post

Te nieszczęsne karne

30 sierpnia 2013 roku, Eden Arena w Pradze, 2-2 po 120 minutach gry w spotkaniu Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, rzuty karne wyłonią zwycięzcę Superpucharu Europy. Żaden z zawodników nie pomylił się w 4 pierwszych seriach rzutów karnych, jednak w decydującej serii jedenastek Manuel Neuer broni strzał Romelu Lukaku. Belgijski supertalent uderzył wówczas słabo, apatycznie, blisko środka bramki. The Blues muszą przełknąć smak porażki, a koledzy pocieszać młodego napastnika. 14 sierpnia 2019 roku, Vodafone Arena w Stambule, 2-2 po 120 minutach gry w meczu Liverpoolu z Chelsea, rzuty karne wyłonią zwycięzcę Superpucharu Europy. Żaden z zawodników dotychczas się nie pomylił, jednak w decydującej serii jedenastek, Adrian broni strzał Tammy’ego Abrahama. Młody napastnik uderzył słabo, w sam środek bramki. Niebiescy muszą pogodzić się z porażką, a partnerzy z zespołu starają się pocieszyć angielskiego snajpera. Niby nic dwa razy się nie zdarza, ale ja jednak przeżyłem wczoraj przed telewizorem swego rodzaju deja vu.

Na wstępie trzeba przyznać, że obejrzeliśmy wczoraj świetne widowisko i pozostaje nam życzyć sobie, aby kolejne spotkania w tej edycji europejskich pucharów, nie odbiegały tempem i intensywnością od tego, co zaprezentowali gracze Juergena Kloppa i Franka Lamparda. Wydaje się, że szkoleniowiec Chelsea konsekwentnie będzie dawał coraz więcej szans młodym wychowankom The Blues, tak jak wspominał przed, jak i w trakcie przedsezonowych przygotowań. Wczoraj swoją szansę otrzymali Mount, Tomori i Abraham. Ten ostatni, po wejściu na boisko znalazł się z kilku sytuacjach, to po nim podyktowany został rzut karny. Jednak nie z tego młody Anglik zostanie zapamiętany, a raczej ze zmarnowanej decydującej jedenastki i przegrania pojedynku z Adrianem.

Wydaje mi się, że najgorsze co można by w tym momencie zrobić, to powolne odstawianie napastnika od podstawowego składu, zakończone późniejszym wypożyczeniem do innego klubu. Dokładnie tak postąpił Jose Mourinho w 2013 roku z Romelu Lukaku, innym talentem, który przed laty przekonał się, że Stamford Bridge nie będzie dla niego ziemią obiecaną. Portugalczyk wypożyczył młodego Belga najpierw do West Bromwich Albion, a następnie do Evertonu. Napastnik tak naprawdę nie dostał prawdziwej szansy w Chelsea i oferta definitywnego transferu od The Toffees była dla niego szansą na udowodnienie, jak bardzo zarząd oraz trener z Zachodniego Londynu mylili się, co do jego osoby. Jestem zdania, że jedynym czego Abraham aktualnie potrzebuje jest czas oraz zaufanie od swojego szkoleniowca. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że tak długo, jak Frank Lampard będzie trenerem, tak długo napastnik może na te dwie rzeczy liczyć,

Nie ulega wątpliwości, że w Londynie posiadają jednego z najlepszych napastników młodego pokolenia. Tammy Abraham, a właściwie Kevin Oghenetega Tamaraebi Bakumo – Abraham, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko zawodnika, od kilku sezonów, grając na wypożyczeniach oraz w młodzieżowych reprezentacjach Anglii, był kluczowym zawodnikiem swoich drużyn oraz imponował niebywałą, jak na swój wiek, skutecznością. W sezonie 2015/16 po pierwszy dał się poznać szerszej publiczności, dzięki dobrym występom w młodzieżowych drużynach The Blues, kiedy w 32 spotkaniach zdobył 20 goli i zaliczył 6 asyst. Efektem tego była okazja debiutu u Guusa Hiddinka. To właśnie doświadczony holenderski trener dostrzegł niebywały potencjał tkwiący w napastniku, Kolejnym krokiem w karierze Abrahama był sezon spędzony w Championship, w barwach Bristol City. Tam rozgrywając w sumie 48 spotkań, w czasie których przebywał na boisku blisko 4000 minut, zdołał strzelić 26 goli. Poskutkowało to nagrodą dla młodego gracza sezonu oraz dla najlepszego zawodnika Bristol City. Wydawało się wówczas, że naturalnym krokiem będzie gra w Premier League w przyszłym sezonie.

