post

Ta ostatnia niedziela c.d.

Sezon 2018/19 Premier League za nami. Z czego go zapamiętamy? Na pewno z najbardziej zaciekłej walki o tytuł w historii, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych punktów. Wystarczy powiedzieć, że 97 punktów zdobyte przez Liverpool w bieżącej kampanii, dawałoby tytuł w 25/26 rozegranych sezonów od 1993 roku! Tylko ubiegłoroczny wynik Manchesteru City (100 pkt) był lepszy. Jednak nie samą walką o tytuł kibic angielskiej piłki żyje. Zażarta walka toczyła się również o miejsce w Top Four, a także w niższych rejonach tabeli. Spróbujmy zatem pokrótce podsumować zakończone rozrywki w wykonaniu każdego z zespołów angielskiej elity.

10. West Ham United – trudno jednoznacznie ocenić sezon w wykonaniu Młotów. Po dramatycznym początku sezonu, kiedy to w pierwszych dziesięciu kolejkach, aż sześciokrotnie, zawodnicy z London Stadium schodzili z boiska na tarczy. Później przyszła seria lepszych wyników, by na przełomie roku znów popaść w marazm. Właściwie po ekipie Manuela Pellegriniego można się było, w tym sezonie, spodziewać absolutnie wszystkiego, a wytypowanie wyniku meczu tej drużyny, graniczyło z cudem. Potrafili urwać punkty w spotkaniach, gdzie nikt nie stawiał ich w roli faworyta, a gubić punkty i prezentując się bardzo słabo, przeciwko zespołom całkowicie w ich zasięgu. Totalny rollercoaster. Warto wspomnieć, że najlepszym zawodnikiem Młotów w tym sezonie wybrany został Łukasz Fabiański. Polak podczas klubowej gali podsumowującej sezon zgarnął również nagrody za najlepszy transfer oraz najlepszą interwencję (przeciwko Manchesterowi United).

9. Leicester City – słodko – gorzki sezon dla fanów Lisów naznaczony tragedią związaną ze śmiercią tajskiego właściciela klubu, Vichai’a Srivaddhanaprabha w katastrofie śmigłowca. Dobrą informacją dla wszystkich związanych z klubem jest fakt, że na King Power Stadium stworzono całkiem ciekawy zespół, który pod wodzą Brendana Rodgersa, w nadchodzącym sezonie powinien walczyć, o miejsce gwarantujące start w europejskich pucharach. Oczywiście, o ile nie dojdzie w tej drużynie do masowej sprzedaży zawodników w nadchodzącym okienku transferowym. W końcu tacy zawodnicy jak James MaddisonWilfred NdidiBen Chilwell czy Harry Maguire bez wątpienia znajdują się na celownikach większych klubów niż Leicester. Nie wiadomo również jaka przyszłość czeka Youri’ego Tielemansa, który na Kinga Power Stadium jest tylko wypożyczony. Jestem natomiast przekonany, że zatrudnienie Brendana Rodgersa w miejsce Claude’a Puela będzie strzałem w dziesiątkę i decyzją, której tajscy właściciele klubu nie powinni żałować w nadchodzącym sezonie.

8. Everton – zakończone rozgrywki były 116 spędzonymi przez klub w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. To najwięcej spośród wszystkich drużyn w stawce. Dzięki udanej końcówce sezonu podopieczni portugalskiego szkoleniowca, Marco Silvy finiszowali tylko 3 punkty za miejscem gwarantującym start w przyszłej edycji Ligi Europy. Gdyby nie słaba pierwsza część sezonu, The Toffees zagraliby w europejskich pucharach, ale ósma lokata, to chyba adekwatne miejsce dla klubu, biorąc pod uwagę, że był to dopiero pierwszy pełny sezon pod wodzą Silvy. Ten projekt potrzebuje czasu i na pewno Portugalczyk zasłużył na kredyt zaufania ze strony włodarzy klubu. Bardzo udane rozgrywki zaliczyli tacy zawodnicy jak Gylfi Sigurdsson i Richarlison, którzy mieli udział w sumie przy 34 bramkach spośród 54 zdobytych przez zespół z Goodison Park w bieżącym sezonie Premier League. W najbliższych latach powinni oni nadal odgrywać kluczowe role w układance Marco Silvy.

