracy Argentyńczyk zakończył ligę poza czołową czwórką i bez upragnionej Ligi Mistrzów. Czy ktoś w Londynie wpadł w panikę? Wręcz przeciwnie, właściciel Tottenhamu, Daniel Levy konsekwentnie wspierał swojego trenera, czego efektem było miejsce na podium w ostatnich trzech sezonach Premier League. I to praktycznie bez znaczących transferów oraz pokaźnych nakładów finansowych, ponieważ jak wiemy Londyńczycy budowali swój nowy stadion.

Juergen Klopp premierowy sezon w mieście Beatlesów zakończył poza strefą europejskich pucharów. 8 miejsce w lidze, za plecami takich klubów jak West Ham i Southampton, dla tak zasłużonego klubu, jak Liverpool bez wątpienia bolało wszystkich sympatyków The Reds. Sezon 2016/17 to wywalczenie rzutem na taśmę awansu do Ligi Mistrzów. Poprzedni sezon? Również tylko czwarte miejsce w lidze i przegrany finał Champions League przeciwko Realowi Madryt.

Tak, te projekty z pewnością można uznać za udane. Długofalowe myślenie sprawiło, że zarówno w Londynie, jak i w czerwonej części Marseyside mogą zacierać ręce i zbierać owoce ciężiej pracy, wypracowane na przestrzeni ostatnich sezonów.

Spójrzmy na uboższą krewną Champions League. Londyński finał Ligi Europy jest równie ważny dla obu szkoleniowców. Zarówno dla Unai’a Emery’go, jak i Mauricio Sarri’ego powinien mieć niebagatelne znaczenie. Hiszpan jest przedstawiany jako specjalista od zdobywania trofeum w tych rozgrywkach. Prowadząc Sevillę triumfował trzykrotnie. Bez wątpienia chciałby wygrać je po raz czwarty i przejść do historii. Niemniej dla Kanonierów zwycięstwo może być dużo ważniejsze z innego powodu. Wygranie tej edycji Ligi Europy to jedyna szansa na zagranie w Champions League w przyszłym sezonie.

Mauricio Sarri teoretycznie plan na ten sezon wykonał. Przywrócił Chelsea miejsce w czwórce, dzięki czemu The Blues są już pewni gry w LM w przyszłym sezonie. Jednak Włochowi dużo bardziej powinno zależeć na zwycięstwie przeciwko Arsenalowi. Nie wygrał on bowiem żadnego trofeum w swojej dotychczasowej karierze trenerskiej (Zero tituli krzyknąłby pewien Portugalczyk).

Bez wątpienia oba finały będą wielkim świętem dla każdego sympatyka Premier League. Niezależnie od ostatecznych roztrzygnięć, dają mocny argument w dyskusji tym, którzy uważają, że to na Wyspach Brytyjskich możemy co tydzień oglądać najlepszą ligę piłkarską na świecie.

Tegoroczne półfinały pokazały również jeszcze jedną, niemniej ważną, rzecz. The Three Lions śpiewali:”Never stooped me dreaming”. Tego właśnie pozostaje życzyć wszystkim tym, którzy oglądali te pasjonujące widowiska, nie do końca wierząc w to, co działo się na murawie.

post

Znów to zrobili!

25 maja 2005 rok – Stambuł. 14 kwietnia 2016 – Anfield. 7 maja 2019 – Anfield. Co łączy wszystkie te daty? Na pierwszy rzut oka The Reds po prostu zwyciężali przeciwko takim zespołom jak Milan, Borussia Dortmund i Barcelona. Jednak byłoby to umniejszanie wyczynów, które co jakiś czas, serwuje nam ekipa z czerwonej części Merseyside i tylko ktoś szczególnie niesprzyjający Liverpoolowi mógłby ich nie docenić. Nie ulega wątpliwości, że każde z tych spotkań zapisało się złotymi zgłoskami, nie tyle w historii samego klubu oraz angielskiej piłki, ale ogólnie w historii futbolu.