Tak też się stało. Jednak nie w macierzystym klubie, a w południowej Walii, w barwach Swansea City. Ten sezon z góry uznano za rozczarowanie, a sam zawodnik był mocno krytykowany. Pytanie tylko czy słusznie. Grając w zespole, który ostatecznie nie zdołał się utrzymać w angielskiej elicie, młodzian zdołał zdobyć w 31 spotkaniach Premier League 5 goli, dorzucając kolejne 3 bramki w krajowych pucharach. Owszem, statystyki nie powalają na kolana. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że gra ofensywna Łabędzi w tamtych rozgrywkach wołała o pomstę do nieba, sytuacji napastnicy mieli bardzo niewiele w kolejnych spotkaniach, dlatego zrzucanie całej winy na barki młodego Tammy’ego nie jest do końca uczciwe.

Poprzedni sezon to znów brak szansy na Stamford Bridge, skutkujący kolejnym wypożyczeniem, tym razem do środkowej Anglii, a dokładniej do Birmingham. W barwach Aston Villi Abraham kolejny raz udowodnił, że skuteczność pod bramką rywali nie jest dla niego rzeczą obcą. Sezon zakończył zdobyciem 26 goli, w tym jednym bardzo istotnym, przeciwko West Bromwich Albion w półfinale fazy Play Off. Rozegraniem w sumie 42 spotkań walnie przyczynił się do awansu The Villans do Premier League. Nie powinno zatem dziwić, że w obliczu zakazu transferowego, sprzedaży Alvaro Moraty oraz powrocie Gonzalo Higuaina do Juventusu, to właśnie Tammy Abraham, od początku okresu przygotowawczego otrzymuje kolejne szanse od Franka Lamparda.

Podobnie jak kiedyś Lukaku, tak samo Abraham, na każdym kroku podkreśla, że od dziecka marzył o tym, aby reprezentować barwy Chelsea. W wywiadzie udzielonym stacji Sky Sports, w trakcie drugiej części poprzedniego sezonu Championship wspominał o tym, że myśli już o kolejnym sezonie, o powrocie do Londynu, wierze w swoje umiejętności, a także tym, że jeśli w lecie otrzyma szansę, postara się ją wykorzystać. Jak na razie jest na dobrej drodze do spełnienia swoich celów i marzeń. W tym miejscu pozostaje życzyć, aby jego kariera nabrała wreszcie podobnego rozpędu, jak ta jego starszego kolegi – Romelu Lukaku. Może tylko z tą różnicą, by zamiast tułaczki po różnych klubach, swoje miejsce rzeczywiście odnalazł w Zachodnim Londynie i właśnie na Stamford Bridge zdobywał jak najwięcej goli.

post

Złe gorszego początki?

Chelsea Londyn w ostatnich sezonach regularnie punktowała w Manchesterze na Old Trafford, ale jak już zapunktować się nie udało, to z kretesem. 4-0, totalna demolka. Od niedzieli zastanawiam się, czy to drużyna z Londynu zagrała tak słabo, a może gracze Ole Gunnara Solkjaera tak dobrze? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Jednego natomiast jestem pewny. Cytując klasyka z Football Managerów, Franka Lamparda i wszystkich sympatyków The Blues czeka długi, ciężki i pełen rozczarowań sezon.  

Nie ukrywam, że od momentu ogłoszenia Franka Lamparda, czyli klubowej legendy i najlepszego strzelca w historii klubu, jako pierwszego szkoleniowca Chelsea Londyn, czekałem na inaugurację sezonu. Z resztą, pewnie podobnie miało wielu sympatyków futbolu, nie tylko tych związanych z drużyną ze Stamford Bridge. Dodatkowo, gdy okazało się, że w debiucie Super Frank pojedzie do Manchesteru, na mecz z United, z tym większą niecierpliwością oczekiwałem niedzieli 11 sierpnia i pierwszego hitu w nowym sezonie Premier League.

