post

Football coming home?

Słowa piosenki zespołu The Three Lions to pierwsze, co przychodzi mi do głowy po tym, czego dokonały angielskie drużyny w europejskich pucharach w tym sezonie. Powroty z zaświatów Liverpoolu i Tottenhamu w Lidze Mistrzów, a także zwycięskie dwumecze Arsenalu oraz Chelsea w Lidze Europy sprawiły, że po raz pierwszy w historii, wszystkie miejsca w finałach najważniejszych europejskich rozgrywek klubowych, obsadzą drużyny w jednego kraju. Ba! Trójka spośród nich to zespoły z Londynu!

W Champions League ostatni wewnątrzangielski finał miał miejsce w 2008 roku, kiedy Chelsea Londyn uległa na moskiewskich Łużnikach Manchesterowi United po rzutach karnych. Natomiast w Lidze Europy brytyjski finał ma miejsce po raz pierwszy. No chyba, że wliczymy tutaj również wcześniej rozgrywany Puchar UEFA, który ta zastąpiła. Wówczas w sezonie 1971/72 w decydującym meczu wystąpił Tottenham i Wolverhampton Wanderers i górą byli Spurs.

Ostatnie lata to wyraźna domiacja drużyn z Półwyspu Iberyjskiego. Licząc od 2012 roku i zwycięstwa Chelsea Londyn, w Champions League w kolejnych sezonach triumfatorami dwóch najważniejszych rozgrywek aż 10 razy były drużyny z Hiszpanii. Totalna dominacja. Co zatem sprawiło, że Liverpool wystąpi w swoim drugim finale LM z rzędu, a pozostałe trzy miejsca finałowe obsadzą kolejne angielskie drużyny?

Najprościej byłoby odpowiedzieć, że pieniądze, które są w angielskiej piłce. Nie od dziś wiadomo, że spadkowicze z Premier League zarabiają dzięki prawom telewizyjnym więcej niż chociażby Juventus, Atletico czy Bayern. Moim zdaniem byłoby to duże uproszczenie. W końcu znaleźlibyśmy kilka zespołów, które mimo ogromnych nakładów finansowych nie spełniają pokładanych w nich nadziei (pozdrawiamy Paris Saint Germain!).

Jestem zdania, że kluczowe, poza pieniędzmi, były dwie inne rzeczy. Ostatnio bardzo często eksperci wraz z dziennikarzami lubują się w zapożyczaniu różnych słów i nazewnictwa z branży korporacyjnej. Wielokrotnie słyszeliśmy, że kluby to tak naprawdę firmy czy przedsiębiorstwa, a polityka danego klubu, to tak naprawdę jakiś założony wcześniej projekt, z którego realizacji rozliczymy wcześniej czy później (w zdecydowanej większości przypadków jednak wcześniej) trenera lub dyrektora sportowego. Dlatego kluczem w ostatnich osiągnięciach angielskich drużyn było sprowadzenie najlepszych fachowców pochodzących spoza Wysp Brytyjskich i pozwolenie im pracować.

Mauricio Pochettino pracuje na White Hart Lane od maja 2014 roku. Juergen Klopp w Liverpoolu od października 2015. W pierwszym sezonie pracy Argentyńczyk zakończył ligę poza czołową czwórką i bez upragnionej Ligi Mistrzów. Czy ktoś w Londynie wpadł w panikę? Wręcz przeciwnie, właściciel Tottenhamu, Daniel Levy konsekwentnie wspierał swojego trenera, czego efektem było miejsce na podium w ostatnich trzech sezonach Premier League. I to praktycznie bez znaczących transferów oraz pokaźnych nakładów finansowych, ponieważ jak wiemy Londyńczycy budowali swój nowy stadion.