7. Wolverhampton Wanderers – Wilki Molineux jako beniaminek mają bardzo duże szanse na to, aby zagrać w przyszłym sezonie w europejskich pucharach. Co prawda przed sezonem większość ekspertów zakładała, że drużynie raczej nie będzie groził spadek, ale mimo to, wyniki osiągnięte przez zawodników Nuno Espirito Santo zaskoczyły wielu. Świetny sezon w wykonaniu Wolves potwierdził, że przedsezonowe zapowiedzi właścicieli klubu o tym, że w przeciągu kilku następnych sezonów planują zagrać w europejskich pucharach, docelowo w Champions League, nie były tylko czczym gadaniem. Warto w tym miejscu wspomnieć, że żadna spośród ekip spoza Big Six nie zdobyła tylu punktów z drużynami czołowej szóstki, co Wilki. Problemem drużyny z środkowej części Anglii jest fakt, że o ile z drużynami z czołówki punktowali nadspodziewanie dobrze, to z drużynami z dołu tabeli potrafili tracić punkty. Najlepszym przykładem jest fakt, że spadkowicz z Huddersfield zdołał zdobyć w meczach z Wolverhampton 6 punktów! Przypomnijmy, że w w całych rozgrywkach Teriery zdobyły 16 oczek, niebywałe. Stabilizacja formy – to powinno być główne zadanie stojące przed ekipą z Molineux w nadchodzącym sezonie,

6. Manchester United – gdy zwolniony w trakcie rozgrywek Jose Mourinho mówił, że zdobycie w minionym sezonie wicemistrzostwa było wyczynem na miarę mistrzostwa kraju, wielu patrzyło na wypowiedzi Portugalczyka, w najlepszym wypadku, z przymrużeniem oka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Czerwone Diabły po objęciu zespołu przez Ole Gunnara Solskjaera zwyciężyły w 10 spośród 11 pierwszych meczów, ponosząc porażkę dopiero z PSG Lidze Mistrzów. Gdy w rewanżu, na Parc des Princes, udało się odrobić dwubramkową stratę i wyeliminować Paryżan, wszyscy na Old Trafford byli pewni, że to Norweg jest tym szkoleniowcem, który sprawi, że czasy świetności United powrócą. Jednak po wspaniałym początku jego kadencji przyszedł kryzys i wszystko co złe, demony przeszłości powróciły, sprawiając, że kolejny już sezon, w wykonaniu Manchesteru United należy uznać za rozczarowujący. Nadchodzące okno transferowe będzie jednym z najważniejszych w ostatnich latach. W czerwonej części Manchesteru nie mogą pozwolić sobie na kolejne nieudane transfery, kolejne zmarnowane miliony funtów. Jest to o tyle istotne, że zespół w mojej opinii potrzebuje nie kosmetycznych, ale daleko idących zmian. W angielskiej prasie można przeczytać, że włodarze klubu chcą budować nowy zespół wokół takich zawodników jak Paul Pogba David de Gea. Moim zdaniem to błąd. Na miejscu Solskjaera Woodwarda zdecydowałbym się na sprzedaż Francuza i Hiszpana, zainwestował pozyskane pieniądze w kilku zawodników, którzy będą chcieli „umierać” za herb klubu, a nowy zespół budował wokół takich zawodników jak Marcus Rashford.