Wstrzymałem się z pisaniem czegokolwiek „na gorąco”, zaraz po zakończeniu niedzielnego spotkania z prostego powodu. Jako sympatykowi drużyny z Londynu ciężko było mi taki wynik przetrawić. Jednak po ochłonięciu i chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że takie spotkania po prostu, co jakiś czas, zdarzają się. Czy ktokolwiek z oglądających ten mecz po pierwszych 15 minutach powiedziałby, że końcowy rezultat będzie aż tak druzgocący dla ekipy, która w trakcie pierwszego kwadransa utrzymywała się przy piłce przez 85% czasu gry! Do tego słupek po strzale Tammy’ego Abrahama oraz kilka całkiem nieźle zapowiadających się akcji, niezakończonych jednak uderzeniami na bramkę rywala. Pewnie wiele osób, w tym ja sam, pomyślało, że ta nowa Chelsea Lamparda może się podobać. I wtedy gong. Strata piłki, kontratak, prosty błąd i faul Kourta Zoumy, a następnie karny wykorzystany przez Marcusa Rashforda.

Francuski stoper w ogóle słabo wszedł w to spotkanie, był niepewny, elektryczny, a po 20 minutach, to po jego faulu The Blues byli na debecie. Z resztą, jeśli ktoś śledził przedsezonowe sparingi Londyńczyków niespecjalnie powinno go to dziwić. Większość spotkań w okresie przygotowawczym było prawdziwymi strzelaninami. Wygrane 4-3 z Reading, 5-3 z Salzburgiem oraz remis 2-2 z Borussią Moenchengladbach wskazywały na jedno. O ile ofensywna formacja stawała na wysokości zadania (zwłaszcza spotkanie z Austriakami i cudowny gol Pedro!), o tyle w defensywie, w każdym ze spotkań, gracze Lamparda popełniali zatrważającą liczbę prostych, niewymuszonych błędów.

Na Old Trafford niewykorzystane sytuacje zemściły się straszliwie. Z tak elektryczną parą stoperów, tyloma stratami w środku pola, a następnie kontrami, w których gracze gospodarzy mieli całe połacie wolnej przestrzeni, spowodowane złą organizacją i błędami The Blues w defensywie, to się musiało po prostu tak skończyć. Pozostaje liczyć, że Antoni’ego Rudigera po zakończeniu rehabilitacji będą omijać kontuzje.

Wartym uwagi i jakimś światełkiem w tunelu jest występ Masona Mounta, którego Frank zna ze wspólnej pracy w Derby County, a także Tammy’ego Abrahama. Gdy do zdrowia powrócą Ruben Loftus – Cheek oraz Callum Hadson – Odoi, taki ofensywy kwartet wygląda, co najmniej, obiecująco. Jednak najbardziej ucieszyła mnie obecność Emersona w pierwszym składzie. Brazylijczyk z włoskim paszportem powinien, w opinii wielu, dostawać zdecydowanie więcej szans w poprzednim sezonie od Mauricio Sarri’ego. I to właśnie on, jako jeden z nielicznych, nie musi się wstydzić tego, co pokazał w niedzielne popołudnie.

Wszystko wskazuje na to, że na Stamford Bridge szykują się bardzo trudne miesiące. Kalendarz na najbliższe kolejki jest niezły. Jednak wszystko wskazuje na to, że przynajmniej na razie, minęły czasy, w których Chelsea wychodząc na boisko, wychodziła jak po swoje. W tym składzie personalnym, zwłaszcza w defensywie, na niewielu przeciwników The Blues będą mogli spoglądać z góry.

PS. Chelsea Londyn w strefie spadkowej, po raz pierwszy od 19 lat. Był to też najgorszy debiut nowego szkoleniowca drużyny od 41 lat. Z pewnością nie o takie bicie rekordów Lampardowi i spółce chodziło.

post

Ta ostatnia niedziela c.d.