Juergen Klopp premierowy sezon w mieście Beatlesów zakończył poza strefą europejskich pucharów. 8 miejsce w lidze, za plecami takich klubów jak West Ham i Southampton, dla tak zasłużonego klubu, jak Liverpool bez wątpienia bolało wszystkich sympatyków The Reds. Sezon 2016/17 to wywalczenie rzutem na taśmę awansu do Ligi Mistrzów. Poprzedni sezon? Również tylko czwarte miejsce w lidze i przegrany finał Champions League przeciwko Realowi Madryt.

Tak, te projekty z pewnością można uznać za udane. Długofalowe myślenie sprawiło, że zarówno w Londynie, jak i w czerwonej części Marseyside mogą zacierać ręce i zbierać owoce ciężiej pracy, wypracowane na przestrzeni ostatnich sezonów.

Spójrzmy na uboższą krewną Champions League. Londyński finał Ligi Europy jest równie ważny dla obu szkoleniowców. Zarówno dla Unai’a Emery’go, jak i Mauricio Sarri’ego powinien mieć niebagatelne znaczenie. Hiszpan jest przedstawiany jako specjalista od zdobywania trofeum w tych rozgrywkach. Prowadząc Sevillę triumfował trzykrotnie. Bez wątpienia chciałby wygrać je po raz czwarty i przejść do historii. Niemniej dla Kanonierów zwycięstwo może być dużo ważniejsze z innego powodu. Wygranie tej edycji Ligi Europy to jedyna szansa na zagranie w Champions League w przyszłym sezonie.

Mauricio Sarri teoretycznie plan na ten sezon wykonał. Przywrócił Chelsea miejsce w czwórce, dzięki czemu The Blues są już pewni gry w LM w przyszłym sezonie. Jednak Włochowi dużo bardziej powinno zależeć na zwycięstwie przeciwko Arsenalowi. Nie wygrał on bowiem żadnego trofeum w swojej dotychczasowej karierze trenerskiej (Zero tituli krzyknąłby pewien Portugalczyk).

Bez wątpienia oba finały będą wielkim świętem dla każdego sympatyka Premier League. Niezależnie od ostatecznych roztrzygnięć, dają mocny argument w dyskusji tym, którzy uważają, że to na Wyspach Brytyjskich możemy co tydzień oglądać najlepszą ligę piłkarską na świecie.

Tegoroczne półfinały pokazały również jeszcze jedną, niemniej ważną, rzecz. The Three Lions śpiewali:”Never stooped me dreaming”. Tego właśnie pozostaje życzyć wszystkim tym, którzy oglądali te pasjonujące widowiska, nie do końca wierząc w to, co działo się na murawie.

post

Znów to zrobili!

25 maja 2005 rok – Stambuł. 14 kwietnia 2016 – Anfield. 7 maja 2019 – Anfield. Co łączy wszystkie te daty? Na pierwszy rzut oka The Reds po prostu zwyciężali przeciwko takim zespołom jak Milan, Borussia Dortmund i Barcelona. Jednak byłoby to umniejszanie wyczynów, które co jakiś czas, serwuje nam ekipa z czerwonej części Merseyside i tylko ktoś szczególnie niesprzyjający Liverpoolowi mógłby ich nie docenić. Nie ulega wątpliwości, że każde z tych spotkań zapisało się złotymi zgłoskami, nie tyle w historii samego klubu oraz angielskiej piłki, ale ogólnie w historii futbolu.

Niemożliwe nie istnieje oraz nigdy się nie poddawaj. To chyba pierwsze dwa stwierdzenia, które cisną się człowiekowi na usta po wczorajszym meczu Ligi Mistrzów pomiędzy Liverpoolu z Barceloną. Odrobienie trzybramkowej straty z Camp Nou, bez kontuzjowanych Mohameda Salaha oraz Roberto Firmino? Zdecydowana większość osób nie dawała szans ekipie Juergena Kloppa. A jednak The Reds po raz kolejny dokonali czegoś wielkiego, może nawet legendarnego. Bez wątpienia wczorajszy wieczór wyląduje w annałach historii brytyjskiego futbolu obok finału w Stambule oraz goli Sheringhama i Solskjaera przeciwko Bayernowi Monachium z 1999 roku.