5. Arsenal – po raz trzeci z rzędu nie udało się zakończyć sezonu w czołowej czwórce. Jedynym wyjściem na zagranie w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów pozostaje wygranie finału Ligi Europy w Baku, przeciwko Chelsea Londyn. Gdyby tak się stało, to czy premierowy sezon na Wyspach, pod batutą Unai’a Emery’ego można by uznać za udany? Moim zdaniem tak. Na pewno dziwi niemoc zespołu w meczach wyjazdowych. Niemniej wydaje się, że postawienie na hiszpańskiego szkoleniowca, mimo początkowych, raczej sceptycznych głosów, było dobrym posunięciem. Wejście w buty francuskiej legendy klubu, Arsene’a Wengera z pewnością nie było łatwym zadaniem. Największym problemem klubu, według mnie, jest niezrównoważona kadra. Świetni napastnicy, chimeryczna, nierówno grająca pomoc i obrona, asekurowana przez dobrego, solidnego bramkarza. Stąd przeplatanie spotkań świetnych z dramatycznymi w wykonaniu Kanonierów. Jeśli miałbym wybrać jednego zawodnika z Emirates, który idealnie kojarzy mi się z klubem z północnego Londynu, to byłby to Mesut Ozil. Po Niemcu, jak i po Arsenalu można się spodziewać absolutnie wszystkiego. Raz zagra znakomicie, by w następnym spotkaniu przejść obok spotkania. Dlatego nie rozumiem, co kierowało zarządem klubu, by zaoferować przed kilkoma miesiącami, nową umowę Niemcowi, a zupełnie odpuścić walkę o zakochanego w klubie od dziecka, Aarona Ramseya, który po sezonie, wraz z wygaśnięciem kontraktu odejdzie do Juventusu Tuyn. Bez znaczących wzmocnień w defensywie oraz dodania trochę kreatywności w drugiej linii trudno będzie Arsenalowi walczyć o coś więcej, niż miejsce w czwórce w przyszłym sezonie.

4. Tottenham Hotspur – czwarty sezon z rzędu zakończony w Top Four przez Koguty. Biorąc pod uwagę wąską kadrę oraz brak transferów (ostatni transfer gotówkowy to styczeń 2018 roku i przyjście Lucasa Moury), Mauricio Pochettino dokonuje rzeczy niebywałej, biorąc pod uwagę, jak zbroi się konkurencja w angielskiej ekstraklasie. Jednak w ostatnich tygodniach, argentyński szkoleniowiec na konferencjach prasowych oraz w wywiadach, między wierszami, domaga się od właściciela klubu, Daniela Levy’ego funduszy na transfery i realnych wzmocnień, które poszerzą wąską kadrę zespołu. Taka postawa nie powinna specjalnie dziwić. Zwłaszcza, że w końcówce sezonu Tottenham, rywalizując cały czas na dwóch frontach, wyraźnie spuścił z tonu, tylko przez słabość rywali zachowując miejsce w czołowej czwórce. Najlepszą informacją dla wszystkich sympatyków klubu niewątpliwie jest fakt, że tego lata raczej żaden czołowy klub nie zgłosi się do północnego Londynu po szkoleniowca z Argentyny. W końcu chyba nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie Pochettino jest największym atutem drużyny z White Hart Lane i bez niego, wielce prawdopodobnym jest, że ten klub nie byłby w tym miejscu, w którym aktualnie się znajduje.