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

10. West Ham United – trudno jednoznacznie ocenić sezon w wykonaniu Młotów. Po dramatycznym początku sezonu, kiedy to w pierwszych dziesięciu kolejkach, aż sześciokrotnie, zawodnicy z London Stadium schodzili z boiska na tarczy. Później przyszła seria lepszych wyników, by na przełomie roku znów popaść w marazm. Właściwie po ekipie Manuela Pellegriniego można się było, w tym sezonie, spodziewać absolutnie wszystkiego, a wytypowanie wyniku meczu tej drużyny, graniczyło z cudem. Potrafili urwać punkty w spotkaniach, gdzie nikt nie stawiał ich w roli faworyta, a gubić punkty i prezentując się bardzo słabo, przeciwko zespołom całkowicie w ich zasięgu. Totalny rollercoaster. Warto wspomnieć, że najlepszym zawodnikiem Młotów w tym sezonie wybrany został Łukasz Fabiański. Polak podczas klubowej gali podsumowującej sezon zgarnął również nagrody za najlepszy transfer oraz najlepszą interwencję (przeciwko Manchesterowi United).

9. Leicester City – słodko – gorzki sezon dla fanów Lisów naznaczony tragedią związaną ze śmiercią tajskiego właściciela klubu, Vichai’a Srivaddhanaprabha w katastrofie śmigłowca. Dobrą informacją dla wszystkich związanych z klubem jest fakt, że na King Power Stadium stworzono całkiem ciekawy zespół, który pod wodzą Brendana Rodgersa, w nadchodzącym sezonie powinien walczyć, o miejsce gwarantujące start w europejskich pucharach. Oczywiście, o ile nie dojdzie w tej drużynie do masowej sprzedaży zawodników w nadchodzącym okienku transferowym. W końcu tacy zawodnicy jak James MaddisonWilfred NdidiBen Chilwell czy Harry Maguire bez wątpienia znajdują się na celownikach większych klubów niż Leicester. Nie wiadomo również jaka przyszłość czeka Youri’ego Tielemansa, który na Kinga Power Stadium jest tylko wypożyczony. Jestem natomiast przekonany, że zatrudnienie Brendana Rodgersa w miejsce Claude’a Puela będzie strzałem w dziesiątkę i decyzją, której tajscy właściciele klubu nie powinni żałować w nadchodzącym sezonie.

8. Everton – zakończone rozgrywki były 116 spędzonymi przez klub w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. To najwięcej spośród wszystkich drużyn w stawce. Dzięki udanej końcówce sezonu podopieczni portugalskiego szkoleniowca, Marco Silvy finiszowali tylko 3 punkty za miejscem gwarantującym start w przyszłej edycji Ligi Europy. Gdyby nie słaba pierwsza część sezonu, The Toffees zagraliby w europejskich pucharach, ale ósma lokata, to chyba adekwatne miejsce dla klubu, biorąc pod uwagę, że był to dopiero pierwszy pełny sezon pod wodzą Silvy. Ten projekt potrzebuje czasu i na pewno Portugalczyk zasłużył na kredyt zaufania ze strony włodarzy klubu. Bardzo udane rozgrywki zaliczyli tacy zawodnicy jak Gylfi Sigurdsson i Richarlison, którzy mieli udział w sumie przy 34 bramkach spośród 54 zdobytych przez zespół z Goodison Park w bieżącym sezonie Premier League. W najbliższych latach powinni oni nadal odgrywać kluczowe role w układance Marco Silvy.

7. Wolverhampton Wanderers – Wilki Molineux jako beniaminek mają bardzo duże szanse na to, aby zagrać w przyszłym sezonie w europejskich pucharach. Co prawda przed sezonem większość ekspertów zakładała, że drużynie raczej nie będzie groził spadek, ale mimo to, wyniki osiągnięte przez zawodników Nuno Espirito Santo zaskoczyły wielu. Świetny sezon w wykonaniu Wolves potwierdził, że przedsezonowe zapowiedzi właścicieli klubu o tym, że w przeciągu kilku następnych sezonów planują zagrać w europejskich pucharach, docelowo w Champions League, nie były tylko czczym gadaniem. Warto w tym miejscu wspomnieć, że żadna spośród ekip spoza Big Six nie zdobyła tylu punktów z drużynami czołowej szóstki, co Wilki. Problemem drużyny z środkowej części Anglii jest fakt, że o ile z drużynami z czołówki punktowali nadspodziewanie dobrze, to z drużynami z dołu tabeli potrafili tracić punkty. Najlepszym przykładem jest fakt, że spadkowicz z Huddersfield zdołał zdobyć w meczach z Wolverhampton 6 punktów! Przypomnijmy, że w w całych rozgrywkach Teriery zdobyły 16 oczek, niebywałe. Stabilizacja formy – to powinno być główne zadanie stojące przed ekipą z Molineux w nadchodzącym sezonie,