Niemożliwe nie istnieje oraz nigdy się nie poddawaj. To chyba pierwsze dwa stwierdzenia, które cisną się człowiekowi na usta po wczorajszym meczu Ligi Mistrzów pomiędzy Liverpoolu z Barceloną. Odrobienie trzybramkowej straty z Camp Nou, bez kontuzjowanych Mohameda Salaha oraz Roberto Firmino? Zdecydowana większość osób nie dawała szans ekipie Juergena Kloppa. A jednak The Reds po raz kolejny dokonali czegoś wielkiego, może nawet legendarnego. Bez wątpienia wczorajszy wieczór wyląduje w annałach historii brytyjskiego futbolu obok finału w Stambule oraz goli Sheringhama i Solskjaera przeciwko Bayernowi Monachium z 1999 roku.

Wczorajszy mecz to idealny przykład, że ilekroć najtęższe umysły próbują zakuć futbol w statystyczne i analityczne ramy, to ten zawsze znajdzie z nich ujście i zaprzeczy jakiejkolwiek logice. Pewnie dlatego tyle milionów ludzi na świecie traktuje go niemal jak religię i darzy tak wielką miłością.

O tym meczu zostanie powiedziane i napisane jeszcze sporo, dlatego ja chciałbym się skupić na jednym z bohaterów ostatnich dni, Divocku Origim. Belg, były zawodnik Lille oraz Wolfsburga podczas swojego pobytu w klubie z Anfield Road nigdy nie był pierwszym wyborem Juergena Kloppa. Ostatnie kilka dni mogą jednak diametralnie zmienić jego pozycję w zespole charyzmatycznego Niemca. Najpierw w sobotę, w końcówce meczu na St. James Park dał Liverpoolowi wygraną przeciwko Newcastle, przedłużając tym samym szanse na to, że tytuł najlepszej drużyny Premier League nie powędruje ponownie do Manchesteru. Nastepnie wczoraj, wyszedł w pierwszym składzie i dołożył dwa gole przeciwko Barcelonie, walnie przyczyniając się do historycznego odrobienia strat z Camp Nou.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że 3 gole w ostatnich 2 meczach to rzecz bez precedensu w przypadku kariery napastnika w barwach The Reds. Wystarczy wspomnieć, że od początku sezonu spędzając na boisku przeszło 400 minut we wszystkich rozgrywkach, do spotkania z Newcastle Origi zdobył ledwie 3 bramki, czyli dokładnie tyle, ile w ostatnim tygodniu. Oczywistym usprawiedliwieniem dla Belga jest fakt, że nie dostawał od Kloppa tyle minut, co pozostała trójka napastników Liverpoolu. Trzeba jednak przyznać, że pojawiając się na murawie nie dawał on wystarczająco wiele argumentów trenerowi, aby ten pomyślał o jakiejkolwiek zmianie w swojej dobrze funkcjonującej maszynie.

Właśnie nieregularność jest chyba największym problemem tego napastnika. W dotychczasowej karierze tylko dwukrotnie przekraczał on barierę dwucyfrowej liczby goli we wszystkich rozgrywkach (10 w sezonie 2015/16 i 11 w 2016/17). Należy jednak Belgowi oddać, że w barwach The Reds zdobywa piekielnie ważne bramki. To on rozpoczął odrabianie strat przeciwko BVB w 2016 roku i walnie przyczynił się w awansie do finału tamtych rozgrywek. W trwającym sezonie to on również dał zwycięstwo przeciwko znienawidzonemu Evertonowi w doliczonym czasie gry, kiedy Liverpool niemiłosiernie męczył się i nie mógł znaleźć sposobu na pokonanie dobrze dysponowanego Jordana Pickforda. O golach z ostatnich dni już wspominałem.

W ostatnich tygodniach w angielskiej prasie można było przeczytać o tym, że po sezonie w Liverpoolu pożegnają się z kilkoma zawodnikami, m.in. pisano o kończącym się kontrakcie Daniela Sturidge’a i właśnie nieprzekonującym Divocku Origim. Myślę, że ostatnimi występami Belg zasłużył na ostatnią szansę na Anfield. W przypadku, gdy Juergen Klopp oraz członkowie zarządu ekipy z miasta Beatlesów postanowią jednak pożegnać belgijskiego napastnika, to po ostatnich ważnych golach, od potencjalnych nabywców powinni wyciągnąć znacznie więcej pieniędzy, aniżeli jeszcze tydzień temu. Natomiast czy sam Belg byłby zadowolony z takiego obrotu spraw? Tego nie wiemy, niemniej mało który napastnik może pochwalić się wbiciem 2 goli Dumie Katalonii na poziomie półfinału Champions League.