3. Chelsea – pierwszy sezon pracy Mauricio Sarriego na Stamford Bridge można uznać za w pełni satysfakcjonujący, biorąc pod uwagę, jaką kadrą dysponuje Włoch. Nie mam cienia wątpliwości, że obecna Chelsea jest najsłabsza, odkąd Roman Abramowicz przejął klub. Finał Pucharu Ligi, kwalifikacja do LM poprzez ligę oraz finał Ligi Europy. Jeśli w tym ostatnim udałoby się The Blues zwyciężyć, byłoby to pierwsze zdobyte trofeum w karierze byłego szkoleniowca Napoli. Wszystkich kibiców piłki nożnej elektryzuje bardzo prawdopodobny transfer Edena Hazarda do Realu Madryt tego lata. 7 lat gry Belga w zachodnim Londynie, 108 goli, 91 asyst oraz niezliczona liczba przebojowych akcji czy dynamicznych dryblingów. Żaden z kibiców Chelsea nie będzie mógł mieć pretensji, jeśli ich gwiazda zdecyduje się zamienić deszczowe Wyspy Brytyjskie na słoneczną Hiszpanię. Hazard po prostu przerósł ten klub. Gdyby nie jego gole i asysty (16 goli i 15 asyst w samej tylko Premier League) aż trudno sobie wyobrazić, gdzie w tabeli plasowaliby się The Blues. Widmo zakazu transferowego wiszące nad klubem i bardzo prawdopodobne odejście najlepszego zawodnika sprawia, że przyszły sezon będzie wielkim wyzwaniem dla całego klubu. Paradoksalnie widzę w tym jeden plus. Mianowicie, biorąc pod uwagę, że klub posiada ponad trzydziestu (!!!) zawodników na wypożyczeniach, nawet w przypadku zakazu transferowego, Mauricio Sarri będzie miał z kogo zbudować kadrę na następny sezon. Byłby to też chrzest bojowy akademii Chelsea. W końcu z jakiegoś powodu jest uznawana za jedną z najlepszych „stajnii” piłkarskich talentów na świecie. W ostatnich latach jednak, pomimo całej masy sukcesów drużyn młodzieżowych, mało który z młodych zawodników dostawał szansę na to, by zaistnieć w pierwszym zespole. W obliczu embarga transferowego sytuacja ta może ulec zmianie.

2. Liverpool – prawdopodobnie najlepszy wicemistrz kraju w historii futbolu. The Reds w trakcie całej kampanii doznali tylko jednej, jedynej porażki, a mimo to musieli obejść się smakiem i kolejny raz przeżyć rozczarowanie, jakim niewątpliwie jest po raz kolejny, brak tytułu mistrzowskiego na Anfield. Na ostatnie 26 sezonów angielskiej ekstraklasy, w 25 wynik wykręcony przez podopiecznych Juergena Kloppa dałby mistrzostwo. Jedynym przypadkiem, kiedy to by nie miało miejsca, są ubiegłoroczne rozgrywki i sezon, który Manchester City zakończył w rekordową liczbą 100 punktów. Na pocieszenie dla sympatyków klubu tytuł najlepszych strzelców powędrował do Mohameda Salaha i Sadio Mane, którzy wraz z Pierre’em – Emerickiem Aubameyang’em zdobyli po 22 gole, a statuetka złotej rękawicy za największą liczbę czystych kont do bramkarza Alissona Beckera.

1. Manchester City – pora oddać cesarzowi, co cesarskie. 198 punktów zdobytych przez The Citizens w ostatnich dwóch sezonach Premier League. Kosmos! Dodatkowo pierwszy raz od dekady komuś udało się obronić tytuł. Ostatnim zespołem, któremu udała się ta sztuka był Manchester United sir Alexa Fergusona. Szkot nazwał kiedyś największych rywali głośnymi sąsiadami. Trzeba przyznać, że podopieczni Pepa Guardioli w końcu nie tylko robią dużo szumu, ale również postanowili poprzeć szumne zapowiedzi konkretnymi czynami. Bez wątpienia na Etihad skompletowali najszerszy i najbardziej wyrównany skład w lidze, dzięki czemu w ciemno można typować ten zespół, jako głównego faworyta do wygrania rozgrywek również w przyszłym sezonie.

post

Football coming home?