6. Manchester United – gdy zwolniony w trakcie rozgrywek Jose Mourinho mówił, że zdobycie w minionym sezonie wicemistrzostwa było wyczynem na miarę mistrzostwa kraju, wielu patrzyło na wypowiedzi Portugalczyka, w najlepszym wypadku, z przymrużeniem oka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Czerwone Diabły po objęciu zespołu przez Ole Gunnara Solskjaera zwyciężyły w 10 spośród 11 pierwszych meczów, ponosząc porażkę dopiero z PSG Lidze Mistrzów. Gdy w rewanżu, na Parc des Princes, udało się odrobić dwubramkową stratę i wyeliminować Paryżan, wszyscy na Old Trafford byli pewni, że to Norweg jest tym szkoleniowcem, który sprawi, że czasy świetności United powrócą. Jednak po wspaniałym początku jego kadencji przyszedł kryzys i wszystko co złe, demony przeszłości powróciły, sprawiając, że kolejny już sezon, w wykonaniu Manchesteru United należy uznać za rozczarowujący. Nadchodzące okno transferowe będzie jednym z najważniejszych w ostatnich latach. W czerwonej części Manchesteru nie mogą pozwolić sobie na kolejne nieudane transfery, kolejne zmarnowane miliony funtów. Jest to o tyle istotne, że zespół w mojej opinii potrzebuje nie kosmetycznych, ale daleko idących zmian. W angielskiej prasie można przeczytać, że włodarze klubu chcą budować nowy zespół wokół takich zawodników jak Paul Pogba David de Gea. Moim zdaniem to błąd. Na miejscu Solskjaera Woodwarda zdecydowałbym się na sprzedaż Francuza i Hiszpana, zainwestował pozyskane pieniądze w kilku zawodników, którzy będą chcieli „umierać” za herb klubu, a nowy zespół budował wokół takich zawodników jak Marcus Rashford.

5. Arsenal – po raz trzeci z rzędu nie udało się zakończyć sezonu w czołowej czwórce. Jedynym wyjściem na zagranie w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów pozostaje wygranie finału Ligi Europy w Baku, przeciwko Chelsea Londyn. Gdyby tak się stało, to czy premierowy sezon na Wyspach, pod batutą Unai’a Emery’ego można by uznać za udany? Moim zdaniem tak. Na pewno dziwi niemoc zespołu w meczach wyjazdowych. Niemniej wydaje się, że postawienie na hiszpańskiego szkoleniowca, mimo początkowych, raczej sceptycznych głosów, było dobrym posunięciem. Wejście w buty francuskiej legendy klubu, Arsene’a Wengera z pewnością nie było łatwym zadaniem. Największym problemem klubu, według mnie, jest niezrównoważona kadra. Świetni napastnicy, chimeryczna, nierówno grająca pomoc i obrona, asekurowana przez dobrego, solidnego bramkarza. Stąd przeplatanie spotkań świetnych z dramatycznymi w wykonaniu Kanonierów. Jeśli miałbym wybrać jednego zawodnika z Emirates, który idealnie kojarzy mi się z klubem z północnego Londynu, to byłby to Mesut Ozil. Po Niemcu, jak i po Arsenalu można się spodziewać absolutnie wszystkiego. Raz zagra znakomicie, by w następnym spotkaniu przejść obok spotkania. Dlatego nie rozumiem, co kierowało zarządem klubu, by zaoferować przed kilkoma miesiącami, nową umowę Niemcowi, a zupełnie odpuścić walkę o zakochanego w klubie od dziecka, Aarona Ramseya, który po sezonie, wraz z wygaśnięciem kontraktu odejdzie do Juventusu Tuyn. Bez znaczących wzmocnień w defensywie oraz dodania trochę kreatywności w drugiej linii trudno będzie Arsenalowi walczyć o coś więcej, niż miejsce w czwórce w przyszłym sezonie.