Wczorajszy mecz to idealny przykład, że ilekroć najtęższe umysły próbują zakuć futbol w statystyczne i analityczne ramy, to ten zawsze znajdzie z nich ujście i zaprzeczy jakiejkolwiek logice. Pewnie dlatego tyle milionów ludzi na świecie traktuje go niemal jak religię i darzy tak wielką miłością.

O tym meczu zostanie powiedziane i napisane jeszcze sporo, dlatego ja chciałbym się skupić na jednym z bohaterów ostatnich dni, Divocku Origim. Belg, były zawodnik Lille oraz Wolfsburga podczas swojego pobytu w klubie z Anfield Road nigdy nie był pierwszym wyborem Juergena Kloppa. Ostatnie kilka dni mogą jednak diametralnie zmienić jego pozycję w zespole charyzmatycznego Niemca. Najpierw w sobotę, w końcówce meczu na St. James Park dał Liverpoolowi wygraną przeciwko Newcastle, przedłużając tym samym szanse na to, że tytuł najlepszej drużyny Premier League nie powędruje ponownie do Manchesteru. Nastepnie wczoraj, wyszedł w pierwszym składzie i dołożył dwa gole przeciwko Barcelonie, walnie przyczyniając się do historycznego odrobienia strat z Camp Nou.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że 3 gole w ostatnich 2 meczach to rzecz bez precedensu w przypadku kariery napastnika w barwach The Reds. Wystarczy wspomnieć, że od początku sezonu spędzając na boisku przeszło 400 minut we wszystkich rozgrywkach, do spotkania z Newcastle Origi zdobył ledwie 3 bramki, czyli dokładnie tyle, ile w ostatnim tygodniu. Oczywistym usprawiedliwieniem dla Belga jest fakt, że nie dostawał od Kloppa tyle minut, co pozostała trójka napastników Liverpoolu. Trzeba jednak przyznać, że pojawiając się na murawie nie dawał on wystarczająco wiele argumentów trenerowi, aby ten pomyślał o jakiejkolwiek zmianie w swojej dobrze funkcjonującej maszynie.

Właśnie nieregularność jest chyba największym problemem tego napastnika. W dotychczasowej karierze tylko dwukrotnie przekraczał on barierę dwucyfrowej liczby goli we wszystkich rozgrywkach (10 w sezonie 2015/16 i 11 w 2016/17). Należy jednak Belgowi oddać, że w barwach The Reds zdobywa piekielnie ważne bramki. To on rozpoczął odrabianie strat przeciwko BVB w 2016 roku i walnie przyczynił się w awansie do finału tamtych rozgrywek. W trwającym sezonie to on również dał zwycięstwo przeciwko znienawidzonemu Evertonowi w doliczonym czasie gry, kiedy Liverpool niemiłosiernie męczył się i nie mógł znaleźć sposobu na pokonanie dobrze dysponowanego Jordana Pickforda. O golach z ostatnich dni już wspominałem.

W ostatnich tygodniach w angielskiej prasie można było przeczytać o tym, że po sezonie w Liverpoolu pożegnają się z kilkoma zawodnikami, m.in. pisano o kończącym się kontrakcie Daniela Sturidge’a i właśnie nieprzekonującym Divocku Origim. Myślę, że ostatnimi występami Belg zasłużył na ostatnią szansę na Anfield. W przypadku, gdy Juergen Klopp oraz członkowie zarządu ekipy z miasta Beatlesów postanowią jednak pożegnać belgijskiego napastnika, to po ostatnich ważnych golach, od potencjalnych nabywców powinni wyciągnąć znacznie więcej pieniędzy, aniżeli jeszcze tydzień temu. Natomiast czy sam Belg byłby zadowolony z takiego obrotu spraw? Tego nie wiemy, niemniej mało który napastnik może pochwalić się wbiciem 2 goli Dumie Katalonii na poziomie półfinału Champions League.