Słowa piosenki zespołu The Three Lions to pierwsze, co przychodzi mi do głowy po tym, czego dokonały angielskie drużyny w europejskich pucharach w tym sezonie. Powroty z zaświatów Liverpoolu i Tottenhamu w Lidze Mistrzów, a także zwycięskie dwumecze Arsenalu oraz Chelsea w Lidze Europy sprawiły, że po raz pierwszy w historii, wszystkie miejsca w finałach najważniejszych europejskich rozgrywek klubowych, obsadzą drużyny w jednego kraju. Ba! Trójka spośród nich to zespoły z Londynu!

W Champions League ostatni wewnątrzangielski finał miał miejsce w 2008 roku, kiedy Chelsea Londyn uległa na moskiewskich Łużnikach Manchesterowi United po rzutach karnych. Natomiast w Lidze Europy brytyjski finał ma miejsce po raz pierwszy. No chyba, że wliczymy tutaj również wcześniej rozgrywany Puchar UEFA, który ta zastąpiła. Wówczas w sezonie 1971/72 w decydującym meczu wystąpił Tottenham i Wolverhampton Wanderers i górą byli Spurs.

Ostatnie lata to wyraźna domiacja drużyn z Półwyspu Iberyjskiego. Licząc od 2012 roku i zwycięstwa Chelsea Londyn, w Champions League w kolejnych sezonach triumfatorami dwóch najważniejszych rozgrywek aż 10 razy były drużyny z Hiszpanii. Totalna dominacja. Co zatem sprawiło, że Liverpool wystąpi w swoim drugim finale LM z rzędu, a pozostałe trzy miejsca finałowe obsadzą kolejne angielskie drużyny?

Najprościej byłoby odpowiedzieć, że pieniądze, które są w angielskiej piłce. Nie od dziś wiadomo, że spadkowicze z Premier League zarabiają dzięki prawom telewizyjnym więcej niż chociażby Juventus, Atletico czy Bayern. Moim zdaniem byłoby to duże uproszczenie. W końcu znaleźlibyśmy kilka zespołów, które mimo ogromnych nakładów finansowych nie spełniają pokładanych w nich nadziei (pozdrawiamy Paris Saint Germain!).

Jestem zdania, że kluczowe, poza pieniędzmi, były dwie inne rzeczy. Ostatnio bardzo często eksperci wraz z dziennikarzami lubują się w zapożyczaniu różnych słów i nazewnictwa z branży korporacyjnej. Wielokrotnie słyszeliśmy, że kluby to tak naprawdę firmy czy przedsiębiorstwa, a polityka danego klubu, to tak naprawdę jakiś założony wcześniej projekt, z którego realizacji rozliczymy wcześniej czy później (w zdecydowanej większości przypadków jednak wcześniej) trenera lub dyrektora sportowego. Dlatego kluczem w ostatnich osiągnięciach angielskich drużyn było sprowadzenie najlepszych fachowców pochodzących spoza Wysp Brytyjskich i pozwolenie im pracować.

Mauricio Pochettino pracuje na White Hart Lane od maja 2014 roku. Juergen Klopp w Liverpoolu od października 2015. W pierwszym sezonie pracy Argentyńczyk zakończył ligę poza czołową czwórką i bez upragnionej Ligi Mistrzów. Czy ktoś w Londynie wpadł w panikę? Wręcz przeciwnie, właściciel Tottenhamu, Daniel Levy konsekwentnie wspierał swojego trenera, czego efektem było miejsce na podium w ostatnich trzech sezonach Premier League. I to praktycznie bez znaczących transferów oraz pokaźnych nakładów finansowych, ponieważ jak wiemy Londyńczycy budowali swój nowy stadion.

Juergen Klopp premierowy sezon w mieście Beatlesów zakończył poza strefą europejskich pucharów. 8 miejsce w lidze, za plecami takich klubów jak West Ham i Southampton, dla tak zasłużonego klubu, jak Liverpool bez wątpienia bolało wszystkich sympatyków The Reds. Sezon 2016/17 to wywalczenie rzutem na taśmę awansu do Ligi Mistrzów. Poprzedni sezon? Również tylko czwarte miejsce w lidze i przegrany finał Champions League przeciwko Realowi Madryt.