4. Tottenham Hotspur – czwarty sezon z rzędu zakończony w Top Four przez Koguty. Biorąc pod uwagę wąską kadrę oraz brak transferów (ostatni transfer gotówkowy to styczeń 2018 roku i przyjście Lucasa Moury), Mauricio Pochettino dokonuje rzeczy niebywałej, biorąc pod uwagę, jak zbroi się konkurencja w angielskiej ekstraklasie. Jednak w ostatnich tygodniach, argentyński szkoleniowiec na konferencjach prasowych oraz w wywiadach, między wierszami, domaga się od właściciela klubu, Daniela Levy’ego funduszy na transfery i realnych wzmocnień, które poszerzą wąską kadrę zespołu. Taka postawa nie powinna specjalnie dziwić. Zwłaszcza, że w końcówce sezonu Tottenham, rywalizując cały czas na dwóch frontach, wyraźnie spuścił z tonu, tylko przez słabość rywali zachowując miejsce w czołowej czwórce. Najlepszą informacją dla wszystkich sympatyków klubu niewątpliwie jest fakt, że tego lata raczej żaden czołowy klub nie zgłosi się do północnego Londynu po szkoleniowca z Argentyny. W końcu chyba nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie Pochettino jest największym atutem drużyny z White Hart Lane i bez niego, wielce prawdopodobnym jest, że ten klub nie byłby w tym miejscu, w którym aktualnie się znajduje.

3. Chelsea – pierwszy sezon pracy Mauricio Sarriego na Stamford Bridge można uznać za w pełni satysfakcjonujący, biorąc pod uwagę, jaką kadrą dysponuje Włoch. Nie mam cienia wątpliwości, że obecna Chelsea jest najsłabsza, odkąd Roman Abramowicz przejął klub. Finał Pucharu Ligi, kwalifikacja do LM poprzez ligę oraz finał Ligi Europy. Jeśli w tym ostatnim udałoby się The Blues zwyciężyć, byłoby to pierwsze zdobyte trofeum w karierze byłego szkoleniowca Napoli. Wszystkich kibiców piłki nożnej elektryzuje bardzo prawdopodobny transfer Edena Hazarda do Realu Madryt tego lata. 7 lat gry Belga w zachodnim Londynie, 108 goli, 91 asyst oraz niezliczona liczba przebojowych akcji czy dynamicznych dryblingów. Żaden z kibiców Chelsea nie będzie mógł mieć pretensji, jeśli ich gwiazda zdecyduje się zamienić deszczowe Wyspy Brytyjskie na słoneczną Hiszpanię. Hazard po prostu przerósł ten klub. Gdyby nie jego gole i asysty (16 goli i 15 asyst w samej tylko Premier League) aż trudno sobie wyobrazić, gdzie w tabeli plasowaliby się The Blues. Widmo zakazu transferowego wiszące nad klubem i bardzo prawdopodobne odejście najlepszego zawodnika sprawia, że przyszły sezon będzie wielkim wyzwaniem dla całego klubu. Paradoksalnie widzę w tym jeden plus. Mianowicie, biorąc pod uwagę, że klub posiada ponad trzydziestu (!!!) zawodników na wypożyczeniach, nawet w przypadku zakazu transferowego, Mauricio Sarri będzie miał z kogo zbudować kadrę na następny sezon. Byłby to też chrzest bojowy akademii Chelsea. W końcu z jakiegoś powodu jest uznawana za jedną z najlepszych „stajnii” piłkarskich talentów na świecie. W ostatnich latach jednak, pomimo całej masy sukcesów drużyn młodzieżowych, mało który z młodych zawodników dostawał szansę na to, by zaistnieć w pierwszym zespole. W obliczu embarga transferowego sytuacja ta może ulec zmianie.