Tak, te projekty z pewnością można uznać za udane. Długofalowe myślenie sprawiło, że zarówno w Londynie, jak i w czerwonej części Marseyside mogą zacierać ręce i zbierać owoce ciężiej pracy, wypracowane na przestrzeni ostatnich sezonów.

Spójrzmy na uboższą krewną Champions League. Londyński finał Ligi Europy jest równie ważny dla obu szkoleniowców. Zarówno dla Unai’a Emery’go, jak i Mauricio Sarri’ego powinien mieć niebagatelne znaczenie. Hiszpan jest przedstawiany jako specjalista od zdobywania trofeum w tych rozgrywkach. Prowadząc Sevillę triumfował trzykrotnie. Bez wątpienia chciałby wygrać je po raz czwarty i przejść do historii. Niemniej dla Kanonierów zwycięstwo może być dużo ważniejsze z innego powodu. Wygranie tej edycji Ligi Europy to jedyna szansa na zagranie w Champions League w przyszłym sezonie.

Mauricio Sarri teoretycznie plan na ten sezon wykonał. Przywrócił Chelsea miejsce w czwórce, dzięki czemu The Blues są już pewni gry w LM w przyszłym sezonie. Jednak Włochowi dużo bardziej powinno zależeć na zwycięstwie przeciwko Arsenalowi. Nie wygrał on bowiem żadnego trofeum w swojej dotychczasowej karierze trenerskiej (Zero tituli krzyknąłby pewien Portugalczyk).

Bez wątpienia oba finały będą wielkim świętem dla każdego sympatyka Premier League. Niezależnie od ostatecznych roztrzygnięć, dają mocny argument w dyskusji tym, którzy uważają, że to na Wyspach Brytyjskich możemy co tydzień oglądać najlepszą ligę piłkarską na świecie.

Tegoroczne półfinały pokazały również jeszcze jedną, niemniej ważną, rzecz. The Three Lions śpiewali:”Never stooped me dreaming”. Tego właśnie pozostaje życzyć wszystkim tym, którzy oglądali te pasjonujące widowiska, nie do końca wierząc w to, co działo się na murawie.

post

Znów to zrobili!

25 maja 2005 rok – Stambuł. 14 kwietnia 2016 – Anfield. 7 maja 2019 – Anfield. Co łączy wszystkie te daty? Na pierwszy rzut oka The Reds po prostu zwyciężali przeciwko takim zespołom jak Milan, Borussia Dortmund i Barcelona. Jednak byłoby to umniejszanie wyczynów, które co jakiś czas, serwuje nam ekipa z czerwonej części Merseyside i tylko ktoś szczególnie niesprzyjający Liverpoolowi mógłby ich nie docenić. Nie ulega wątpliwości, że każde z tych spotkań zapisało się złotymi zgłoskami, nie tyle w historii samego klubu oraz angielskiej piłki, ale ogólnie w historii futbolu.

Niemożliwe nie istnieje oraz nigdy się nie poddawaj. To chyba pierwsze dwa stwierdzenia, które cisną się człowiekowi na usta po wczorajszym meczu Ligi Mistrzów pomiędzy Liverpoolu z Barceloną. Odrobienie trzybramkowej straty z Camp Nou, bez kontuzjowanych Mohameda Salaha oraz Roberto Firmino? Zdecydowana większość osób nie dawała szans ekipie Juergena Kloppa. A jednak The Reds po raz kolejny dokonali czegoś wielkiego, może nawet legendarnego. Bez wątpienia wczorajszy wieczór wyląduje w annałach historii brytyjskiego futbolu obok finału w Stambule oraz goli Sheringhama i Solskjaera przeciwko Bayernowi Monachium z 1999 roku.

Wczorajszy mecz to idealny przykład, że ilekroć najtęższe umysły próbują zakuć futbol w statystyczne i analityczne ramy, to ten zawsze znajdzie z nich ujście i zaprzeczy jakiejkolwiek logice. Pewnie dlatego tyle milionów ludzi na świecie traktuje go niemal jak religię i darzy tak wielką miłością.

O tym meczu zostanie powiedziane i napisane jeszcze sporo, dlatego ja chciałbym się skupić na jednym z bohaterów ostatnich dni, Divocku Origim. Belg, były zawodnik Lille oraz Wolfsburga podczas swojego pobytu w klubie z Anfield Road nigdy nie był pierwszym wyborem Juergena Kloppa. Ostatnie kilka dni mogą jednak diametralnie zmienić jego pozycję w zespole charyzmatycznego Niemca. Najpierw w sobotę, w końcówce meczu na St. James Park dał Liverpoolowi wygraną przeciwko Newcastle, przedłużając tym samym szanse na to, że tytuł najlepszej drużyny Premier League nie powędruje ponownie do Manchesteru. Nastepnie wczoraj, wyszedł w pierwszym składzie i dołożył dwa gole przeciwko Barcelonie, walnie przyczyniając się do historycznego odrobienia strat z Camp Nou.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że 3 gole w ostatnich 2 meczach to rzecz bez precedensu w przypadku kariery napastnika w barwach The Reds. Wystarczy wspomnieć, że od początku sezonu spędzając na boisku przeszło 400 minut we wszystkich rozgrywkach, do spotkania z Newcastle Origi zdobył ledwie 3 bramki, czyli dokładnie tyle, ile w ostatnim tygodniu. Oczywistym usprawiedliwieniem dla Belga jest fakt, że nie dostawał od Kloppa tyle minut, co pozostała trójka napastników Liverpoolu. Trzeba jednak przyznać, że pojawiając się na murawie nie dawał on wystarczająco wiele argumentów trenerowi, aby ten pomyślał o jakiejkolwiek zmianie w swojej dobrze funkcjonującej maszynie.

Właśnie nieregularność jest chyba największym problemem tego napastnika. W dotychczasowej karierze tylko dwukrotnie przekraczał on barierę dwucyfrowej liczby goli we wszystkich rozgrywkach (10 w sezonie 2015/16 i 11 w 2016/17). Należy jednak Belgowi oddać, że w barwach The Reds zdobywa piekielnie ważne bramki. To on rozpoczął odrabianie strat przeciwko BVB w 2016 roku i walnie przyczynił się w awansie do finału tamtych rozgrywek. W trwającym sezonie to on również dał zwycięstwo przeciwko znienawidzonemu Evertonowi w doliczonym czasie gry, kiedy Liverpool niemiłosiernie męczył się i nie mógł znaleźć sposobu na pokonanie dobrze dysponowanego Jordana Pickforda. O golach z ostatnich dni już wspominałem.

W ostatnich tygodniach w angielskiej prasie można było przeczytać o tym, że po sezonie w Liverpoolu pożegnają się z kilkoma zawodnikami, m.in. pisano o kończącym się kontrakcie Daniela Sturidge’a i właśnie nieprzekonującym Divocku Origim. Myślę, że ostatnimi występami Belg zasłużył na ostatnią szansę na Anfield. W przypadku, gdy Juergen Klopp oraz członkowie zarządu ekipy z miasta Beatlesów postanowią jednak pożegnać belgijskiego napastnika, to po ostatnich ważnych golach, od potencjalnych nabywców powinni wyciągnąć znacznie więcej pieniędzy, aniżeli jeszcze tydzień temu. Natomiast czy sam Belg byłby zadowolony z takiego obrotu spraw? Tego nie wiemy, niemniej mało który napastnik może pochwalić się wbiciem 2 goli Dumie Katalonii na poziomie półfinału Champions League.