2. Liverpool – prawdopodobnie najlepszy wicemistrz kraju w historii futbolu. The Reds w trakcie całej kampanii doznali tylko jednej, jedynej porażki, a mimo to musieli obejść się smakiem i kolejny raz przeżyć rozczarowanie, jakim niewątpliwie jest po raz kolejny, brak tytułu mistrzowskiego na Anfield. Na ostatnie 26 sezonów angielskiej ekstraklasy, w 25 wynik wykręcony przez podopiecznych Juergena Kloppa dałby mistrzostwo. Jedynym przypadkiem, kiedy to by nie miało miejsca, są ubiegłoroczne rozgrywki i sezon, który Manchester City zakończył w rekordową liczbą 100 punktów. Na pocieszenie dla sympatyków klubu tytuł najlepszych strzelców powędrował do Mohameda Salaha i Sadio Mane, którzy wraz z Pierre’em – Emerickiem Aubameyang’em zdobyli po 22 gole, a statuetka złotej rękawicy za największą liczbę czystych kont do bramkarza Alissona Beckera.

1. Manchester City – pora oddać cesarzowi, co cesarskie. 198 punktów zdobytych przez The Citizens w ostatnich dwóch sezonach Premier League. Kosmos! Dodatkowo pierwszy raz od dekady komuś udało się obronić tytuł. Ostatnim zespołem, któremu udała się ta sztuka był Manchester United sir Alexa Fergusona. Szkot nazwał kiedyś największych rywali głośnymi sąsiadami. Trzeba przyznać, że podopieczni Pepa Guardioli w końcu nie tylko robią dużo szumu, ale również postanowili poprzeć szumne zapowiedzi konkretnymi czynami. Bez wątpienia na Etihad skompletowali najszerszy i najbardziej wyrównany skład w lidze, dzięki czemu w ciemno można typować ten zespół, jako głównego faworyta do wygrania rozgrywek również w przyszłym sezonie.

post

Football coming home?

Słowa piosenki zespołu The Three Lions to pierwsze, co przychodzi mi do głowy po tym, czego dokonały angielskie drużyny w europejskich pucharach w tym sezonie. Powroty z zaświatów Liverpoolu i Tottenhamu w Lidze Mistrzów, a także zwycięskie dwumecze Arsenalu oraz Chelsea w Lidze Europy sprawiły, że po raz pierwszy w historii, wszystkie miejsca w finałach najważniejszych europejskich rozgrywek klubowych, obsadzą drużyny w jednego kraju. Ba! Trójka spośród nich to zespoły z Londynu!

W Champions League ostatni wewnątrzangielski finał miał miejsce w 2008 roku, kiedy Chelsea Londyn uległa na moskiewskich Łużnikach Manchesterowi United po rzutach karnych. Natomiast w Lidze Europy brytyjski finał ma miejsce po raz pierwszy. No chyba, że wliczymy tutaj również wcześniej rozgrywany Puchar UEFA, który ta zastąpiła. Wówczas w sezonie 1971/72 w decydującym meczu wystąpił Tottenham i Wolverhampton Wanderers i górą byli Spurs.

Ostatnie lata to wyraźna domiacja drużyn z Półwyspu Iberyjskiego. Licząc od 2012 roku i zwycięstwa Chelsea Londyn, w Champions League w kolejnych sezonach triumfatorami dwóch najważniejszych rozgrywek aż 10 razy były drużyny z Hiszpanii. Totalna dominacja. Co zatem sprawiło, że Liverpool wystąpi w swoim drugim finale LM z rzędu, a pozostałe trzy miejsca finałowe obsadzą kolejne angielskie drużyny?

Najprościej byłoby odpowiedzieć, że pieniądze, które są w angielskiej piłce. Nie od dziś wiadomo, że spadkowicze z Premier League zarabiają dzięki prawom telewizyjnym więcej niż chociażby Juventus, Atletico czy Bayern. Moim zdaniem byłoby to duże uproszczenie. W końcu znaleźlibyśmy kilka zespołów, które mimo ogromnych nakładów finansowych nie spełniają pokładanych w nich nadziei (pozdrawiamy Paris Saint Germain!).

Jestem zdania, że kluczowe, poza pieniędzmi, były dwie inne rzeczy. Ostatnio bardzo często eksperci wraz z dziennikarzami lubują się w zapożyczaniu różnych słów i nazewnictwa z branży korporacyjnej. Wielokrotnie słyszeliśmy, że kluby to tak naprawdę firmy czy przedsiębiorstwa, a polityka danego klubu, to tak naprawdę jakiś założony wcześniej projekt, z którego realizacji rozliczymy wcześniej czy później (w zdecydowanej większości przypadków jednak wcześniej) trenera lub dyrektora sportowego. Dlatego kluczem w ostatnich osiągnięciach angielskich drużyn było sprowadzenie najlepszych fachowców pochodzących spoza Wysp Brytyjskich i pozwolenie im pracować.

Mauricio Pochettino pracuje na White Hart Lane od maja 2014 roku. Juergen Klopp w Liverpoolu od października 2015. W pierwszym sezonie pracy Argentyńczyk zakończył ligę poza czołową czwórką i bez upragnionej Ligi Mistrzów. Czy ktoś w Londynie wpadł w panikę? Wręcz przeciwnie, właściciel Tottenhamu, Daniel Levy konsekwentnie wspierał swojego trenera, czego efektem było miejsce na podium w ostatnich trzech sezonach Premier League. I to praktycznie bez znaczących transferów oraz pokaźnych nakładów finansowych, ponieważ jak wiemy Londyńczycy budowali swój nowy stadion.

Juergen Klopp premierowy sezon w mieście Beatlesów zakończył poza strefą europejskich pucharów. 8 miejsce w lidze, za plecami takich klubów jak West Ham i Southampton, dla tak zasłużonego klubu, jak Liverpool bez wątpienia bolało wszystkich sympatyków The Reds. Sezon 2016/17 to wywalczenie rzutem na taśmę awansu do Ligi Mistrzów. Poprzedni sezon? Również tylko czwarte miejsce w lidze i przegrany finał Champions League przeciwko Realowi Madryt.

Tak, te projekty z pewnością można uznać za udane. Długofalowe myślenie sprawiło, że zarówno w Londynie, jak i w czerwonej części Marseyside mogą zacierać ręce i zbierać owoce ciężiej pracy, wypracowane na przestrzeni ostatnich sezonów.

Spójrzmy na uboższą krewną Champions League. Londyński finał Ligi Europy jest równie ważny dla obu szkoleniowców. Zarówno dla Unai’a Emery’go, jak i Mauricio Sarri’ego powinien mieć niebagatelne znaczenie. Hiszpan jest przedstawiany jako specjalista od zdobywania trofeum w tych rozgrywkach. Prowadząc Sevillę triumfował trzykrotnie. Bez wątpienia chciałby wygrać je po raz czwarty i przejść do historii. Niemniej dla Kanonierów zwycięstwo może być dużo ważniejsze z innego powodu. Wygranie tej edycji Ligi Europy to jedyna szansa na zagranie w Champions League w przyszłym sezonie.

Mauricio Sarri teoretycznie plan na ten sezon wykonał. Przywrócił Chelsea miejsce w czwórce, dzięki czemu The Blues są już pewni gry w LM w przyszłym sezonie. Jednak Włochowi dużo bardziej powinno zależeć na zwycięstwie przeciwko Arsenalowi. Nie wygrał on bowiem żadnego trofeum w swojej dotychczasowej karierze trenerskiej (Zero tituli krzyknąłby pewien Portugalczyk).

Bez wątpienia oba finały będą wielkim świętem dla każdego sympatyka Premier League. Niezależnie od ostatecznych roztrzygnięć, dają mocny argument w dyskusji tym, którzy uważają, że to na Wyspach Brytyjskich możemy co tydzień oglądać najlepszą ligę piłkarską na świecie.

Tegoroczne półfinały pokazały również jeszcze jedną, niemniej ważną, rzecz. The Three Lions śpiewali:”Never stooped me dreaming”. Tego właśnie pozostaje życzyć wszystkim tym, którzy oglądali te pasjonujące widowiska, nie do końca wierząc w to, co działo się na murawie.